Minuta po minucie relacjonowano w nim to wielkie przedsięwzięcie z czasów, kiedy wielu z nas nie było jeszcze na świecie. Kadry z różnych zakątków Ziemi pokazywały rozemocjonowanych ludzi wszystkich ras, kultur i kolorów skóry. Kobiety w indyjskich sari wpatrywały się w monitory telewizorów z równym przejęciem, co dzieci w japońskiej szkole lub bywalcy londyńskiego pubu czy paryskich kafejek. Za żelazną kurtynę docierało o wiele mniej sygnałów, ale trudno temu się dziwić, wszak amerykański sukces w żaden sposób nie odpowiadał panującej tam wówczas ideologii sukcesu mas pracujących i rzekomo wyznających socjalizm. Analogia do „wyznawania” nasunęła mi się w chwili, w której doszedłem do wniosków oczywistych, nie zawsze jednak na tyle, na ile oczywistymi być powinny. Kiedy bowiem w oglądanym przeze mnie filmie nagle pojawił się ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych przemawiający na temat trudnej misji, jaką było wysłanie człowieka na Księżyc, dodając przy tym, że właśnie dlatego, że to tak trudne, my (czytaj: Amerykanie) się tego podejmujemy, pomyślałem: „stop”.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








