GN 43/2020 Archiwum

Sumienie umiera

WIELKI POST 2007 - KATECHEZA I Przemysław Kucharczak: Coraz mocniej widać wśród Polaków tendencję do relatywizowania grzechu: nie „ukradłem”, tylko „zabrałem”, „minąłem się z prawdą” zamiast: „skłamałem”, itd. Co niedobrego dzieje się z naszymi sumieniami?

Ks. Tomasz Horak: – Żeby się w ogóle coś działo... To już by było dobrze! Sumienie umiera, bo zaciera się poczucie grzechu. Polacy dzisiaj coraz częściej uznają za grzech tylko to, co wyrządza bezpośrednią i widoczną krzywdę innemu człowiekowi. Ukradłem komuś konkretnemu, skląłem kogoś konkretnego, którego widzę – no to jeszcze jest grzech. Ale jeśli coś nie wyrządza drugiemu takiej bezpośredniej krzywdy, ludzie przestają to odczytywać jako grzech.

Na przykład?
– Choćby grzech pod tytułem: „my się kochamy”. Domyśla się pan, co za tym uzasadnieniem często się kryje? „My się kochamy, przykrości nikomu nie wyrządzam, a przeciwnie, ta druga osoba też z tego się cieszy, tu nie ma żadnego grzechu”. Jednak w centrum uwagi człowieka, który głosi takie zdanie, nie jest Bóg, ale człowiek. Właśnie człowiek staje się bożkiem, do którego wszystko się odnosi. I wtedy zostaje utopiony najgłębszy sens wypowiedzi z Ewangelii: „wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. W tym zdaniu z Ewangelii jest odniesienie człowieka do wielkości Boga. A my tymczasem spychamy Boga do małości człowieka. Na murze w Nysie był kiedyś taki napis: „Stwórzmy sobie Boga na nasz obraz, podobnego do nas, parszywego. A wtedy nie będziemy mieli wyrzutów sumienia”. Ktoś fantastycznie nazwał to zjawisko! Bo kiedy człowiek staje się bogiem, jego sumienie przestaje funkcjonować.

Jednak dawniej ludzie chyba nie grzeszyli mniej niż dzisiaj? Co się zmieniło?
– To prawda, kiedyś ludzie wcale nie grzeszyli mniej. Ale wiedzieli, że grzeszą.

Modne robi się dziś wśród młodych „mieszkanie ze sobą” przed ślubem. Czy ludzie mają jeszcze dylemat, jak na takie sytuacje reagować?
– Tylko raz ktoś o to zapytał. Być może boją się zdecydowanej odpowiedzi na „nie”. Znam takie pary i sam się obawiam, że jeśli usłyszą bardzo zdecydowane „nie”, to drugi raz mogą mnie o nic nie zapytać. I że będzie wtedy jeszcze gorzej, bo stracimy kontakt.

Czy dlatego, żeby ich na przykład nie urazić, rodzice takich młodych ludzi mają milczeć?
– No, nie powinni. Widzę, że ta erozja sumień dokonuje się stopniowo, małymi kroczkami. Jak wskazówka zegara: nie widać, że ona się przesuwa, ale po godzinie już jest w innym miejscu. Na początku młodzi pojechali razem na wycieczkę, nawet szkolną. Później na kolejną wycieczkę, ale już bez reszty paczki. Było to niewinne, ale mama się przyzwyczaiła i ksiądz się przyzwyczaił, i oni się przyzwyczaili. No i w końcu następnym etapem dla takiej pary staje się zamieszkanie razem. Zazwyczaj podczas studiów, choć nie tylko. Myślę, że już znacznie wcześniej rodzice i spowiednik powinni zareagować. Przegapili tę chwilę, bo każdy z tych kolejnych kroczków wydaje się zbyt mały i w sumie niegroźny, żeby wydawać się problemem.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama