Nowy numer 42/2020 Archiwum

Dziś wieczorem zaślubiny

Dzisiaj… wieczorem… nastąpią… zaślubiny… z… Jezusem. Wszystko… przygotowane – wyszeptał ojciec Joachim Badeni. Kilka godzin później zmarł.

Najbardziej lubię takie przyjęcia, gdy człowiek trzyma w jednej ręce łyżeczkę, w drugiej talerzyk, a w trzeciej widelczyk. Podobne anegdoty ojca Badeniego obiegły całą Polskę. Jego dyktowane pod koniec życia książki sprzedają się jak świeże bułeczki. Jakie były ostatnie dni dominikanina-arystokraty? Jak umierał sparaliżowany cierpieniem mistyk, ukryty przed ciekawskim wzrokiem świata? I dlaczego wielu ludzi przy ulicy Stolarskiej w Krakowie mówi o nim „święty”?

Kusił go demon
Brat Paweł Pawlikowski, student. Góral z Małego Cichego. Twardziel, ale gdy mówi o ojcu Badenim, łamie mu się głos:

– Widziałem, jak diabeł chce go wepchnąć w rozpacz i jak ojciec Joachim kurczowo trzyma się Maryi. To była potworna walka duchowa. Czasami budził się i szeptał bezradnie: „Nikogo nie ma. Nie ma Jezusa, nie widzę Maryi”. Łapałem go wtedy za rękę i uspokajałem: „Ojcze, ale my jesteśmy. Pan Bóg działa też przez nas, zwykłych braci”. Brał mnie za rękę i mówił: „Dziękuję”. Dla mnie ten miesiąc był najlepszymi rekolekcjami w życiu. Spałem po 4 godziny. Nie wiem, jak to wytrzymałem. To musiała być łaska, bo normalnie człowiek powinien spać z 8 godzin. Nie przespałem nocy przez miesiąc. Gdy przewracano ojca na drugi bok (miał ogromne odleżyny), wołał: „Zawołajcie Pawła”. Wszystko go bolało. Każdy ruch, każdy gest. Już nie wiedzieliśmy, w jakiej pozycji go kłaść. Kiedyś miał ogromne kłopoty z mówieniem, wyjęto mu szczękę. Chciał coś powiedzieć, bardzo się męczył. „Czy włożyć ojcu szczękę?” – spytali bracia. A on, arystokrata, mistyk, odparł: „Jak Paweł się zgodzi, to tak”. A kim ja byłem?

Najmłodszym bratem w klasztorze... Przez pewien czas bracia nazywali mnie „ordynatorem”. Dlaczego wołał właśnie mnie? Nie wiem. Wiem jedno: siedziałem obok świętego. Widziałem, jak zapadał się w medytację. Mógł tak rozmawiać z Jezusem kilka godzin. Gdy przyszedłem do Krakowa, zobaczyłem, jak na „lotnisku”, czyli takim wielkim korytarzu, robił ćwiczenia. „Tego nauczył mnie zakon – opowiadał. – Muszę trzymać kondycję”. „A gdzie się ojciec wybiera?” – zapytałem. „Na Planty, a potem na piwo” – odparował. Wybuchnęliśmy śmiechem. Gdy leżał schorowany, najważniejsza była dla niego Eucharystia. Nie mógł się jej doczekać. „Jak ksiądz mówi: »Pan z wami«, to Pan naprawdę jest z nami” – powtarzał. Pamiętam każde słowo. Leżał nieprzytomny z bólu, ale wybudzał się na czas konsekracji. Szeptałem mu do ucha: „Ojcze, teraz Komunia”. Podawaliśmy ją w cząstkach, by mógł przełykać. A on wzdychał: „Całe niebo jest przed nami!”. Wpadał w medytację. Siedzieliśmy cicho, jak myszy. Baliśmy się spłoszyć tę chwilę. Kiedyś po Komunii zaczął się trząść, ręce mu latały. I wtedy powiedział stanowczo: „Cisza!”, Jakby rozkazywał swym członkom, by nie przeszkadzały mu w medytacji. Niesamowite. Diabeł kusił go non stop, a on mi powtarzał: „Módlcie się cały czas do Matki Bożej. Ona was i mnie ochroni”.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także