GN 43/2020 Archiwum

Dzisiaj
 w Betlejem

Widzieliśmy tęczę łączącą Betlejem z izraelskim osiedlem Har Homa, zbudowanym na ziemi wydartej Palestyńczykom. Gdyby czytać ją jako symbol, to, co mogłaby zapowiadać, wydaje się dziś bardzo odległe.


Do Betlejem nie dojedzie się bezpośrednio z lotniska w Tel Awiwie. Pakujemy się więc do biało-żółtego busika, który ma nas zawieźć na dworzec autobusowy we wschodniej, arabskiej części Jerozolimy. Tam będzie nasza stacja przesiadkowa. Kierowca nie spieszy się z odpaleniem pojazdu. Czekamy dobrą godzinę, aż uzbiera się komplet pasażerów. 


Sprawiedliwość 
na święta


Drogowskazów na Betlejem po drodze do Jerozolimy nie widać, tak jakby miasteczko, w którym urodził się Chrystus, nikogo tu nie interesowało. Izraelskie władze celowo marginalizują to miejsce. Betlejem leży przecież po stronie palestyńskiej, lepiej więc, żeby turyści nie zostawiali tam pieniędzy. Od Palestyńczyków Żydzi odgrodzili się murem, by – jak tłumaczą – ochronić ludność cywilną przed atakami palestyńskich terrorystów. Przy okazji wykroili jednak ziemie sąsiadów pod budowę swoich nowych osiedli i przesunęli tym samym granicę z Autonomią ustaloną w 1949 roku. 
Niezrażeni trudnościami prze-
siadamy się w Jerozolimie, przy Bramie Damasceńskiej, na arabską linię nr 21. Nie dotrzemy nią wprawdzie pod samą bazylikę Narodzenia Pańskiego – ostatni odcinek trzeba będzie przejechać taksówką – ale i tak bezboleśnie miniemy checkpoint, czyli punkt kontroli granicznej. Kierowca autobusu przystanie tylko na chwilę przed czerwoną tablicą. Czytamy na niej, że pobyt obywateli Izraela w strefie A, kontrolowanej przez Palestynę, może być niebezpieczny dla ich życia i w świetle izraelskiego prawa jest nielegalny. W praktyce jednak ten zakaz bywa łamany.


Ruch w drugą stronę też jest utrudniony: – Nie jeżdżę do Jerozolimy ani do innych miast Izraela – zastrzega się Ala’a, taksówkarz z Betlejem. – Nawet gdy muszę udać się do Europy, wylatuję z Ammanu, z Jordanii. Ja jestem stąd, z Palestyny, urodziłem się w Betlejem jak Jezus – uśmiecha się, wjeżdżając na centralny plac miasta, ozdobiony setkami światełek, z gigantyczną choinką ustawioną na tle bazyliki Narodzenia. Gromadzą się przy niej młodzi Palestyńczycy. Są bardzo hałaśliwi, ale nie agresywni. Z głośników płynie arabska wersja „Jingle bells”. Naszą uwagę przykuwa baner zawieszony na tymczasowej scenie: „All I want for Christmas is justice” (Wszystko, czego chcę na święta, to sprawiedliwość).


Przepaść ośmiu kilometrów



– Boże Narodzenie to nie festiwal z choinką i dobrym obiadem – podkreśla Rony Tabash, właściciel jednego ze sklepów z pamiątkami i dewocjonaliami przy ulicy Groty Mlecznej. – Mamy nadzieję na pokój w Ziemi Świętej. Nieustannie musimy się o to modlić.
Rony jest gorliwym katolikiem, śpiewał nawet dla Benedykta XVI podczas jego wizyty w Betlejem. Ciągle powtarza, że kocha Polaków za ich wiarę i szacunek, jaki mają dla papieża i duchownych. Swój sklep udekorował polskimi motywami. – To polska ambasada w Betlejem – uśmiecha się. Faktycznie, żaden Polak trafiający do Betlejem nie przegapi jego sklepu. Flagi, szaliki, zdjęcia z kard. Dziwiszem i Eleni, a nawet reklamówka z popularnego dyskontu – to wszystko z pewnością przyciąga uwagę polskich turystów i zwiększa obroty. Jednak nie chodzi tu tylko o biznes. Rony naprawdę służy naszym rodakom pomocą – w zwiedzaniu, transporcie, organizowaniu czasu. Poza tym całkiem dobrze mówi po polsku; jako piosenkarz odwiedził już nasz kraj i, być może, wkrótce wybierze się znowu.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama