Nowy numer 3/2021 Archiwum

Prawo jak dżungla

O porównaniu, jakiego użył sędzia Tuleya, korupcji, niezależności wymiaru sprawiedliwości od polityki i jakości prawa w Polsce z pierwszym prezesem Sądu Najwyższego Stanisławem Dąbrowskim rozmawia Bogumił Łoziński.


Bogumił Łoziński: Czy porównanie przez sędziego Igora Tuleyę działań organów ścigania w sprawie Mirosława G. do metod stalinowskich jest trafione?


Stanisław Dąbrowski: – Myślę, że padło o jedno słowo za dużo. Na pewno określenie „stalinizm” jest w tym przypadku niezręczne. Być może jego użycie wynika z faktu, że nie do końca rozliczyliśmy się w Polsce z komunistycznym totalitaryzmem i w związku z tym okres stalinizmu nie ma tak bardzo negatywnej konotacji jak hitleryzm, choć mieć powinien. 


Stalinowskie metody śledcze to m.in. bicie, wyłamywanie palców, wyrzucanie przez okno. Czy Pana ocena, że użycie tego porównania było „niezręczne”, nie jest zbyt łagodna?


– Nikt nie twierdzi, że w śledztwie w sprawie doktora G. stosowano takie metody. Sędzia Tuleya użył figury retorycznej, porównania. Chodziło mu o to, że nadużywano pewnych metod śledczych w czasie nocnych przesłuchań świadków, co skojarzyło mu się z okresem stalinowskim. Pewnie to porównanie było mocno na wyrost, ale nie można z jednego słowa użytego w uzasadnieniu robić takiej histerii. 


Te słowa wywołały jednak burzę, bo sędzia powiedział nieprawdę.


– Opinii nie można oceniać w kategoriach prawdy czy nieprawdy. Porównanie było przesadne, ale jeśli sędzia ustalił w toku postępowania, że dowody zostały przeprowadzone nieprawidłowo, miał prawo i obowiązek wskazać te uchybienia i napiętnować funkcjonariuszy dopuszczających się takich praktyk. Ale zgadzam się, że przy piętnowaniu nieprawidłowości trzeba używać odpowiedniego słownictwa, wypranego z emocji i starannie dobranego. 
Krajowa Rada Sądownictwa broniła sędziego Tuleyę, wskazując, że ma prawo do formułowania ocen i wyciągania wniosków z toczącego się postępowania. Podziela Pan takie stanowisko?
– Tak, zgadzam się z nim. Dyskusja na temat uzasadnienia tego wyroku pokazuje, jak bardzo jesteśmy w Polsce upolitycznieni, jak bardzo poglądy polityczne przekładają się na ocenę szczegółowych problemów, co jest bardzo negatywnym zjawiskiem. Przecież w takiej sprawie można się wypowiadać zupełnie niezależnie od tego, jaką zajmuje się pozycję polityczną. A zauważyłem, że wszyscy, którzy wspierają obecną większość parlamentarną, bronią uzasadnienia sędziego Tulei, natomiast opozycja je krytykuje, i to nieraz bardzo ostro. 


Tyle że to właśnie sędzia Tuleya jest oskarżany o upolitycznienie tej sprawy. Warszawska prokuratura zarzuciła mu, że zachowuje się w sposób, który „do tej pory był domeną osób przejawiających aktywność polityczną”.


– Według mnie, nie ma przesłanek do oskarżania sędziego o zajmowanie stanowiska politycznego. On wskazał nieprawidłowości w postępowaniu, do czego miał prawo. 


Jednak niezawisłość sędziowska od polityków nie zwalnia sędziego od odpowiedzialności za słowa, a w tym przypadku tego zabrakło.


– Oczywiście, że nie zwalnia, ale nie widzę tu upolitycznienia. Jego słowa nie dotyczyły polityki, lecz metod postępowania śledczego. Jeśli jednak mówimy o polityce, to choć równie daleko jest mi do PO, jak i do PiS, to w dwuletnim okresie, gdy ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym był Zbigniew Ziobro, bardzo nie podobały mi się urządzane przez niego spektakle medialne. Należy walczyć z przestępczością, szczególnie korupcją, ale wyraźnie dostrzegałem chęć budowania przez min. Ziobrę osobistej pozycji politycznej, czego przykładem jest konferencja prasowa po aresztowaniu doktora G. Ja te działania odbieram jako nadużycie.


Sędzia Tuleya zapowiadał złożenie w prokuraturze zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez organy śledcze w sprawie doktora G. Po kilku dniach poinformował, że jedynie zawiadomi przełożonych śledczych o zastrzeżeniach co do ich postępowania. To kompromitacja sędziego, bo zamiast domniemanych przestępstw, są jedynie jakieś zastrzeżenia.


– To zbyt mocna ocena, nie wiemy dokładnie, co znajduje się w aktach sprawy. Poczekajmy na stanowisko przełożonych śledczych, do których zostały skierowane zastrzeżenia. Jeśli uznają oni, że istnieje podejrzenie, iż mogło dojść do złamania prawa, to prokuratura z urzędu będzie musiała rozpocząć śledztwo. 


Burza po słowach o metodach stalinowskich zepchnęła w cień istotę procesu, jaką jest sprawa korupcji. W uzasadnieniu sędzia zdefiniował, że korupcją jest przyjmowanie pieniędzy, a nie jest otrzymywanie podarków. Czy zgadza się Pan z taką definicją?


– Można mieć wobec niej wątpliwości. Na pewno przyjmowanie pieniędzy przez funkcjonariuszy publicznych jest korupcją. Do zjawisk korupcyjnych bez wątpienia należałoby przyjęcie podarunku przez sędziego, policjanta czy urzędnika. Drobne podarunki dla lekarzy, jako wyraz wdzięczności, są dopuszczalne. Jednakże jest problem wskazania granicy, po przekroczeniu której mamy do czynienia z korupcją. Tę granicę trzeba określać w każdym przypadku, bo na przykład nie bez znaczenia jest stan majątkowy darczyńcy. Musimy tu zachować pewien rozsądek. Ważne, że korupcja została napiętnowana. Sąd wskazał, że przyjmowanie pieniędzy jest czynem moralnie złym i prawnie zakazanym, co może oddziaływać nie tylko na przyjmujących dowody wdzięczności, ale także na osoby je składające. 


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama