Nowy numer 49/2020 Archiwum

Biało-czerwona Lady

Trudno uwierzyć, że do tej pory nie powstał film fabularny o Lady Ryder. Życiorys „angielskiej Matki Teresy” to materiał co najmniej na hollywoodzką produkcję.

Wesele wśród trędowatych

Nie bez znaczenia dla działalności Sue Ryder było jej małżeństwo z Leonardem Cheshire, bohaterem wojennym w Wielkiej Brytanii. Poznali się w połowie lat 50., gdy on prowadził już bardzo zaangażowaną działalność charytatywną i budował m.in. domy pomocy dla byłych kolonii brytyjskich. Wcześniej przeszedł wielką duchową przemianę. Ochrzczony w dzieciństwie w Kościele anglikańskim, przez całą młodość żył raczej z dala od wszelkich wspólnot religijnych. Dzięki swojemu koledze z wojska, który na jego rękach umierał na raka, odnalazł wiarę w Kościele katolickim. Sue Ryder również wychowała się w rodzinie anglikańskiej, ale w przeciwieństwie do Leonarda od zawsze uchodziła za osobę bardzo uduchowioną. Jednak i ona z czasem została katoliczką. Już jako para Sue i Leo podjęli pracę na rzecz trędowatych w Indiach. Po czterech latach znajomości wzięli ślub, któremu patronowała osobiście Matka Teresa z Kalkuty. Wesele państwo młodzi zorganizowali w założonym przez siebie ośrodku dla trędowatych w Dehradun. – Wiara na pewno była motorem ich działalności – mówi GN Małgorzata Skórzewska-Amberg, szefowa Fundacji Sue Ryder w Polsce. – Kiedy się poznali, bali się trochę, że ich związek może zaszkodzić ich działalności charytatywnej. Stało się dokładnie odwrotnie: wspólne życie tylko wzmocniło aktywność obojga – dodaje.

Lady of Warsaw

W 1978 roku Sue otrzymała z rąk królowej Elżbiety II tytuł szlachecki, przyjmując za swoją szlachecką siedzibę... Warszawę. Odtąd jako członek Izby Lordów tytułowano ją Lady Ryder of Warsaw. W 1991 roku powołała do życia całkowicie niezależną Fundację Sue Ryder w Polsce. Tutaj czuła się jak w domu. Nie ukrywała, że Polaków traktuje niemal jak własnych rodaków. Urodziny też prawie zawsze obchodziła w Polsce. W sumie w naszym kraju założyła kilkanaście ośrodków o charakterze medycznym i socjalnym, domy pomocy społecznej, szpitale i inne placówki. Między innymi w Konstancinie, który odwiedzała najczęściej. W każdym domu, który budowała, musiała być kaplica. – Przyjechałam do Konstancina w 1975 roku – mówi GN Michalina Szustakiewicz, jedna z wieloletnich pacjentek Instytutu Reumatologii w Domu Sue Ryder w Konstancinie, która od dzieciństwa choruje na reumatoidalne zapalenie stawów – postępującą postać reumatyzmu. – Lady Ryder odwiedzała Polskę i wizytowała swoje domy raz lub dwa razy w roku. Zwykle zatrzymywała się w Konstancinie z nami w naszym domu. Bez względu na porę dnia i nocy czekałyśmy z utęsknieniem na jej powroty, aby powitać ją i porozmawiać o wrażeniach z podróży lub o planach na przyszłość. Zawsze znalazła czas, mimo zmęczenia, żeby zapytać o zdrowie, o nasze rodziny i potrzeby. Przeżywała głęboko, gdy pogarszał się stan naszego zdrowia. Umiała wtedy przytulić, pocałować czy pocieszyć. – Często prosiła nas, żebyśmy z nią śpiewały, oczywiście po polsku, żołnierskie piosenki, które poznała w czasie wojny od cichociemnych – wspomina pani Michalina. – Jeśli przyjeżdżała na dłużej do Polski, to najczęściej samochodem ciężarowym. W Otrębusach jest taki samochód wyremontowany w Anglii, sprowadzony do Polski, nazywa się... Joshua (Jozue), bo pani Ryder miała taki zwyczaj, że swoje samochody nazywała imionami wielkich proroków. Wierzyła, że oni towarzyszą jej w czasie podróży po Europie – dodaje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama