Nowy numer 49/2020 Archiwum

Myślałam: "Nie ma Boga, życie jest absurdem, drogą donikąd"

Przeżywałam śmierć dla swej wiary zbyt pewnej siebie, a jednocześnie na granicy wyobcowania i samotności.

W wieku 16 lat zachorowałam na zespół katatonii. „Katatonia” (zespół katatoniczny) jest zespołem ogólnoustrojowych zaburzeń, których podstawowym objawem są różnorodne zmiany aktywności ruchowej. Krótko mówiąc, jest to choroba psychiczna przejawiająca się spowolnieniem motoryki ruchu, aż do stanu osłupienia. U mnie przejawiało się to całkowitym zesztywnieniem mięśni do osłupienia oraz brak pamięci. Miałam stan krytyczny – zagrożenie życia. Znalazłam się w szpitalu psychiatrycznym. Już 30 lat aż do tej chwili jestem pod stałą kontrolą lekarzy psychiatrów i psychologów. Brałam ogromne ilości leków, które pochłaniały duże koszty.

Osobiście byłam bardzo daleko od Boga. Pan Jezus przez okres choroby wstąpił w obszary mego człowieczeństwa i prowadził mnie za rękę przez 30 lat. Ja i moja rodzina przeszliśmy przez okres buntu przeciwko Bogu i mojemu losowi. Ogarniała mnie ciemność wewnętrzna, noc zmysłów spowodowana poczuciem nieobecności Boga. Nagle prosta i naturalna wiara stała się niemożliwa i zgasł wszelki entuzjazm w miłości, w przyjaźni. „Nie ma Boga, życie jest absurdem, drogą donikąd”. Pustka w umyśle, rozkojarzenia, grunt usuwa się po nogami, królują niechęć do życia i pragnienie śmierci i zarazem straszliwy lęk przed nią. Oto dno rozpaczy. Wszystko wydaje się być skończone. Przeżywałam śmierć dla swej wiary zbyt pewnej siebie, a jednocześnie na granicy wyobcowania i samotności. Łaknęłam ciągle Boskiej pociechy, umierałam dla swej miłości – zbyt ludzkiej, emocjonalnej, kapryśnej, wybiórczej, szukającej zadowolenia i satysfakcji. Pozostałam naga, ślepa i biedna. W swym człowieczeństwie tak bezradna, że chciałam pozbyć się krzyża. Myślałam, że w ten sposób „załatwię sobie” drugą szansę na nowe życie w zdrowiu i powodzeniu. Zostałam członkiem sekty świadków Jehowy. W ten sposób zainteresowałam się Pismem Świętym.

Po przejściu przez rodzaj manipulacji członków sekty powróciłam jak „syn marnotrawny” do Kościoła katolickiego. Dziękuję wszystkim lekarzom psychiatrom, psychologom, osobom duchownym, rodzicom za wsparcie. Jednocześnie tutaj, w Kościele, chociaż Bóg mi wybaczył i odesłał do obowiązku wolontariusza, świadka, proroka, jak trudno znowu było odzyskać zaufanie ludzi, księży. Krzyczałam wewnętrznie w sercu: „Przecież Bóg mi wybaczył!” i umierałam w osądach i spojrzeniach ludzi, stając się sensacją, pożywką. Moja psychika była naprawdę wrażliwa, ale nie byłam już sama. Był ze mną Bóg. Wiedziałam, że On jest. Podjęłam walkę z grzechem poprzez post i modlitwę. Czytałam Pismo św., chodziłam do kaplicy miłosierdzia na adoracje, uciekałam się do Matki Bożej w różańcu, walczyłam ze zmysłami i ciałem. W tej walce bardzo pomógł mi życzliwy ksiądz (jego charakter pełen równowagi i spokoju bardzo mi imponował). Ja byłam jak dziecko prowadzone na smyczy, spanikowane. Jedyne, co odczuwałam, to wielki strach. Czułam się szykanowana przez moje myśli, wnętrze, że to, co czuję, jest na wierzchu. Miałam wrażenie, że wszyscy mają mnie dość, że nikt mnie nie kocha. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że jest tak dlatego, że tu nie chodzi o mnie, ale o Pana Jezusa i Jego muszę postawić na pierwszym miejscu. Moje serce coraz bardziej łaknęło spokoju i wyciszenia.

Teraz codziennie chodzę do kościoła na Eucharystię, mówię systematycznie pacierz, wpadam na adorację do Pana Jezusa i wiem, że Bóg jest światłem, które rozświetla nie tylko moją drogę.

Maria

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama