Nowy numer 43/2020 Archiwum

PKW, pory i pistacje

Cisza wyborcza będzie tym razem dłuższa o godzinę. Tylko po co?

Z powodu zmiany czasu cisza wyborcza, która zacznie obowiązywać w sobotę i potrwa aż do końca niedzielnego głosowania, będzie dłuższa o godzinę. Ale już nawet sam Wojciech Hermeliński, przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, przyznał na dzisiejszej konferencji, że warto byłyby się zastanowić nad jej sensem. Zresztą nie pierwszy to taki głos płynący z PKW.

Z założenia cisza w przededniu wyborów miała dać obywatelom możliwość zdystansowania się od kampanijnego szumu i spokojnego przemyślenia, jakiego wyboru chcą dokonać. Ale czy rzeczywiście taki czas jest nam potrzebny? Czy w sobotni poranek jeszcze nie wiemy, jaki komitet czy kandydat jest naszym faworytem? Szczerze wątpię. Pojęcia ciszy wyborczej nie znają rozwinięte demokracje: Wielka Brytania i USA, gdzie ostra i emocjonująca kampania wyborcza trwa do końca. W 2005 r. zrezygnowały z niej także Niemcy. A nie można przecież powiedzieć, że mieszkańcy tych państw głosują bezmyślnie, czy też, że ktoś ujawniając w ostatniej chwili jakąś aferę, wpłynął na wynik wyborów. Po ubiegłorocznych wyborach samorządowych niektórzy posłowie przymierzali się do zmiany prawa. Na dobrych chęciach się skończyło i przed kolejnym głosowaniem znów wszyscy zastanawiają się: po co nam ta cisza?

Z piątku na sobotę ustaną przedwyborcze spotkania, agitacje, nie będzie można rozwieszać plakatów ani prowadzić jakiejkolwiek "promocji" kandydatów czy komitetów. Nie będzie można też publikować sondaży wyborczych. Za złamanie tych przepisów grozi sroga kara, nawet 1 mln zł. Prawo to obowiązuje również w internecie. Nie dotyczy wpisów, które powstały przed ciszą, ale tych, które pojawiłyby się w sobotę lub niedzielę.

Jednak internauci ze swoim przekazem docierają wszędzie i zewsząd. Zapis o zachowaniu ciszy wyborczej obowiązuje tylko na terenie Polski, sondaże i kampanię można nadal prowadzić z zagranicy. Polacy mieszkający za granicą mają więc pełną swobodę i chętnie z niej korzystają. Także rodzimi mają swoje sposoby, żeby w tej pozornej ciszy ich głos był słyszalny. 

Zapewne tak jak w poprzednich wyborach parlamentarnych już od niedzielnego ranka w mediach społecznościowych ruszy wyborczy warzywniak. Dowiemy się, po ile "chodzą" pomidory, buraki, koniczyna i czy pistacje rosną w siłę, a pory nie mają brania. Bo przecież wybory budzą emocje. I bardzo dobrze. Co więcej, rosnące w dniu wyborów słupki popularności pistacji czy porów mogłyby zmobilizować wyborców koniczyny, buraków i innych warzyw do szybkiego pójścia do urn. Za Polaków wyborcze rozmowy o warzywach nikt nikogo ukarać nie może. Wszyscy wiedzą o co chodzi. Ale czy to jest poważne?

Czytaj także:

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama