Nowy numer 29/2020 Archiwum

Zapomniana wojna

Po roku saudyjskich bombardowań Jemen stał się upadłym państwem. Tu Al-kaida i ISIS wyrosły na czołowe siły polityczne.

Niespodziewany problem

„Prywatne” posunięcie saudyjskiej koalicji nie spodobało się specjalnie rządowi amerykańskiemu. Już w styczniu szef amerykańskiej dyplomacji John Kerry zaczął wpływać na saudyjskiego króla Salmana, by doprowadzić do zawieszenia ognia, co miałoby dać czas na ponowne przemyślenie całej strategii konfliktu. W końcu pomysł ZEA nie różnił się zbytnio od wynajęcia przez Saudów w ubiegłym roku prywatnej amerykańskiej spółki wojskowej Academi (to zmieniona nazwa przedsiębiorstwa najemników Blackwater, znanego z kompromitujących zbrodni w Iraku). Academi została zdziesiątkowana przez hutystów i musiała się wycofać. Pojawił się inny problem. Wojna i próżnia polityczna, którą ona wytworzyła, doprowadziła do niezwykłego wzmocnienia Al-Kaidy, która zajmuje ostatnie miejscowości na wschodzie, i przede wszystkim PI, które zaczęło atakować Aden, na razie za pomocą seryjnych zamachów bombowych. Na początku roku zachodnim wywiadom udało się odkryć zamiary terrorystów: chcą oni zaatakować podwodne kable telekomunikacyjne, które z Chin, Japonii i innych krajów Azji biegną na Zachód dnem strategicznej cieśniny Bab al-Mandab. W sytuacji światowego kryzysu gospodarczego skutki tego byłyby nieobliczalne.

Kabli tradycyjnie pilnują wyspecjalizowane w tym wojska francuskie, które stacjonują po drugiej stronie cieśniny, w Dżibuti. Krążą tam też zachodnie okręty podwodne, ale taki zamach jest łatwiejszy niż zablokowanie całej cieśniny. Amerykanie, którzy również mają wielką bazę wojskową w Dżibuti, zaczęli w marcu bombardować pozycje Al-Kaidy i PI oraz namawiają do tego Saudów, którzy do tej pory wstrzymywali się od atakowania „braci sunnitów”, licząc prawdopodobnie, że uda się im z nimi jakoś dogadać. Poza tym byli to przecież sojusznicy w walce z hutystami. Naciski amerykańskie odniosły jednak skutek – jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, przerwanie ognia ma wejść w życie 10 kwietnia. Zresztą Sana, stolica Jemenu (i hutystów), jest już wystarczająco zrujnowana.

Płonące dziecko

Jest jeszcze jedna istotna różnica między wojną w Syrii a bombardowaniem Jemenu: w Syrii ofiary cywilne stanowią mniej więcej jedną trzecią, w Jemenie ponad połowę. Dlaczego? Saudyjscy piloci, mimo najnowocześniejszych na świecie systemów rozpoznawczych, na ogół nie potrafią odróżniać obiektów wojskowych od cywilnych. W końcu ta nieumiejętność przeszła w strategię pokonania hutystów: bombardowane są drogi, mosty, szkoły, szpitale, elektrownie, źródła wody. UNICEF ostrożnie oblicza, że każdego dnia od bomb ginie w Jemenie sześcioro dzieci, z czego statystycznie jedno płonie żywcem po zastosowaniu napalmu, dwoje zostaje rozerwanych na strzępy, a reszta umiera od odłamków. Trzy razy tyle zostanie kalekami na całe życie. Ponadto niemal cała uboga infrastruktura na północy kraju przestała istnieć. ONZ podaje, że na skutek saudyjskiej blokady powietrznej, lądowej i morskiej Jemenu umiera więcej cywilów niż od bomb. 80 proc. jemeńskich dzieci potrzebuje natychmiastowej pomocy żywnościowej i medycznej. Arabia Saudyjska dała niedawno do zrozumienia, że kupiła w Pakistanie bomby atomowe i ma je już od dwóch lat. Wielu ludzi na Zachodzie zaczyna się zastanawiać, czy w przyszłości tylko jemeńskie dzieci będą płonąć. Ale żaden z krajów sprzedających broń saudyjskiej monarchii nie ma zamiaru zastosować się do lutowego wezwania Parlamentu Europejskiego, by nałożyć na ten kraj embargo.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama