Nowy numer 29/2021 Archiwum

Nakarmiliśmy każdego

Posiłki dla setek tysięcy uczestników ŚDM w Polsce przygotowywało ponad 400 firm gastronomicznych. – To był wyjątkowy czas – wspomina Małgorzata Morawiec, krakowska restauratorka.

W połowie października archidiecezja krakowska, która zawierała umowy na wyżywienie przybywających pielgrzymów, musiała jednak wydać specjalne oświadczenie, w którym jej rzecznik ks. Piotr Studnicki zapewniał, że diecezja rozliczyła się „ze wszystkimi, którzy w pełni wywiązali się z podpisanych umów”. Jak dodał, znane mu są dwa przypadki, w których firmy nie spełniły wszystkich warunków – dlatego płatności „zostały uregulowane częściowo”. Oświadczenie było reakcją na tekst zamieszczony na stronie internetowej tygodnika „Newsweek”, za którym wątek podchwyciły serwisy takie jak natemat.pl czy fakt24.pl. Materiał dotyczył jednego z restauratorów – wypowiadającego się jako „M.” – który skarżył się na brak wpłaty ze strony kurii. Zaległości miały pogrążyć jego firmę, która znalazła się przez to na skraju bankructwa. – Gdyby wywiązali się z zawartej umowy i nie otrzymali zapłaty za usługę, prawdopodobnie już dawno weszliby na drogę prawną – pewnie odpiera zarzuty ks. Studnicki.

Restauratorzy potwierdzają terminowe wpłaty. – Po zakończeniu ŚDM wystawiliśmy fakturę. Nie było żadnego problemu, żebyśmy musieli czekać na pieniądze – mówi Małgorzata Morawiec z Krakowskiej Grupy Amis, która w trzech punktach Krakowa karmiła 3–4 tys. pielgrzymów dziennie, a w niedzielę 31 lipca przygotowała śniadanie dla 1,2 tys. biskupów uczestniczących w ŚDM. – Wszystko było ustalone, zostały podpisane umowy i w naszym przypadku kuria wywiązała się z nich należycie – dodaje Beata Zych z firmy Catermed, obsługującej m.in. zaplecze papieskiego ołtarza na Błoniach (zlokalizowane na stadionie Wisły), żołnierzy pracujących na Campus Misericordiae oraz wydającej posiłki w parafiach, w których nocowali pielgrzymi. – Łącznie wydaliśmy ponad 60 tys. posiłków – podsumowuje B. Zych. Jedno jest pewne – są restauratorzy, których ŚDM nie tylko nie pogrążyły w długach, ale którzy ostatni tydzień lipca 2016 roku wspominają z łezką w oku.

Pozdrowienia na serwetkach

W telegraficznym skrócie system karmienia pielgrzymów wyglądał tak: firmy zgłaszały się do komitetu organizacyjnego, podpisywały umowę i wpłacały umówioną kwotę (w większości przypadków był to tysiąc złotych) za możliwość przystąpienia do systemu żywieniowego i używania oficjalnego logo ŚDM. Pielgrzymi posiłki odbierali za talony, będące częścią wykupionego przez nich pakietu. Talony za pośrednictwem Poczty Polskiej wracały do komitetu, a po zakończeniu Światowych Dni Młodzieży restauratorzy i właściciele różnego rodzaju punktów gastronomicznych otrzymali zwrot pieniędzy.

– Nie traktowaliśmy tego czysto biznesowo. Nakarmienie tej rzeszy pielgrzymów było dla nas przede wszystkim misją – mówi Małgorzata Morawiec. – Nie ma jednak co ukrywać, że firma na tym zarobiła – przyznaje. Dodaje, że pielgrzymi odpłacali się nie tylko stosownymi talonami, ale przede wszystkim uśmiechem. – Znajdowaliśmy potem w restauracji na przykład serwetki z zapisanymi podziękowaniami – opowiada. Podobnie czas ŚDM zapamiętała Beata Zych z Catermedu. – Najpiękniejsza w tym wszystkim była wesołość tych ludzi, ich serdeczność, śpiewy, klaskania. Światowe Dni Młodzieży powinny trwać na okrągło – mówi dzisiaj. – Mieliśmy tutaj przekrój ludzi z całego świata – dodaje Ewa Cienki, prowadząca przy krakowskim Rynku Głównym restaurację „Staropolska”, w której pielgrzymi realizowali nawet ok. 4,5 tys. talonów dziennie. – To były bardzo miłe chwile i ogromna satysfakcja z tego, że ludzie wychodzili zadowoleni. Mieliśmy nawet osoby, które mimo kolejek wracały do nas w następnych dniach – podkreśla.

Grunt to przygotowanie

Nie oznacza to wcale braku pracy i emocji podczas przygotowywania się do obsługi setek tysięcy pielgrzymów odwiedzających Kraków. – Nikt z nas do końca nie wiedział, jaka będzie skala wydarzenia, w którym dniu ilu pielgrzymów do nas zawita – mówi Ewa Cienki. – Zrobiliśmy burzę mózgów, przemyśleliśmy wszystko, przeliczyliśmy, ile jedzenia jesteśmy w stanie przygotować. Okazało się, że zrobiliśmy jeszcze sporą nadwyżkę, co zaskoczyło nas samych – dodaje. Łatwo jednak nie było. By zacząć wydawanie posiłków od godz. 11 czy 12, pracownicy kuchni przychodzili ok. 4–5 rano.

Małgorzata Morawiec przyznaje, że wiele osób z załogi jej restauracji jeszcze przed ŚDM martwiło się m.in. groźbą zamachów terrorystycznych, paraliżem miasta, skalą całego wydarzenia. Pomogły spotkania całego zespołu i wspólne zastanawianie się, czy Światowe Dni Młodzieży to „szansa czy zagrożenie”. Okazało się, że zdecydowanie to pierwsze. – Kiedy zobaczyliśmy feerię barw na ulicach, nieprawdopodobną radość tych ludzi, te negatywne emocje natychmiast opadły – wspomina M. Morawiec. – Biegaliśmy tam i z powrotem, dbaliśmy, żeby nikt nie odszedł od nas nienakarmiony, i to się udało. Cały zespół miał ogromną satysfakcję, że daliśmy radę – dodaje.

Dla Beaty Zych kluczem było przygotowanie – co nie dziwi przy tak wielkiej liczbie osób, dla których trzeba było zorganizować posiłki. – Odwiedzałam każde miejsce, w którym mieliśmy je wydawać, zatrudniliśmy dodatkowo kilkadziesiąt osób, zainwestowaliśmy w sprzęt, który teraz wykorzystujemy w swoich kuchniach – wylicza. Dla jej firmy niektórzy producenci uruchamiali specjalne linie produkcyjne, z których schodziły np. hermetycznie zapakowane dwa plasterki sera. Wszystko po to, by prowiant, który pielgrzymi zabierali ze sobą, był maksymalnie bezpieczny. W niektórych punktach trzeba było na bieżąco zmieniać jadłospis – dodawać mięs tam, gdzie nocowały grupy niemieckie, słodkich produktów w miejsca noclegów grup francuskich, a mleka i serów do parafii, w których spali Włosi. – Musieliśmy być elastyczni. Część zakupionych produktów nie została wykorzystana, ale ponieważ na co dzień obsługujemy kilka tysięcy pacjentów różnych szpitali, nie było problemu, by tę żywność spożytkować – mówi Beata Zych. Przyznaje, że niektóre przygotowania – jak choćby zapewnienie w pobliżu firmy namiotów dla pracowników – okazały się dmuchaniem na zimne. Z transportem czy dojazdem nie było bowiem większych problemów. Najważniejszy okazały się drobiazgowy plan działania i mierzenie „zamiarów podług sił”, nie na odwrót. Wspominając ŚDM, restauratorki są zgodne – gdyby coś takiego przydarzyło się jeszcze raz, z przyjemnością znów podjęłyby się nakarmienia pielgrzymów. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama