Nowy numer 48/2022 Archiwum

Wstawaj!

O wzlotach, upadkach i wielkiej mocy modlitwy mówi Czesław Lang.

Marcin Jakimowicz: ​Pamiętam obrazki z czasów, gdy moje dzieci uczyły się jeździć. Na trudnym podjeździe zrezygnowane rzucały rowerami. Pan też rzucał?

Czesław Lang: Nie, nie rzucałem. Raczej schodziłem z roweru i pchałem go, ze świadomością, że gdy już zataszczę na górę, to będzie łatwiej. Będzie z górki. Jak w życiu: są góry i doliny, momenty, w których jest bardzo ciężko i trzeba nieść ze sobą ten ciężar, wierząc, że po burzy wyjdzie słońce. I to jest piękne. I w kolarstwie, i w życiu.

A co napędzało Czesława Langa, gdy na koszmarnie trudnym odcinku w głowie kołatała jedna myśl: „Dalej nie dam rady”. O czym Pan wtedy myślał?

Przede wszystkim o tym, że nie może być​​ ciągle źle: „Będzie lepiej, zaciśnij zęby i wytrzymaj!”. Bardzo pomagała mi wówczas wiara. Mówię to z głębokim przekonaniem. Czułem opiekę Maryi. Moja mama, będąc w ciąży, ofiarowała mnie Pani Jasnogórskiej. Opowiadała mi o tym wielokrotnie. Była bardzo wierzącą kobietą. Pamiętam, że gdy byłem dzieckiem, w domu codziennie odmawialiśmy Różaniec, modliliśmy się pod figurą Maryi. Chciałeś, nie chciałeś, trzeba się było pomodlić. (śmiech) Bez wiary nic nie ma sensu. Jasne, jako chrześcijanie odnosimy tę rzeczywistość do Boga, ale chodzi mi o wiarę w ogóle. Jeśli nie wierzyłbym w powodzenie tego, co robię, nie zabierałbym się za to. Jeśli nie miałbym wiary w to, że znajdę sponsorów, partnerów biznesowych Tour de Pologne, nie dałbym rady. Niektórzy nazywają to przeznaczeniem, a ja wierzę, że sprawia to Pan Bóg.

A ma Pan doświadczenie, że jest On specjalistą od zmiany przekleństwa w błogosławieństwo?

Oczywiście! Ileż razy to, co było dla mnie trudne i bolesne, okazywało się wygraną na loterii. Przeżyłem w sporcie różne momenty, wzloty i bolesne upadki. Najbardziej dramatyczny był wypadek na Wyścigu Pokoju, po którym niemal pół roku spędziłem w szpitalu. Miałem stracić rękę, zostałem wyrzucony z kadry. To był czas ogromnej walki wewnętrznej, gdy moją głowę bombardowały tysiące wątpliwości. Ale pozbierałem się, bo była we mnie ogromna sportowa złość, dlatego że mnie wykluczono. Postanowiłem, że zrobię wszystko, by pokazać, że wrócę. I wróciłem! Po tym doświadczeniu wygrałem Tour de Pologne, na olimpiadzie zdobyłem czwarte miejsce, wygrałem wyścig w Meksyku, właściwie wygrywałem to, co chciałem. I co ciekawe, właśnie to bolesne doświadczenie otworzyło mi drogę do zawodowstwa. Gdyby nie ono, myślę, że zostałbym bardzo dobrym kolarzem, ale nie uprawiałbym kolarstwa zawodowo. Dopiero to otworzyło mi horyzonty na poznanie nowego świata, innego sposobu ścigania się. Zacząłem jeździć w największych wyścigach, w Tour de France, Giro d’Italia. Tam uczyłem się języków i zdobywałem doświadczenie, które później, gdy zacząłem organizować Tour de Pologne, przeniosłem nad Wisłę. A robię to już 30 lat! Błogosławiony wypadek… Tak dziś na to patrzę. Gdyby nie on, nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Widzę w tym Boże prowadzenie. Przecież wydawało się, że wszystko jest już pozamiatane, stracone…

Żeglarzom po zejściu na ląd ziemia kołysze się pod stopami. A kolarzowi, który jak Pan rocznie robił 50 tysięcy kilometrów? Musiał Pan uczyć się chodzić?

Trafił pan w sedno! (śmiech) My, kolarze, nie lubiliśmy chodzić. Nawet wyjście do sklepu było dla nas ogromnym wyczynem. (śmiech) Zaledwie 200, 300 metrów, a już bolały nas nogi. Pracowały przecież zupełnie inne partie mięśni. Prawdziwą męką było chodzenie z żoną po marketach. Nie byliśmy chyba zbyt dobrymi zakupowymi partnerami dla swoich małżonek…

Modlił się Pan kiedyś, jadąc na rowerze?

Za każdym razem! Zawsze na starcie było „Pod Twoją obronę”. Ja naprawdę miałem bardzo mocne, realne doświadczenie Bożego prowadzenia. Wiem, że ci, którzy tego nie doświadczyli, pomyślą, że przesadzam. Pamiętam na przykład wyścig we Francji, gdzie pędzi się 280 km w deszczu i śniegu. Mordercza trasa, zimno. Widziałem, jak koledzy się męczyli, przewracali, jaka to była harówka. Uciekłem wówczas peletonowi i jechałem tak przez 200 kilometrów. Niby sam, ale nie sam…

Dla nas Tour de Pologne to przede wszystkim rozrywka i świetne widowisko.

Przez ponad 30 lat impreza stała się jednym z najważniejszych wyścigów świata. Dzięki niej promujemy Polskę, a sygnał telewizyjny trafia do ponad 150 państw…

Ale Pan, obserwując wyścig „od kuchni”, uczestniczy w dramatach... Rok 2020, odcinek w Bełku nieopodal Rybnika. Malutki, przymocowany do szosy odblask, który miał poprawić bezpieczeństwo, sprawił, że zginął 22-letni Bjorg Lambrecht. Były plany, by odwołać wyścig?

Aby zrozumieć moje odczucia, trzeba się postawić w mojej sytuacji. Wszyscy biegną do mnie jako do organizatora. Oblega mnie tłum przekrzykujących się dziennikarzy, policja, prokurator. „Co tu się wydarzyło? Jak to się stało?”. A skąd mam wiedzieć, skoro byłem z przodu? Bardzo trudne spotkanie z ojcem i matką Bjorga Lambrechta, którzy specjalnie przyjechali do Zabrza, bo syn zapowiedział im, że wygra ten wyścig. Koszmarne doświadczenie. Bezradność, potężne obciążenie psychiczne. Rodzice czekali na mecie na syna – zwycięzcę… Co zrobić? Na Giro d’Italia czy Tour de France też wydarzały się śmiertelne wypadki, ale kończyło się to minutą ciszy, a wyścig trwał dalej. Bo zobowiązania, reklamy, umowy, kontrakty. Co robić? Czy kolarze będą chcieli dalej jechać? Jak to wszystko ogarnąć? Bardzo pomogła mi wówczas modlitwa, naprawdę czułem opiekę Matki Bożej. Wpadliśmy na pomysł, by kolejny etap był etapem żałoby, a nie rywalizacją, ściganiem się. Kolarze przejechali razem w geście solidarności. I wówczas cały świat zobaczył piękny gest Polaków. Biły dzwony, całą trasę udekorowano biało-czerwonymi flagami z kirem. Poruszające obrazki… Pokazaliśmy światu, jak pięknym i wrażliwym jesteśmy narodem. Było to dla mnie ogromne przeżycie, a pamiętajmy, że ta spontaniczna akcja urodziła się w ciągu jednej nocy!

Śni się Panu po nocach finisz premierowego etapu kolejnego Tour de Pologne? Powracają makabryczne obrazki sprzed dwóch lat, gdy Holender Dylan Groenewegen zablokował drogę rodakowi, a Fabio Jakobsen, pędząc 80 km/h, huknął w bandę i wyleciał w powietrze?

Nie, nie śni mi się ta sytuacja, ale bardzo często do niej wracam. Déjà vu. Dokładnie ten sam śląski odcinek trasy i znów wypadek… Kraksa pokazywana była na całym świecie. Bardzo brzydki wypadek. Myślałem, że Jakobsen nie żyje. Tak mówili świadkowie.

W mediach społecznościowych też pojawiały się informacje o jego śmierci…

Znów śmierć? Trauma wróciła… Nikt nie był pewien, czy Jakobsen przeżyje. Rokowania były fatalne. Doskonale pamiętam te chwile, te nerwy i te modlitwy. Holender bez znaku życia przewieziony został do szpitala Świętej Barbary w Sosnowcu. Sytuację utrudniało to, że trwała pandemia i nie można było go odwiedzać. Czuliśmy się sparaliżowani. „Stan bardzo krytyczny” – usłyszeliśmy. Przez półtorej godziny czekaliśmy z żoną i lekarzem drużyny przed wejściem do szpitala. Wyszedł lekarz i powiedział: „Niestety nie daje znaków życia. Raczej nic nie da się zrobić”. Trudno sobie wyobrazić, co działo się w mojej głowie: organizatora, dyrektora, który po raz drugi przeżywa podobną traumę... Przytłaczająca odpowiedzialność, setki pytań i wątpliwości, które bombardowały mnie zewsząd. O co chodzi? Po 20 minutach lekarz wrócił: „Naprawdę nic nie możemy już zrobić”. I wtedy rozpoczęliśmy szturm modlitewny. Zadzwoniłem do przyjaciół, między innymi do Marcina Zielińskiego (przyjaźnimy się od lat), prosząc o modlitwę. Zaufałem Maryi. Po kolejnych 20 minutach lekarze powiedzieli: „Stało się coś przedziwnego. Jakobsen wraca do życia!”. Nie miałem wątpliwości, że to cud. Byliśmy wzruszeni jak dzieci. Zrobiono rezonans i chociaż wypadek wyglądał koszmarnie, okazało się, że kręgosłup jest cały, głowa nie jest uszkodzona (choć cała twarz była zmasakrowana, założono na niej około 130 szwów, a szczękę zrekonstruowano między innymi dzięki przeszczepowi kości z miednicy), nie ma krwiaków. Chłopak będzie żył! Głęboko wierzę w to, że był to cud. To właśnie dlatego przy kolejnej edycji Tour de Pologne u katowickich dominikanów spotkaliśmy się na uwielbieniu, by podziękować Bogu za Jego interwencję. Gdy o tym opowiadam, za każdym razem jestem wzruszony. Cuda się zdarzają, jestem o tym przekonany. Modlitwa była w tym czasie dla mnie ogromną siłą, wsparciem, umocnieniem.

Jakobsen, który cudem przeżył (czekało go kilka operacji i żmudna rehabilitacja, bo stracił niemal wszystkie zęby i doznał licznych obrażeń), znów jeździ! Na rower wsiadł, gdy tylko zdjęto mu ostatnie szwy…

Nie tylko wrócił na rower, ale wygrywa wyścigi! To znakomita opowieść o życiu i o rzeczywistości duchowej. Możesz upaść, ale zawsze masz szansę, by wstać. Gdy Jakobsen wygrał ostatnio w mistrzostwach Europy, podszedł do mojej córki, ucałował ją i podziękował za to, w jaki sposób opiekowaliśmy się nim po wypadku. To jest dokładnie to, o czym mówił Jan Paweł II: „Podnieś się, wyprostuj i idź!”. Cała naprzód!•

Czesław Lang

urodzony 17 maja 1955 roku, kolarz torowy i szosowy, wicemistrz olimpijski, dwukrotny medalista szosowych mistrzostw świata. Po zakończeniu kariery sportowej działacz sportowy, Organizator Tour de Pologne.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się