W ogromnej hali ruch jak w ulu. Wolontariusze w ochronnych czapeczkach i maseczkach zasłaniających usta uwijają się, sortując produkty żywnościowe. Inni pakują je w paczki. Kosze pełne kolorowych owoców: bananów, arbuzów, pomarańczy, mango i innych – czekają na przebranie. Pod bramę podjeżdża busikiem siostra Catalina, franciszkanka. Zabiera mleko, ser, owoce, płatki. – To dla dzieci z przedszkola, które prowadzimy na obrzeżach Bogoty – mówi. Bogota, jak wiele dużych miast Ameryki Łacińskiej, jest miastem kontrastów. Centrum chełpi się nowoczesnymi biurowcami, wzgórza zaś na peryferiach porośnięte są prowizorycznymi domami, zbudowanymi na dziko z pustaków, blachy falistej i drewnianych belek. Ludzie z bogatej północy miasta często nie mają żadnego kontaktu z biednym południem. Współpracownicy banków żywności są jednymi z nielicznych, którzy kursują między tymi dwoma światami.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








