Nowy numer 44/2020 Archiwum

Szczęście po kurpiowsku

Robią to, co lubią. Wychowują czwórkę dzieci i wystarcza im na godne życie. Mieszkają na wsi, ale w ciągu roku spotykają tylu ludzi, że mógłby im pozazdrościć mieszkaniec wielkiego miasta. Kim są ci wybrańcy?

Żeby ich poznać, wystarczy pojechać do Wachu, wsi położonej w samym sercu Kurpi. Zdzisław Bziukiewicz mieszka tu od zawsze, znaczy od urodzenia. Od 14 lat z żoną Laurą. Tu przyszły na świat ich dzieci – Lila, Paweł, Piotr i Adaś. Wzrastają w domu, w którym od ponad 50 lat każdego dnia powstają rzeczy piękne. Z frywolitkowej koronki, z bursztynu. Patrzą, jak mama robi koronkowe kolie, kolczyki, naszyjniki, gwiazdki, aniołki. Widzą, jak ojciec toczy bursztynowe korale.

Rodzinna tradycja

Bziukiewiczowie bursztyniarstwem zajmowali się od zawsze. Ojciec Zdzisława, Stanisław (zmarł w 2009 r.), toczył bursztyn na tradycyjnym kółku, czyli kołowrotku, oraz na tokarkach zrobionych z radzieckiego kombajnu kuchennego. Proste, ale dobre i niezawodne były to maszyny. Kilka lat temu padły łupem złodziei. Zdzisławowi pozostał drewniany kołowrotek po ojcu. Używa go do dziś. Kiedy rodzice przeprowadzili się do Ostrołęki, Zdzisław, który pozostał w Wachu, przejął po ojcu warsztat. Mieszkał sam i wyglądało na to, że zakochany jest tylko w bursztynie. – To niesamowite uczucie – opowiada. – Biorę do ręki coś, co wygląda jak brudny kamień i od razu wiem, że to nie kamień, a bursztyn. Jest ciepły, ma charakterystyczną, chropowatą powierzchnię i jest lżejszy od kamienia. Dziwnie się człowiekowi robi, kiedy pomyśli, że ta bryłka ma ponad milion lat. Miał 4 lata, kiedy ojciec zabrał go na wyprawę po bursztyn. Do Ostrołęki, która wtedy przeżywała swoją jantarową gorączkę. Na terenie ostrołęckiej elektrowni koparka odkryła wielkie złoże bursztynu. Teren był wprawdzie pilnowany, ale ze strażnikami można było się dogadać. Mnóstwo ludzi z tego korzystało. Koparka wyciągała z ziemi zmieszany z piachem bursztyn. Wystarczyło pogrzebać. – Ludzie wynosili bursztyn wiadrami – opowiada Zdzisław, który wtedy zapałał miłością do złotego kamienia. Od tamtego czasu wygrzebał z ziemi tysiące bursztynowych bryłek i okruchów. Przerobił je na naszyjniki, kolczyki, różańce, wisiory. Jako jedyny na Kurpiach do dziś robi z bursztynu tradycyjne kierce i pająki. Najcenniejszy kawałek, z dziewięcioma mrówkami zatopionymi w skamieniałej żywicy, przekazał do muzeum w Łomży.

Miłość od pierwszego spojrzenia

Toczył bursztyn, jeździł po festynach, kiermaszach i jarmarkach, działał w Stowarzyszeniu Twórców Ludowych i powoli zbliżając się do czterdziestki, oswajał z myślą, że kawalerski los został mu zapisany. 26 lipca 2001 roku – a datę tę pamiętają oboje – na Jarmarku Jakubowym w Olsztynie poznał Laurę, koronkarkę. I od razu poczuł, że to jest najcenniejsze odkrycie w jego życiu. Laura, wtedy 24-letnia panna, nauczycielska córka z miasta, poczuła to samo. W sierpniu spotykali się w każdy weekend. Wiedzieli, że będą razem. Laura postanowiła, że pora przedstawić narzeczonego rodzicom. Przestraszyli się tempa wydarzeń. Skończyło się aresztem domowym dla Laury – bez terminu odbywania kary i bez widzeń z narzeczonym. 23 października brawurowo uciekła z rodzinnego więzienia. W połowie grudnia 2001 roku brali ślub. Zamieszkali w rodzinnym domu Zdzisława. Dla niej, wychowanej w blokowisku, zmiana „okoliczności przyrody” była znaczna. Zamiast kuchenki gazowej – piec węglowy, sklepy odległe o kilka kilometrów i przestrzeń wokół. Uczyła się nie tylko wiejskiego życia. Nadeszły lata zmian i rozwoju.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama