Nowy numer 47/2020 Archiwum

Morze krwi

Jeśli, Szanowny Czytelniku, rozklikałeś tytuł tego komentarza i czytasz, znaczy to zapewne, że zaintrygował Cię tytuł. Nieco krwawy. Być może liczysz na opisy krwawych zamieszek lub wszelkich dramatycznych wydarzeń na świecie. Dramatycznie będzie, owszem. Ale jednocześnie bardzo prosto, zwyczajnie. Tu i teraz. Obok.

Dziś jest Światowy Dzień Krwiodawstwa.

Jeśli teraz, Czytelniku, nie zamkniesz tego tekstu, będzie to znaczyło że tematyka jest Ci naprawdę znana. Głęboko. Jeśli chcesz ten tekst zamknąć i nie doczytać do końca, prawdopodobnie wiesz na temat krwiodawstwa tyle co i inni. Tyle co wszyscy. Czyli niewiele.

W sieci pełno memów na ten temat. Na jednym jakaś uśmiechnięta krwinka czerwona. Na innym ksiądz oddający krew. Nie zemdlał. Tu i ówdzie jakiś apel - jak z gazetki ściennej w małomiasteczkowej przychodni rejonowej w latach 80. Że krew to życie, a zostając dawcą honorowym, ratujesz życie. I co z tego? Niewiele, bo większość z nas te hasła doskonale zna. Taka życiowa zasada: jak krwi nie ma, to się nie żyje. No nie ma takiej możliwości, po prostu.

I cóż z tej wiedzy? Niewiele. Bo, jak głoszą slogany, "krwi brakuje". Szczególnie latem.

Jakiejś krwi brakuje. Komuś brakuje. Gdzieś tam brakuje. Trudno.

Poniżej lista autotłumaczeń. Można wybrać jedno, stosowane, a niepotrzebne skreślić: "Niech inni dają. Zdrowsi, ładniejsi, bliżej mają. Mojej grupy zapewne nie potrzeba. Zarobiony jestem. Gdzie ja tam będę jeździł. Jeszcze zemdleję potem i tyle z mojego bohaterstwa".

A jak jest naprawdę? Zdecydowałam się napisać poniższe słowa po to, by otworzyć oczy, czy raczej serca. Tyle mogę dla osób, które codziennie walczą o życie.

W listopadzie ubiegłego roku nagle zachorował mój brat Karol. Najmłodszy z nas, rodzeństwa. Młody, bardzo młody, pełen pasji. Dotąd zdrowy, bardzo zdrowy. Silny. Zachorował tak nagle, że sam chyba w to długo nie wierzył. Mimo szpitala, ciężkiego stanu. I słabiutkich rokowań.

To, że przez pół roku walczył i - leżąc w szpitalu - miał szansę na leczenie, zawdzięcza tym wszystkim ludziom, którzy oddawali dla niego krew. Otrzymał morze krwi od tych, którym chciało się pójść na pół godziny do punktu krwiodawstwa, wypełnić krótką ankietę, pokazać dowód osobisty. Potem odbyć krótkie badanie lekarskie. I w końcu pobrano od nich próbkę krwi (z palca). A jeśli (!) wyniki były odpowiednie, pobrano od nich 450 ml krwi. TO WSZYSTKO. Nie padli, nie stali się bohaterami, nie zmienił im się kolor włosów. Oddali krew, poszli do swoich zajęć i dalszego życia.

Karol dostawał krew regularnie. Najpierw w szerszych odstępach czasu, potem coraz i coraz częściej. Anonimowi honorowi krwiodawcy i wszyscy ci, którzy go znali i postanowili "chociaż tak pomóc", przedłużyli jego życie. Co równie istotne - zmniejszali ciężkie fizyczne cierpienie. To był bezcenny dar. Dla niego (czuł wielką, choć ukrytą pod męskim wzruszeniem wdzięczność względem dawców) i dla nas, rodziny. Wszystkim dziękuję.

Ale podobnych chorych, takich jak Karol, jest więcej. Pół roku spędzone na oddziale hematologii otwiera oczy. Krew skapuje tu powoli, kap, kap, kap, kap, kap... Wciąż i wciąż. I po kilku już dniach, spędzonych między ciężko chorymi, doskonale rozumie się hasło, wedle którego "krew to życie"...

Na portalach społecznościowych widać czasem prośby: "krew taka i taka pilnie potrzebna. Dla Kowalskiego, dla Iksińskiej". Co oznaczają takie prośby? Tak naprawdę wielki dramat: w tym lub owym szpitalu jest tej krwi bardzo, bardzo mało. Starcza dla najcięższych przypadków. I Kowalski lub Iksińska, którzy "nie są w stanie krytycznym", czekają (w wielkim cierpieniu) długie godziny, bywa że i dni, na podanie worka z czerwonym płynem. Każda taka godzina to wieczność.

Nie, nie zamierzam zmuszać nikogo do dawstwa. Do uczynków miłosiernych względem ciała zmusić się nie da. Myślę tylko, że warto, by osoby szczęśliwie zdrowe, które pewnych dramatów nie doświadczyły, zdały sobie sprawę, jak tzw. oddawanie krwi wygląda z drugiej strony. Ze strony nie tylko chorego, ale również jego rodziny. Apele o oddawanie krwi to nie czcze zabiegi retoryczne. To walka o każdy dzień.

Mój brat Karol zmarł półtora miesiąca temu. Ale inni chorzy żyją. I wciąż czekają. Wraz z krwią sączy się im nadzieję.

Potrzeba morza krwi. Tu i teraz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także