Nowy numer 23/2021 Archiwum

Dwa lata Franciszka

Papież uczy, że musimy wyjść z getta. Porzucić lęk, ale i pokusę wygodnego życia. Że trzeba wykorzystać wszystkie dostępne kanały, by mówić o Chrystusie. To wezwanie w sam raz na epokę informacyjnego szumu. 


Kiedy Franciszek po raz pierwszy pojawił się na balkonie bazyliki św. Piotra, od razu stało się wiadome, że jest kimś z innego świata: pierwszy papież z Ameryki, pierwszy jezuita na tym stanowisku, w dodatku mówiący „dobry wieczór” i pokornie pochylający się przed ludem zebranym na placu. I jeszcze to imię – brzmiące jak wezwanie do ubóstwa i odnowienia Kościoła. Słuchaliśmy go z nadzieją, że zaczyna się nowy, piękny rozdział w historii papiestwa.

Papież lewaków?


Co z tego zostało po dwóch latach? Mamy dziś papieża uwielbianego przez jednych i mocno krytykowanego przez drugich. Przy czym linie podziału przebiegają często zaskakująco – zarówno w sercu Kościoła, jak i na jego peryferiach. Dla jednych w dalszym ciągu Franciszek pozostaje kimś, kto wybrał drogę pokornej służby najuboższym, dla drugich – porusza się tylko po powierzchni wiary. Jego bezpośredni styl bycia czyni go ulubieńcem mediów, które jednak często szukają w nim sojusznika w sprawach dalekich – jak się można domyślać – od papieskich intencji. Franciszek bywa „używany” przez różne środowiska do osiągania ich własnych celów. Widać to w budowanych przez media opozycjach: dobrego Bergoglia i „policji doktrynalnej” poprzedników, „Kościoła Franciszka” i „Kościoła Michalika”, a także w – jakże częstych – zbitkach newsów o „księżach pedofilach” i reformie Kurii Rzymskiej. Z drugiej strony łatwość, z jaką udaje się osobę papieża wpisać w tego typu manipulacje, każe postawić pytanie o to, czy problem nie tkwi w przekazach kierowanych do świata przez samego Franciszka. Spontaniczne wypowiadanie zdań, które łatwo mogą zostać opacznie zrozumiane i stać się pożywką dla mediów (np. że „katolicy nie muszą być jak króliki”), jest, niestety, także jednym ze znaków rozpoznawczych tego pontyfikatu. 
Jedną z najczęstszych medialnych „redukcji” Franciszka jest nazywanie go „papieżem lewaków”. Warto spytać, co w ogóle sprawia, że środowiska lewackie chcą widzieć w nim sojusznika swoich działań. Z pewnością jedną z przyczyn jest wrażliwość Franciszka na biednych, która – choć przez europejską lewicę, zajmującą się głównie aborcją, eutanazją i mniejszościami seksualnymi, dawno została zagubiona – w Ameryce Południowej ciągle bywa jeszcze postrzegana jako wyznacznik lewicowości. Latynosi nie zmierzyli się z komunizmem w wersji totalitarnej w takim wymiarze jak Europejczycy. Za to stykając się na co dzień z rzeczywistością slumsów, z ludźmi mieszkającymi na ulicy, dobrze wiedzą, co to prawdziwa bieda. 


Dajcie im jeść


Trzeba pamiętać, że papież Franciszek przychodzi właśnie z takiego świata. Tyle że swojej troski o biednych nie wywodzi wcale od Marksa, Lenina i Che Guevary, a z Ewangelii. W adhortacji „Evangelii gaudium” mówi to wprost: „Z naszej wiary w Chrystusa, który stał się ubogim, będąc zawsze blisko ubogich i wykluczonych, wypływa troska o integralny rozwój osób najbardziej opuszczonych przez społeczeństwo. Każdy chrześcijanin i każda wspólnota są wezwani, by być narzędziami Boga na rzecz wyzwolenia i promocji ubogich, tak aby mogli oni w pełni włączyć się w społeczeństwo.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama