Nowy numer 3/2021 Archiwum

Prawo pismaków

W Polsce ciągle obowiązuje prawo prasowe z 1984 roku. Jest kilka pomysłów na zmianę starej ustawy. Niektóre z nich budzą jednak wątpliwości.

To taki „media worker” – mówi Mokrosińska. – Redaktor naczelny może, kiedy tylko zechce, uznać go za dziennikarza licencjonowanego. Może to zrobić nawet od razu, jeśli uzna, że Jaś Kowalski okazał się geniuszem. Jedyna sprawa, którą chcemy jasno określić, to 4 lata praktyki dziennikarskiej koniecznej do nazywania kogoś dziennikarzem zawodowym – zaznacza prezes SDP. – To jest jednak zawód zaufania publicznego, dziennikarz ma przecież prawo do tajemnicy dziennikarskiej. To nie jest taki zawód, że każdy może sobie machnąć legitymacją prasową – dodaje.

Wypowiedź jednej szansy?
Ważny jest też kierunek, w jakim pójdzie sprawa autoryzacji wywiadów. Niedawno zapadł wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który stwierdził, że redaktor „Gazety Krakowskiej” nie miał prawa opublikować wywiadu z posłem bez autoryzacji. TK uznał, że kara za publikację wypowiedzi bez autoryzacji jest zgodna z konstytucją. Przypomnijmy: według obecnie obowiązującego prawa, dziennikarz nie może odmówić autoryzacji osobie udzielającej wypowiedzi, ale tylko na jej wyraźne życzenie. A jakie są propozycje zmian? Projekt SDP traktuje brak autoryzacji jako jedno z 19 przestępstw dziennikarza, m.in. razem z kryptoreklamą czy odmową zamieszczenia sprostowania. Natomiast IWP proponuje „depenalizację” prawa prasowego, czyli odejście od karania za to. Odpowiedzialność ponosiłoby się tylko za odmowę publikacji ogłoszeń urzędowych czy naruszenie tajemnicy dziennikarskiej. PiS chce zachować obecne przepisy.

– Trzeba odejść od praktyki autoryzacji – uważa Cezary Gmyz z „Rzeczpospolitej”. – Ten zwyczaj uderza w rzeczywistości w dziennikarzy prasowych. Jak polityk coś mówi „na żywo” w telewizji, to przecież tego nie autoryzuje. A efekt autoryzacji często jest taki, że wywiad się „morduje”, bo jest upiększony urzędniczym żargonem – dodaje publicysta. W USA nie ma obowiązku autoryzacji. Ale dziennikarz wie, że jeśli nie może udowodnić nagraniem tego, co włożył komuś w usta, sprawa skończy się w sądzie. Te argumenty jednak nie przekonują Thomasa Urbana. – W Niemczech na przykład autoryzacja jest obowiązkowa. Wyjątek jest tylko w sytuacji, gdy polityk chce się wycofać z jakiegoś bardzo ważnego stwierdzenia, ale to rzadko się zdarza – mówi niemiecki korespondent. Nie przekonuje go też porównanie z naturalnym brakiem autoryzacji w wypowiedziach na żywo. – Jednak słowo drukowane ma większą wagę, taka jest po prostu nasza percepcja, dlatego nie można zabronić komuś prawa do autoryzacji własnej wypowiedzi – uważa Urban. Podobnego zdania w tym wypadku jest szefowa SDP. – Każdy ma prawo zażądać autoryzacji, z wyjątkiem wypowiedzi publicznych – mówi Krystyna Mokrosińska.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wojciech Teister

Redaktor serwisu internetowego gosc.pl

Dziennikarz, teolog. Uwielbia góry w każdej postaci, szczególnie zaś Tatry w zimowej szacie. Interesuje się historią, teologią, literaturą fantastyczną i średniowieczną oraz muzyką filmową. W wolnych chwilach tropi ślady Bilba Bagginsa w Beskidach i Tatrach. Jego obszar specjalizacji to teologia, historia, tematyka górska.

Kontakt:
wojciech.teister@gosc.pl
Więcej artykułów Wojciecha Teistera

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także