Zawsze trudno wybierać przyszłość, bo jej nie znamy, ale na pewno znamy przeszłość. Bylebyśmy chcieli i umieli pamiętać.
Od paru lat, składając życzenia sylwestrowe, życzę przyjaciołom, żeby nowy rok był nie gorszy od poprzedniego! Na razie to wystarczy.
Dwa lata temu, kilka tygodni przed przejęciem władzy przez Donalda Tuska, wydałem książkę „Prawica na rozdrożu”. Przestrzegałem w niej, że lider PO metodycznie przygotowuje się do zakwestionowania wyniku wyborów, gdy ten okaże się dla niego niekorzystny. Także o tym, że hasło Cela Plus, zapowiedź represji wobec przeciwników politycznych, to nie propaganda wyborcza, ale realny program PO. Dalej, że jedyną szansą PiS jest próba porozumienia z Konfederacją i PSL (co potem, już po wyborach, próbował robić premier Morawiecki). I o niedorzeczności wojennej tromtadracji w rodzaju deklaracji prezydenta Dudy, że „nie ma naszej zgody, by za wszelką cenę doprowadzić do najszybszego zawieszenia broni” (prezydent wtedy musiał zajmować się wieloma sprawami, nie tylko wojną. Dziś, jako były prezydent, ma czas i środki, by na forum narodowym i międzynarodowym zwalczać rozejmowe i inicjatywy prezydenta Trumpa. Na szczęście ma podobno inne plany).
Większość prognoz sprawdziła się jeszcze w 2024 roku. Jednej sprawy Donald Tusk nie musiał podejmować od razu. Wygrał wybory parlamentarne, więc zaczął przygotowywać się do zakwestionowania prezydenckich. Nie zdołał wprawdzie przeszkodzić prezydentowi w objęciu powierzonego mu przez społeczeństwo urzędu, natychmiast więc przystąpił po podważania konstytucyjnych prezydenckich prerogatyw. Nie mógł zakwestionować wyniku wyborów w całości, zakwestionował wolę wyborców. Bo skoro dwa lata temu koalicja Tuska nie dostała 3/5 głosów, skoro potem Polacy ponownie wybrali prawicowego prezydenta, to znaczy, że chcą, aby lewicowo-liberalny rząd swój program legislacyjny realizował w granicach uzgodnień z prawicowym prezydentem. Potwierdzają to nawet sondaże, ale wystarczyć powinna zwykła lektura konstytucji. Szczególnie tym, którzy tak lubili o niej krzyczeć. Niestety, rządzą nami ludzie, dla których konstytucja to nie akt woli narodu, który należy lojalnie realizować, ale zwykły regulamin walki o władzę. Tym bardziej więc trzeba im o dyspozycjach konstytucji przypominać.
Amerykanie ogłosili nową Strategię Bezpieczeństwa Narodowego (NSS). Jej zasadnicze przesłanie to ostrożność w angażowaniu się w zagraniczne konflikty oraz koncentracja na ochronie narodu przed moralnym i społecznym rozpadem. Prezydent Trump ogłasza, że chce „przywrócić i ożywić zdrowie duchowe i kulturowe amerykańskiego społeczeństwa, bez czego długoterminowe bezpieczeństwo jest niemożliwe”, bo naród „nie osiągnie swych celów bez rosnącej liczby silnych, tradycyjnych rodzin, zdrowo wychowujących dzieci”.
Nie wiem, w jakim stopniu dokument ten redagował wiceprezydent Vance, ale w nowej NSS wyraźnie pobrzmiewają echa jego wystąpienia w Niemczech: trzeba się bronić, ale trzeba wiedzieć, czego chcemy bronić.
Przez lata powtarzałem z przyjaciółmi, że cywilizacja chrześcijańska ma prawo do swojej polityki: nie do uroczystych deklaracji, ale do polityki właśnie. Anachronizmem, naiwnym anachronizmem, okazało się negowanie tej prostej prawdy.
Mówimy dużo o skuteczności polityków. Czas pomyśleć o skuteczności władzy najwyższej – Głosującego Ogółu. Jeśli ma(my) dokonywać dobrych wyborów, czas patrzeć nie tylko na obietnice wyborcze, ale przede wszystkim na trafność wcześniejszych decyzji, diagnoz, prognoz. Jak mówił mądry Stefan Kisielewski: zawsze trudno wybierać przyszłość, bo jej nie znamy, ale na pewno znamy przeszłość. Bylebyśmy chcieli i umieli pamiętać.