Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jacht Paszkego naprawią polscy specjaliści

Jacht "Gemini 3", na którym Roman Paszke odbywał rejs dookoła globu, został wyciągnięty z wody przy nabrzeżu argentyńskiego Rio Gallegos. Po jego osuszeniu i dokonaniu oceny uszkodzenia, naprawą zajmą się polscy specjaliści, którzy szykują się do wylotu.

Akcją podnoszenia z wody "Gemini 3", do której wykorzystano dwa dźwigi, holownik i 12 pracowników portowych, kierował kapitan Paszke. Jak podkreślił, trwająca dwie i pół godziny operacja była wyjątkowo trudna ze względu na duże rozmiary katamaranu (długość 27,43 m, szerokość 14 m), prąd rzeki, przypływy i odpływy oceanu dochodzące do ośmiu metrów oraz boczny wiatr. Poza tym, jak się okazało, w jachcie znajdowało się znacznie więcej wody niż początkowo przypuszczano - nie półtorej tony, a ponad sześć.

Zdaniem urodzonego i mieszkającego w Gdańsku żeglarza, osuszanie konstrukcji zajmie około dwóch dni. Potem będzie można przystąpić do dokładnych oględzin i ustalić przyczyny oraz stopień uszkodzenia.

"Naprawą jachtu, zbudowanego w nowoczesnej technologii hi-tech, zajmą się nasi specjaliści, którzy szykują się do odlotu do Argentyny. Czekamy tylko na raport o stanie zniszczeń, co pozwoli zabrać odpowiednie kompozyty. W Rio Gallegos nie ma stoczni, a miejscowe warsztaty mogą zajmować się co najwyżej łódkami turystycznymi" - powiedział PAP szef Zespołu Brzegowego Rejsu Robert "Jabes" Janecki.

Dotychczasowe miejsce cumowania jachtu przy nieosłoniętym wysokim nabrzeżu, wymagało ciągłej pracy załogi portowej, gdyż katamaran cały czas nabierał wody. Usuwające ją pompy z kolei okazały się za słabe i stale się zatykały. Ostatniej nocy Paszke ręcznie wyciągnął 1200 wiader.

"Operacja podnoszenia jachtu była bardzo trudna. Szczególnie, gdy okazało się, że "Gemini 3" po lewej stronie, ze względu na nabraną wodę, waży prawie pięć ton więcej niż zakładaliśmy. Do tego wiatr, który kiwał przeciążonym 18-tonowym jachtem i fala na rzece dochodząca do metra wysokości. Ale udało się. Widocznie Opatrzność tym razem okazała się łaskawa" - wspomniał po zakończeniu akcji Paszke.

Jego zdaniem praca na lądzie, aby uratować katamaran, była równie wyczerpująca jak operacja ratunkowa na oceanie. "Fakt, że pomimo ogromnego obciążenia jacht po wzburzonym morzu zdołał o własnych siłach po ponad dobie żeglugi dotrzeć do brzegu, świadczy o solidnej konstrukcji jednostki" - podkreślił.

Awaria nastąpiła w nocy 6 stycznia przy sile wiatru ok. 57 węzłów (106 km/godz.) i falach powyżej pięciu metrów. Po stwierdzeniu, że jacht nabiera wody, a zatopieniu uległy trzy najważniejsze przedziały lewego pływaka: nawigacyjny, maszynowy i rufowy, Paszke zdecydował o przerwaniu samotnego rejsu dookoła globu trasą pod wiatr (kurs z Europy najpierw na Horn).

W tym czasie "Gemini 3" znajdował się ok. 317 mil morskich od przylądka Horn. W tej dramatycznej sytuacji jedynym portem bezpiecznym było Rio Gallegos, położone w pobliżu ujścia rzeki Gallegos, oddalone wtedy o ok. 170 mil. Akcja ratownicza trwała 28 godzin. Asysta argentyńskich służb ostatecznie nie była konieczna, ale przez kilkanaście godzin istniało niebezpieczeństwo zatopienia jachtu.

Obecnie samotny rejs dookoła świata odbywa od blisko 200 dni olsztyński żeglarz Tomasz Cichocki na jachcie "Polska Miedź". Po minięciu Australii i Nowej Zelandii obrał kurs na Horn z drugiej niż Paszke strony. Do owianego złą sławą przylądka ma jeszcze około 2500 mil.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama