Nowy numer 43/2020 Archiwum

Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie...

Dzień Dziecka Utraconego. szepczą, że miało być inaczej. Że to dzieci powinny stać nad grobem rodziców. Największy ból czują, kiedy po prostu nie mają dokąd pójść, by zapalić znicz.

Annie Piontek do dziś lśnią oczy, kiedy wspomina swoje drugie dziecko. Wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. – Zaczęło się bardzo niewinnie. Było tylko plamienie. Wezwałam karetkę. Wtedy usłyszałam, że to na pewno nic takiego, że tylko będę musiała tydzień albo dwa poleżeć w szpitalu na podtrzymaniu – wspomina. Pobyt w szpitalu, który miał być tylko formalnością, zamienił się w koszmar.

– Zostałam bardzo nieprzyjemnie potraktowana. Stałam dwie godziny w izbie przyjęć. Coraz bardziej krwawiłam. Dopiero gdy zaczęłam mdleć, pielęgniarka przyniosła mi krzesło. Zanim straciłam przytomność, zapamiętałam ostatnie słowa lekarza, że musi dopić kawę – minęło 21 lat, ale tamte wydarzenia bolą ciągle tak samo. Bardzo szybko okazało się, że strata dziecka to niejedyna trauma, z jaką trzeba będzie sobie poradzić. Lekarze odmówili nawet informacji, jakiej płci było dziecko. – Usłyszałam, że to był tylko płód. Podpytywałam pielęgniarki i jedna stwierdziła, że możliwe, że to była dziewczynka. Nawet nie wiem, co się stało z moim dzieckiem. Lekarze mówili, że nie ma co rozpaczać: „Ma pani jedno dziecko, to już wystarczy” – opowiada.

Komu wydaje się, że przez ponad dwie dekady sytuacja w polskiej służbie zdrowia uległa diametralnej zmianie, ten bardzo się myli. Z raportu opublikowanego przez Fundację „Przetrwać Cierpienie” wynika, że ok. 70 proc. szpitali w całej Polsce nie potrafi udzielić rodzicom właściwego wsparcia po utracie dziecka. Ten problem dotyka rocznie ok. 40 tys. małżeństw. – To temat pomijany, społecznie niewygodny. Kobiety często słyszą: „Czemu rozpaczasz? Przecież nawet nie było widać, że jesteś w ciąży”. Trzeba z całą mocą podkreślać, że mówimy o dziecku, a nie o skrzepie, embrionie, płodzie. Rodzice potrzebują społecznego potwierdzenia tego faktu, że są mamą i tatą – zauważa Małgorzata Ostrowska-Czaja, prezes Fundacji „Przetrwać Cierpienie”.

Wielu lekarzy wciąż jednak nie chce mówić o dzieciach. W rozmowach z rodzinami wolą używać skomplikowanych nazw medycznych lub mniej wyrafinowanych określeń, takich jak płód czy embrion. Jak przyznają rodzice dzieci utraconych, taka strategia może mieć sens – niedopuszczanie tej myśli może być reakcją obronną. Bo wtedy nie patrzy się na śmierć człowieka, tylko na komplikacje medyczne. Poza tym nie wytrąca się z ręki koronnego argumentu zwolennikom aborcji. – Nie rozumiem twierdzenia, że do czasu terminowych narodzin to nie jest człowiek. Mówiąc najprościej jak można, mamy przecież zdjęcia, na których widać, że te, jak mówią niektórzy, „zlepki komórek”, to człowiek – mówi ks. Adrian Nowak, koordynator duchowy kampanii „Ja też jestem dzieckiem”.

Największym bólem po stracie dziecka okazuje się często być niemożność pochowania go. Brakuje takich miejsc, jak grób dziecka utraconego, istniejący na cmentarzu przy parafii pw. św. Józefa w Katowicach. – Ten grób bardzo mocno łączy się z moją historią – mówi wprost Katarzyna Grabowska. Pięć lat temu lekarze stwierdzili u niej tzw. zatrzymane poronienie. – Dzień przed ustalonym terminem zabiegu spotkałam koleżankę. To ona uświadomiła mi, że mogę domagać się, aby szpital wydał po wszystkim ciało mojego dziecka – wspomina. Rozpoczęła walkę. – W końcu dostałam od nich słoik z komentarzem: „To pani trofoblast” [warstwa komórek wyodrębniająca się we wczesnej fazie rozwoju dziecka – przyp. red.]. Mimo wszystko lekarze nie chcieli wydać żadnych zaświadczeń, że doszło do poronienia. Ordynator na moją prośbę zareagował, powiedziałabym, w krótkich żołnierskich słowach. Po czym mnie wyprosił – opowiada Katarzyna. Po wielu wysiłkach udało się całą sprawę załatwić. Dzięki temu Katarzyna mogła przyjść do proboszcza z prośbą o możliwość pochowania dziecka. – Jestem mu do dziś bardzo wdzięczna, że wtedy mnie wysłuchał. I pomógł – mówi.

Tak powstał grób dziecka utraconego. Dotąd znalazło w nim wieczny spoczynek ok. 20 maleństw z całej południowej Polski. – To mi wystarczyło, że mogłam pochować moje dziecko w poświęconej ziemi, że nie jest traktowane jako odpad medyczny i nie leży z czyjąś wątrobą czy woreczkiem żółciowym. Wiem, że moje cierpienie nie poszło na darmo, coś dobrego z tego wyniknęło. Nie mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa, ale czuję, że Pan Bóg się mną posłużył, że tak po prostu miało być. Bóg lepiej wiedział, że my z koleżanką jesteśmy godne do wypełnienia tej misji – mówi dzisiaj Katarzyna.

15 października przy tym grobie spotkali się rodzice dzieci utraconych. Wcześniej wzięli udział w Mszy św., której przewodniczył ks. Adrian. – Jestem szczęśliwa, że po 21 latach mogę się pomodlić za moje nienarodzone dziecko – zwierza się Anna Piontek. Rodzice i bliscy dzieci utraconych wypełnili szczelnie kościół. Wielu z nich z trudem ukrywało łzy. – Pewnie tyle razy pytaliście się Boga: „Dlaczego?”. Ja nie powiem wam dzisiaj, dlaczego, bo nie wiem. Jedyny Bóg to wie – zwrócił się do nich ks. Adrian. – Choć nie wiem, nie rozumiem, dlaczego tak chciał Pan Bóg, to w sercu mam pewność i wiarę, że wasze dzieci są „aniołami”. Pan Jezus powiedział: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie”. One na pewno poszły za wcześnie do Pana Jezusa, ale wierzcie mi, że nie chcą waszego smutku.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama