Nowy numer 3/2021 Archiwum

Cmentarz Śródziemny

Morze Śródziemne stało się kałużą krwi, otwartym grobem. W ubiegłym tygodniu nadzieja kolejnej fali uchodźców z Afryki rozbiła się u wybrzeży włoskich Lampedusy i Sycylii.

Stacja I: Sycylia. W poniedziałek 30 września około godziny 9.15, kilkanaście metrów od plaży Sampieri tonie 13 pasażerów przeciążonej łodzi z uciekinierami z Afryki, która osiadła na mieliźnie. Ludzie na plaży są przerażeni. Świadkowie i ci, którzy przeżyli, twierdzą, że ofiary były wyrzucane do wody przez przewoźników organizujących transport. Jedna z 14 ofiar dociera wprawdzie na plażę, ale w trakcie ucieczki z niej wpada pod samochód. Ginie na miejscu.

Stacja II: Lampedusa. W czwartek 3 października, ok. 7 rano, pół mili od brzegu na pokładzie tonącej łodzi z nielegalnymi imigrantami wybucha pożar. Wszystko wskazuje na to, że to uchodźcy podpalili koce na pokładzie, by w ten sposób mogła ich dostrzec straż przybrzeżna i rybacy na kutrach i by dzięki temu przetransportowano ich na ląd. Gdy płomienie są coraz większe, a statek zaczyna się przewracać, ludzie wskakują do wody. W chwili zamykania tego numeru GN mówi się o ok. 200 ofiarach śmiertelnych.

Wicepremier Włoch jedzie na miejsce. Mówi, że te przerażające sceny są hańbą całego Zachodu, problemem całej UE, bo uchodźcy traktują najczęściej Italię jako przystanek w drodze do innych części Europy. Papież Franciszek jest wstrząśnięty. W lipcu tego roku swoją pierwszą podróż odbył właśnie na włoską wyspę, do której każdego roku próbują dotrzeć tysiące imigrantów, głównie z Afryki, ale też z Azji, najczęściej z państw dotkniętych wojną i prześladowaniami – z Erytrei, Somalii, Libii, Egiptu, Iraku, Syrii i wielu innych. Ocenia się, że w ciągu dwóch dekad mordercze przeprawy zakończyło w morzu ok 20 tys. osób. W minionym tygodniu statystyki znowu wzrosły.

Bilet do raju

Jedni zapłacili 2000 dolarów, drudzy 300 lub 1000 euro. Jeszcze inni nawet kilka razy więcej. Często całe rodziny składają się na tę podróż życia. Uchodźcy z różnych krajów bazę wypadową mają najczęściej w Libii. Przemytnicy pakują na zdezelowane łodzie więcej pasażerów, niż pozwala na to zdrowy rozsądek.

Tym razem jedna z łodzi ominęła Lampedusę i dotarła aż do Sycylii. Około 250 imigrantów. Łódź osiadła na mieliźnie. Wtedy mężczyźni, kobiety i dzieci zostali zmuszeni przez przemytników – jak twierdzą – do opuszczenia pokładu. Jeden z ratowników opowiadał w lokalnej prasie, że wśród mężczyzn, którzy znajdowali się na łodzi, byli tacy, którzy nie umieli pływać, płakali i prosili o uratowanie kobiet, dzieci, a następnie ich samych. – Nie przez przypadek wszyscy zmarli to mężczyźni. Starali się pomóc bardziej potrzebującym, ale sami nie umieli pływać – opowiada dwudziestotrzyletni ocalały imigrant z Erytrei. – Przypłynęliśmy wczesnym rankiem. Nasz statek osiadł na mieliźnie i pomyśleliśmy, że woda nie jest już głęboka. Morze było niespokojne. Rzuciliśmy się do wody, by dotrzeć do wybrzeża, które widzieliśmy w oddali. Jak się jednak okazało, woda była zbyt głęboka. Niestety, wielu z naszych braci nie podołało. Chcemy tylko, by udzielono nam pomocy – mówi. Chłopak utrzymuje, że on i jego towarzysze nie zamierzają zostać we Włoszech: – Dla nas wasza ziemia jest tylko miejscem, z którego chcemy ruszać dalej. Ja na przykład chcę dotrzeć do moich kuzynów w Niemczech.

Większość imigrantów pochodziła z Erytrei, niektórzy z Somalii, Syrii, Etiopii, wszyscy – nie licząc dzieci – w wieku 20–30 lat. Podróż trwała 6 dni. Wyruszyli z Trypolisu w Libii. Według szacunków, na łodzi mogło być nawet 250 osób. Towarzyszący im przemytnicy zostali zidentyfikowani i znajdują się w rękach policji: pięciu Syryjczyków oraz dwóch Egipcjan w wieku między 25 a 33 rokiem życia. W prasie ukazały się ich zdjęcia i nazwiska. Są podejrzewani o przynależność do zorganizowanej grupy przestępczej, rozważa się też oskarżenie ich o spowodowanie śmierci 13 osób, jeśli śledztwo potwierdzi, że wyrzucali uchodźców z łodzi po zatrzymaniu się jej na mieliźnie 50 metrów od brzegu. Niektórzy świadkowie potwierdzili, że widzieli przemytników popędzających ludzi, aby opuszczali łódź, bijących ich. Policja prowadzi dochodzenie w tej sprawie, zastanawiając się, czy rzeczywiście ich z łodzi wyrzucono czy sami ją opuszczali, widząc ląd.

Uchodźcy przetrasportowani zostali do przepełnionego Centrum dla Uchodźców w Pozzallo. Mówią, że będą walczyć o wydostanie się z Włoch dalej: do Niemiec, Norwegii, gdzie – jak twierdzą – obiecano im pracę i godne życie i gdzie już mieszkają ich krewni. Sami też zostawili rodziny, które za jakiś czas będą ryzykować jak oni. Na podobnych łodziach, z podobnymi przemytnikami na pokładzie.

O wypadku na Sycylii pisano praktycznie tylko we Włoszech. Dopiero gdy parę dni później doszło do tragedii na Lampedusie, przypomniano o zdarzeniach pod Sampieri. W gruncie rzeczy i jedna, i druga tragedia jest częścią jednego wielkiego dramatu, który od lat rozgrywa się na oczach całej Europy. Najpiękniejsza plaża świata, jak mówi się o wybrzeżu Lampedusy, jest regularnie świadkiem podobnych historii. A plażowicze nieraz natykali się na wypływające z wody ludzkie ciała, jeśli wcześniej nie wyłowili ich przypadkowo rybacy.

Na własne oczy

Giuseppe Frasca ma 45 lat. Jest wolontariuszem CISOM (Corpo Italiano di Soccorso Ordine di Malta), jedynej organizacji uprawnionej do wejścia na statki straży przybrzeżnej, by wesprzeć oddziały od strony medycznej. Mówi, że jeszcze kilka lat temu straż zawracała i odwoziła ludzi z powrotem do Afryki. Teraz już tego nie robi, chodzi tylko o bezpieczne doprowadzenie uchodźców do brzegu i dopilnowanie, by nie rozproszyli się po lądzie bez jakiejkolwiek kontroli. Giuseppe od 2008 r. wraz ze strażą udziela pierwszej pomocy uchodźcom na morzu. W ciągu jednego lipcowego tygodnia uczestniczył w przyjmowaniu 450 osób. W tym samym jednak czasie inne ekipy przyjmowały kolejne łodzie. „Gościowi” opowiedział o swoich wyprawach, które najlepiej pokazują dramat ludzi na łodziach. – Wzywano nas praktycznie kilka razy dziennie. Straż przybrzeżna, gdy tylko otrzymywała sygnał SOS, niejednokrotnie wysyłany przez samych uchodźców, kierowała jakiekolwiek statki znajdujące się w pobliżu do rozeznania sytuacji, udzielenia pierwszej pomocy. Wtedy my, to znaczy ratownicy, wyruszaliśmy z wyspy lub z morza, postępując zgodnie z otrzymanymi instrukcjami. Odległości były różne: podróż do potrzebujących trwała nawet kilka godzin, 180 mil w jedną stronę. Większość pontonów z przybyłymi imigrantami właściwie tonęła. Widziałem wiele kobiet w ciąży. Jak okazywało się w trakcie badań, nawet w ósmym miesiącu. Słyszałem o przypadku martwego od 4 dni dziecka w łonie matki. Zdarzały się także osoby ze wstrząsem termicznym. Widziałem chłopca z ranami po broni palnej, jeszcze innego bez nogi. Zabieraliśmy imigrantów na statki ratownicze. Większość z nich to osoby młode: około 20. roku życia oraz dorastająca młodzież. Byli przemarznięci i z odparzeniami spowodowanymi brakiem możliwości załatwiania potrzeb fizjologicznych poza łodzią. W jednym pontonie zazwyczaj znajdowało się około 100 osób, siedzących nieruchomo przez całą podróż. Uważam, że przeżyli tylko dlatego, że byli młodzi. Zapytani o pochodzenie, odpowiadali Somalia lub Erytrea. Obywatele tych krajów w stanie wojny mogą ubiegać się o azyl polityczny. Tylko niektórzy z przybyłych mieli ze sobą mały bagaż czy buty na nogach. Ubrani byli w dżinsy i koszulki, czasem w kurtki, mające chronić ich przed nocnym chłodem – ciągnie opowieść Giuseppe.

Ratownik zauważył, że niektóre osoby wśród imigrantów obdarzane były szczególnym szacunkiem przez pozostałych. Byli to prawdopodobnie tzw. scafisti – czyli ci, którzy kierowali pontonem, ale nie przyznawali się do tego w obawie przed sankcjami karnymi. – Scafisti, gdy widzieli nadpływające łodzie ratunkowe, starali się wmieszać w grupę, by nie zostać zidentyfikowani. W momencie gdy zadawaliśmy jakieś pytania, widzieliśmy, że oczy wszystkich skierowane były w stronę tych osób. Widziałem na własne oczy, jak jeden chłopak został przez nich zaatakowany, bo jak podejrzewam, udzielił niewłaściwej odpowiedzi – wspomina ratownik.

Wojna pontonów

Najbardziej utkwiła mu w pamięci jedna wyprawa. – Wyruszyliśmy o godz. 22 z Lampedusy. Ze statkiem spotkaliśmy się o 2.15 w nocy, znajdowaliśmy się wtedy już na pograniczu wód międzynarodowych i wód terytorialnych Libii. Morze było wyjątkowo niespokojne. Od marynarzy ze statku, który jako pierwszy dotarł do uchodźców, otrzymaliśmy jeszcze jedną informację: dwa pontony wypełnione uchodźcami deklarującymi się jako mieszkańcy Somalii oraz Erytrei są w stanie konfliktu. Somalijczycy podziurawili drugi ponton, obawiając się, że z powodu dużej ilości osób nie wszystkim zostanie udzielona pomoc. Marynarze widząc tonący ponton, rozdzielili tę 200-osobową grupę, lokując ich w dwóch oddalonych częściach statku. Uchodźcy byli w strasznym stanie. Widziałem wiele kobiet w ciąży oraz z niemowlętami 15-, 25-dniowymi. Wiadomo było, że niektórzy nie będą w stanie przemieścić się między statkiem a łodzią ratunkową. Lekarz odpowiedzialny za akcję odmówił transportu niektórych osób do Lampedusy. Wówczas kapitan dużego statku otrzymał rozkaz płynięcia aż do wyspy, transportując kobiety i dzieci. Była to zarazem najliczniejsza grupa, jakiej nasza 3-osobowa ekipa wolontariuszy CISOM udzieliła jednorazowo pomocy. Lekarz przemieszczał się pomiędzy dwoma łodziami ratunkowymi, tak by dotrzeć do wszystkich. Na mojej łodzi było około 70 osób, na drugiej około 60, pozostałe miały dotrzeć do wyspy dużym statkiem. A przed nami było jeszcze 5 godzin niełatwej podróży. Kiedy przypłynęliśmy do portu, najbardziej potrzebujący pomocy zostali przetransportowani do szpitala, a pozostali autokarami do centrum dla uchodźców – kończy opowieść Giuseppe.

Wstydliwa sprawa

Sytuacja w obozach dla uchodźców jest dramatyczna. Ministerstwo spraw wewnętrznych, oprócz zapełniania centrów CARA (centrum dla osób ubiegających się o azyl), daje do dyspozycji dodatkowe miejsca w ramach SPRAR (system opieki dla ubiegających się o azyl i uchodźców). – Imigranci docierający do włoskich wybrzeży najpierw przyjmowani są w tzw. centrum przyjęć pierwszego kontaktu – mówi osoba zarządzająca w rzymskim ośrodku zajmującym się uchodźcami. Lampedusa czy Pozzallo są właśnie takimi centrami. – Tam czekają na przewiezienie do CARA, a w przypadku braku miejsc do punktów SPRAR. Nie ma określonego czasu przebywania uchodźców w centrach pierwszego kontaktu. Wszystko zależy od dostępności alternatywnych miejsc. Pobyt ten nie powinien jednak przekraczać kilku dni – dodaje.

Co roku wpływają też tysiące podań o azyl polityczny. Decyzję o jego przyznaniu podejmuje jedna z tzw. komisji terytorialnych (Commissioni Territoriali), których we Włoszech jest 10. Podlegają one ministerstwu spraw wewnętrznych. Komisje po wysłuchaniu historii imigrantów, ocenieniu ich prawdziwości mogą przyznać 3- lub 5-letnią ochronę międzynarodową (protezione internazionale) lub też ochronę humanitarną (do jednego roku). Większość przybyszów składa wnioski o azyl. Z rządowego raportu, do którego dotarliśmy, wynika, że w 2011 roku na 37 350 uchodźców z prośbą o azyl wystąpiło 32 645 osób. Zdecydowana większość imigrantów pochodzi właśnie z Afryki (ponad 28 tys. w 2011 roku). Z tego samego raportu wynika, że jeszcze w latach 90. dominowały fale uchodźców z Europy, głównie z Albanii i Rumunii oraz z krajów byłej Jugosławii. Dziś uchodźcy to przede wszystkim uciekający przed konfliktami w krajach dotkniętych wojną domową, będącą nierzadko skutkiem interwencji zagranicznej (sporo uciekinierów to ciągle Irakijczycy), ale również tzw. wiosny arabskiej, która przede wszystkim w Syrii doprowadziła de facto do całkowitego rozbicia kraju. Niezależnie od pochodzenia decydujących się na tak desperacki krok uciekinierów Lampedusa (ale również południowe wybrzeża Sycylii) pozostaje symbolem tragedii zbywanej przez lata kłopotliwym milczeniem w Unii Europejskiej.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także