Nowy numer 24/2021 Archiwum

Jakie narzeczeństwo, takie małżeństwo

Dewaluacja narzeczeństwa stała się faktem. To jeden z powodów rozpadających się małżeństw. Jak odrodzić ten jedyny, przedślubny czas?

Paulina (lat 23) i Tomasz (lat 27) zaręczyli się w sylwestra. Ślub planują w czerwcu przyszłego roku. – Zaręczyny były dla nas znakiem, deklaracją, że chcemy być razem i chcemy zbudować rodzinę – mówią zgodnie.  Dlaczego ślub za półtora roku? – Paulina kończy studia, ja też kończę szkołę. Chcemy też dłużej popracować, aby całego wesela nie finansowali rodzice – mówi Tomasz. – I chcemy duchowo przygotować się do sakramentu małżeństwa. Właśnie zaczęliśmy nauki przedślubne – dodaje Paulina. Paulina i Tomasz mieszkają, każde z rodzicami, w średniej wielkości mieście w centrum kraju. Ale i tam, opowiadają, coraz częściej narzeczeni przed ślubem mieszkają razem. W dużych aglomeracjach na kursach przedślubnych takich par jak Paulina i Tomasz jest mniej niż jedna trzecia.

Tak wynika z obserwacji (bo badań nikt nie prowadził) naszych rozmówców pracujących w poradniach rodzinnych. – Tylko 20–30 proc. osób, dla których głoszę konferencje przedmałżeńskie, podchodzi na serio do sakramentu małżeństwa, uznaje jego nierozerwalność i chce przeżyć okres narzeczeństwa w taki sposób, w jaki proponują Biblia i Kościół – ocenia Anna Niemyska, która od ponad 20 lat zajmuje się poradnictwem rodzinnym oraz przygotowuje do życia w rodzinie uczennice w elitarnej szkole sióstr nazaretanek w Warszawie.  I chociaż nie w każdym wypadku spełnia się twierdzenie: „jakie narzeczeństwo, takie małżeństwo”, to pracujący w poradnictwie rodzinnym nie mają wątpliwości, że między tymi stanami zachodzi silna korelacja. Związek między byle jakim narzeczeństwem i byle jakim małżeństwem istnieje. W Polsce rozpada się już jedna trzecia małżeństw. Może więc uzdrawianie małżeństw zacząć od odnowienia narzeczeństwa?

Moda przyszła z Zachodu

W ostatnich kilkunastu latach nastąpiła w Polsce poważna dewaluacja narzeczeństwa. Zauważa to także Joanna Wojtczak, która od 20 lat pracuje w poradni rodzinnej we Wrocławiu. – Gdy 10–15 lat temu przychodzili do poradni narzeczeni, to oznaczało, że ślub odbędzie się w bliskiej perspektywie. Czasem termin ślubu przyspieszało albo wymuszało to, że kobieta była w stanie błogosławionym. Dzisiaj natomiast dużo częściej przychodzą osoby, które znają się dłużej, ale ślub planują za rok, dwa, a nawet pięć lat. Albo takie, które mieszkają z sobą nawet dziesięć lat, mają dzieci i przychodzą, by zawrzeć związek w sensie formalnym.

Trudno mówić, aby byli to narzeczeni, to są osoby żyjące w konkubinatach – mówi Wojtczak.  Narzeczeństwo w tej wersji traktowane jest głównie jako czas potrzebny do zorganizowania ślubu i wesela. A że na wolną salę w domu weselnym trzeba czekać pół roku, rok, a bywa, że i trzy lata, data ślubu jest wyznaczana dużo do przodu. Wiele par wówczas zamieszkuje razem. Pojęcie narzeczeństwa w ostatnich czasach stało się bardzo „pojemne”, przez co jego prawdziwy sens się zaciera. Narzeczonymi nazywają siebie ci, którzy się zaręczyli, zobowiązali się lepszego poznania się, przygotowania do wspólnego życia w małżeństwie i nie podjęli współżycia, ale także te pary, które mieszkają razem od lat, odkładają decyzję o ślubie albo nie myślą o nim wcale.

Moda na konkubinaty, które w zachodnich społeczeństwach rozwijają się od połowy XX w., przyszła do Polski po 1989 r., wraz z otwarciem granic na wszelkie idee i ideologie. Myślenie o rzekomej potrzebie „sprawdzania się” przed ślubem i wspólnym życiu – nachalnie propagowane przez telewizję, kolorowe gazety, kino – zadomawia się w myśleniu nawet dziewcząt w katolickich szkołach. – Większość uczennic myśli o narzeczeństwie tak, jak naucza Kościół, ale jednocześnie coraz więcej mówi głośno i wprost, że przed ślubem trzeba się sprawdzić, zamieszkać ze sobą na próbę – mówi Anna Niemyska. – Nie rozumieją, że jeżeli ktoś się nauczy traktować drugiego człowieka w sposób przedmiotowy, instrumentalny przed ślubem, to tak będzie traktował małżonka po ślubie.

Co można stracić 

Najgorzej, podkreślają obie ekspertki, gdy przyzwolenie na wolne związki, a nawet zachęta do nich istnieje ze strony rodziców, praktykujących katolików, którzy w źle pojętej miłości chcą młodych rzekomo uchronić przed późniejszym rozwodem.  Kard. Jorge Bergoglio, obecny papież Franciszek, w wywiadzie rzece „Jezuita” zauważył: „Dziś wspólne życie przed ślubem, mimo że jest czymś nieprawidłowym z punktu widzenia religii, nie podlega tak negatywnej ocenie jak przed półwieczem. Stało się faktem socjologicznym – choć, naturalnie, pozbawione jest pełni i wielkości związku małżeńskiego, stanowiącego wielką tysiącletnią wartość.

Ostrzegamy zatem przed ewentualną dewaluacją małżeństwa i sugerujemy, by zamiast modyfikować prawodawstwo, raczej zastanowić się poważnie, co ryzykujemy”. W ostatnim zdaniu odnosił się do prawnego sankcjonowania związków partnerskich, w tym homoseksualnych. Ale pytanie: „co ryzykujemy?” odnieść można także do narzeczeństwa, które w sytuacji, gdy wolne związki stały się „faktem socjologicznym”, traci właściwy sens. – Skoro wspólne życie bez ślubu staje się dzisiaj normą, narzeczeństwo tak żyjącym osobom nie jest do niczego potrzebne – mówi Jolanta Such-Białoskórska z wrocławskiej Diakonii Życia. Co tracą ci, którzy nie przeżywają narzeczeństwa tak, jak rozumie je i proponuje rozumieć Kościół? – Tracą fantastyczny czas głębszego poznawania się. Nie sprawdzania się, nie próbowania się, ale planowania wspólnego życia, rozmów o nim, uczenia się kompromisów, stawania się lepszym dla dobra drugiej osoby – mówi Joanna Wojtczak. – Jeżeli miłość w okresie narzeczeństwa będzie przeżywana nie na poziomie seksu, ale motywacji, czyli budowania więzi, to istnieje gwarancja, że jeżeli przyjdzie kryzys w małżeństwie – a przychodzi on w każdym związku – to małżonkowie dużo łatwiej będą umieli się dogadać, znaleźć sposób na rozwiązanie największych trudności. 

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama