Nowy numer 2/2021 Archiwum

Polityk, który zdradził politykę

Zanim wybierzemy nowy Parlament Europejski, warto zajrzeć za kulisy jego działania.

Marek Migalski znów wywołał skandal. Tym razem nie wpisami na portalach czy „ustawkami” dla tabloidów, ale książką o patologiach instytucji europejskich i nadużyciach, jakich w nich się dokonuje. W „Parlamencie ANTYeuropejskim” wykorzystał swój politologiczny warsztat i zgrabnie opisał życie codzienne oraz dylematy przeciętnego polskiego eurodeputowanego. Nie jest to lektura budująca, za to wiarygodna. Nic tak bowiem mocno nie świadczy o prawdziwości słów autora jak jego oświadczenia podatkowe, z których wynika, że w ciągu kończącej się kadencji (dane do 2012 roku) spędzonej w PE odłożył już ponad 1,3 mln zł. A to podobno niewiele, skoro na samych dojazdach można przez 5 lat służby publicznej zaoszczędzić 1,5 mln.

Po co? Po diety!

Choć książka nie jest tylko o pieniądzach, to one wzbudzają największe emocje. I trudno się dziwić, skoro na konto eurodeputowanego w ciągu miesiąca wpływa 7,5 tys. euro. Drugie tyle można uzbierać z diet, pod warunkiem, że się często podróżuje. Ale to podstawa. Prawidłowa odpowiedź na pytanie: „po co oni wciąż wracają do Brukseli?” brzmi – zdaniem Migalskiego – „po diety”. W ciągu tygodnia można uzbierać ich pięć po 304 euro każda, większość czasu spędzając w… Polsce. Wystarczy przylecieć do PE w poniedziałek wieczorem, potwierdzić pisemnie swoją obecność, czynność tę powtórzyć we wtorek rano i wsiąść w samolot powrotny. We środę podobnie: wieczorem – kierunek Bruksela, rano w piątek (po podpisaniu listy o 7.00) – Warszawa. Jak łatwo obliczyć, jedyny pełny dzień pracy w PE to czwartek. Co oczywiście nie znaczy, że tylko w ten dzień MEP (Member of European Parliament) pełni swoje obowiązki. Robi to nawet, uczestnicząc w posiedzeniach komisji polskiego Sejmu. A jeśli nie jest mieszkańcem stolicy, to i za tę aktywność kasa w Brukseli płaci stosowną dietę. Do tego trzeba dodać ogromne pieniądze przeznaczone na zatrudnianie asystentów (20 tys. euro miesięcznie) i prowadzenie biur (4,5 tys.). Migalski zdradza, że większość jego koleżanek i kolegów nie jest w stanie wyliczyć, ilu ma asystentów. Nie z powodu roztargnienia. Po prostu powszechną praktyką jest oddanie tych etatów „matce partii”. Tylko formalnie są to asystenci posła, faktycznie ludzie pracujący dla centrali w Warszawie.

System legalnej korupcji

Możliwości dorobienia jest oczywiście więcej i autor skrzętnie je wylicza. Kto chce wszystkie wykorzystać, musi się sporo „napracować” i wiąże się to z licznymi niewygodami. Trzeba na przykład wyszukiwać loty z jak największą liczbą przesiadek. Rekordziści są w stanie w ten sposób w ciągu tygodnia wykonać dwanaście kursów! Jeszcze większe możliwości daje podróżowanie samochodem. Najlepiej wspólnie, w kilku MEP-ów. I bez kierowcy. Warto dodatkowo mieć listę tanich hoteli rozlokowanych po drodze, w których się… nie nocuje (wystarczy rachunek), ale zalicza dietę. Itd., itp… W tym szaleństwie jest metoda. Administracja w Brukseli mogłaby przecież z łatwością ukrócić podobne praktyki, ale wolała stworzyć „system legalnej korupcji” – jak pisze Migalski. W interesie eurobiurokratów jest, by posłowie całą energię skupili na bogaceniu się, a nie wtrącaniu w jakże nudny, czasochłonny i skomplikowany proces podejmowania decyzji. Oczywiście gdy poziom patologii w gromadzeniu diet zaczyna kłuć w oczy i zachodnie telewizje kręcą o tym demaskatorskie dokumenty, Bruksela interweniuje. Ale w ciekawy sposób. Na przykład nie obniża kwot poszczególnych diet, ale ogranicza możliwość korzystania z nich wyłącznie do podróży na odległość poniżej tysiąca kilometrów. Chroni się w ten sposób budżety posłów ze starej Unii, a bije po kieszeni „nowych” oraz biedniejszych, np. Greków.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama