Nowy numer 20/2024 Archiwum

Czarna komedia

O filmie pisze się generalnie z dwóch powodów: by do niego zachęcić lub przed nim ostrzec. To będzie ten drugi przypadek.

Komedia „Nie cudzołóż i nie kradnij” (Netflix) mogłaby bowiem kogoś skusić gwiazdorską obsadą (Wieniawa, Pazura, Popławska) albo oparciem konstrukcji filmu na cytatach z Biblii. Ktoś też może rozpoznać nazwisko reżysera, Mariusza Kuczewskiego, wcześniej współscenarzysty „Listów do M.” czy filmu „Karol, który został świętym”. Albo zasugerować się recenzjami promującymi tę czarną komedię jako polską wersję „Pulp Fiction”, nawiązującą też do zabawnego, rodzimego „Ciała” sprzed lat. Ostrzegam, żaden z powodów nie jest wystarczający. Co więcej, niepohamowana ciekawość będzie mieć konsekwencje, bo – używając modnego dziś zwrotu –  tego się nie da „odzobaczyć”.

Zarazem jest to dobry (czy raczej zły) przykład potwierdzający nieustanne przesuwanie się granicy określającej, co wolno, a czego się nie powinno robić w kinie z symbolami, cytatami, obrazami z przestrzeni sacrum. Zresztą, cóż ma dziś taką granicę wyznaczać? Jakiś społeczny konsensus? Szacunek dla ludzi wierzących? Dobry smak? Bo przecież nie paragrafy (więcej na ten temat w tekście „Waga zniewagi”). Tempo owego przesuwania granicy jest wprost proporcjonalne do upadku norm i brutalizacji języka. W tej kwestii komedie Olafa Lubaszenki czy nawet filmy Pasikowskiego to w porównaniu z „Nie cudzołóż i nie kradnij” niewinne wprawki. Ale jeśli inkryminowaną komedię zestawimy np. z serialem „Warszawianka”, widać, czy raczej słychać językową spójność. Tylko z czym?

Komedie Lubaszenki czy przywołane „Ciało” – nie wspominając już o filmach Barei – miały pewien wpływ na rozwój potocznej polszczyzny. Sporo cytatów na trwałe weszło do naszego języka. Dziś scenarzyści chyba wyzbyli się takich ambicji, stawiając na język nie tyle prosty (bo prości ludzie tak nie mówią), co wulgarny w stopniu ekstremalnym. Transgresja nie dotyczy niestety jedynie języka. Trzeba się wykazać także w dziedzinie dekonstrukcji chrześcijańskiego imaginarium. Nie jest to łatwe, po terapii szokowej, jaką na rodakach przeprowadził już ćwierć wieku temu Jerzy Urban, czy po filmach Smarzowskiego. A przecież Mariuszowi Kuczewskiemu w paru momentach też udało się zgorszyć widzów mających jeszcze poczucie sacrum. Owszem, słowo zgorszenie brzmi już bardzo anachronicznie w czasach, gdy religię traktuje się w kulturze masowej jak wypożyczalnię rekwizytów, z którymi można robić, co tam komu przyjdzie do głowy. Ale dopóki czujemy się zgorszeni… nie jest jeszcze z nami tak źle.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zapisane na później

Pobieranie listy