Nowy numer 48/2022 Archiwum

Oczyszczenie soborowe

Każdy kolejny sobór powszechny to stawanie Kościoła w prawdzie przed sobą i Bogiem. Dlaczego do dziś nie zwołano Soboru Watykańskiego III?

W starożytności i średniowieczu sobory odbywały się bardzo często. Działo się tak, mimo że obieg informacji był tysiące razy wolniejszy od tego, w jakim my funkcjonujemy. Dziś, gdy zmiany w Kościele i świecie przebiegają o wiele szybciej, ostatni sobór pamiętają tylko najstarsi. Czy to już nieaktualny sposób na słuchanie tego, co Duch mówi do Kościoła?

Jedność czy schizma?

Co najmniej od dekady pojawiają się głosy wzywające do zwołania nowego soboru powszechnego. Każdy wychodzi od innych problemów do rozwiązania, ale wszystkie sprowadzają się do wspólnego przekonania: tylko sobór może zapobiec kolejnemu rozłamowi w Kościele. Nie jest to jednak, przyznajmy, pogląd zbyt popularny i jeśli nawet ktoś ma odwagę poruszyć temat, to są to ciągle głosy dość nieśmiałe. Przeciwnicy przekonują bowiem, że nowy sobór raczej pogłębi podziały. Sceptycy soborowi znajdują się zarówno po stronie tzw. progresistów, jak i tradycjonalistów (o ile ten medialny bardziej podział kiedykolwiek oddawał rzeczywistość). Kościelni „liberałowie” obawiają się, że sobór cofnie Kościół do czasów trydenckich, zaś kościelni „konserwatyści” – że pójdzie za daleko. Te obiekcje po części przypominają dyskusje, jakie pojawiają się niemal zawsze przy okazji konklawe, które ma wybrać nowego papieża: jedni boją się wyboru „liberała”, który pociągnie Kościół na dno, drudzy lamentują nad możliwą wygraną „konserwatysty” – że nie sprosta wyzwaniom współczesności. Jedna i druga strona wychodzi z tych samych obaw, jakie towarzyszą dyskusjom o ewentualnym nowym soborze.

Gdzieś pośrodku znajdują się dwie inne grupy: jedna podkreśla, że postanowienia Soboru Watykańskiego II nie zostały dotąd zrealizowane, więc mówienie o nowym soborze mija się z celem. Druga przyznaje, że nowy sobór musiałby potwierdzić kierunek przyjęty na Vaticanum II, ale równocześnie zająć się nowymi wyzwaniami, przed jakimi stoi Kościół w XXI wieku. Ponieważ jednak widoków na sobór powszechny na razie nie ma, trzeba postawić pytanie: dlaczego właściwie to, co kiedyś było naturalnym i stosunkowo częstym sposobem roztrząsania sporów w Kościele, dziś traktowane jest jako nadzwyczajna ostateczność?

Wysyp soborów

Pierwsze zgromadzenie apostołów w Jerozolimie, na którym rozstrzygnięto, że poganie przyjmujący wiarę w Chrystusa nie muszą najpierw przyjmować przepisów Prawa, zwykło się określać mianem I soboru jerozolimskiego. Historycy jednak za pierwszy sobór powszechny przyjęli uznawać dopiero zgromadzenie I Soboru Nicejskiego z 325 roku. Pierwszych osiem soborów odbyło się pod bokiem cesarza rzymskiego, w stolicy państwa lub w jej pobliżu: w Nicei (rok 325 i 787), Konstantynopolu (381, 553, 680, 869), Efezie (431), Chalcedonie (451). Po rozejściu się dróg Kościoła zachodniego i wschodniego ten pierwszy liczy sobory, jakie odbywały się na Lateranie w latach 1123, 1139, 1179 i – najważniejszy z nich – w 1215 r. Miały one ogromny wpływ na kontynuację reform zapoczątkowanych przez papieża Grzegorza VII.

Oczywiście każdy kolejny sobór niekoniecznie rozstrzygał raz na zawsze kwestie sporne. Przeciwnie, otwierał spory, które czasem kończyły się schizmą. – Po I Soborze Nicejskim mamy 55 lat niepewności i bardzo różnych interpretacji, wielu biskupów chciało zignorować to, co tam ustalono – mówi ks. dr hab. Stanisław Adamiak, historyk Kościoła. – Pieczęcią położoną na tym soborze jest dopiero Sobór Konstantynopolitański I (381 r.). Mówimy często, że odmawiamy Credo nicejskie, a tak naprawdę to jest Credo nicejsko-konstantynopolitańskie, uzupełnione przez ten drugi sobór, który dokonał pewnych korekt w stosunku do nicejskiego. Podziały powstałe po Soborze Chalcedońskim (451 r.), który dogmatycznie jest tak samo ważny jak nicejski [doktryna o dwóch naturach Chrystusa: boskiej i ludzkiej – przyp. J.Dz.], są obecne do dzisiaj, mamy nadal tzw. Kościoły przedchalcedońskie, np. koptyjski, etiopski i ormiański. Przez następnych 200–300 lat po tym soborze trwały próby znajdowania kompromisów, przedstawiania doktryny chalcedońskiej w taki sposób, żeby była ona akceptowalna dla tych, którzy się z nią nie zgadzają. To się nie udało. Prawie po każdym soborze i po wielu synodach mamy tych, którzy nie przyjęli ich rozstrzygnięć – dodaje historyk.

Spory posoborowe

Również w okresie średniowiecza Kościół nie unikał zwoływania soborów, nawet jeśli kończyły się ujawnieniem pulsujących już wcześniej podziałów. – W średniowieczu, zwłaszcza w momencie kształtowania się modelu gregoriańskiego, sobory odbywały się bardzo często – mówi o. dr hab. Tomasz Gałuszka OP, historyk Kościoła, mediewista. – Reforma gregoriańska, która przyniosła rozkwit życia kościelnego na tak wielu polach, była związana z tym, że w ciągu 200 lat odbyło się aż sześć soborów. Nie obawiano się weryfikować podjętych wcześniej pomysłów, a jak trzeba było, to powtarzano te same kanony, i to po kilka razy na kolejnych soborach. Chodziło o to, by wspólnota Kościoła żyła i poszukiwała tego, co Duch mówi do wierzących – dodaje o. Gałuszka.

To wszystko warto przypominać dzisiaj, gdy sceptycy przekonują, że zwołanie kolejnego soboru może pogłębić podziały i doprowadzić do nowej schizmy. Argumentem tutaj ma być fakt, że po Vaticanum II doszło do trwającego do dziś i ciągle pogłębiającego się rozłamu, w którym rośnie liczba osób oskarżających ostatni sobór o całe zło w Kościele. Ale i na ten argument historycy mają odpowiedź. – Nie inaczej było po Vaticanum I – mówi ks. Adamiak. – Odrzucenie soborów następowało często w imię tradycji; odrzucający twierdzili, że sobór wprowadza coś nowego, a my chcemy, by było tak, jak sobie wyobrażamy, że było od zawsze. Przykładem może tu być dogmat o nieomylności papieskiej, który odrzucili starokatolicy. Na Soborze Nicejskim I kością niezgody było określenie „współistotny” w Credo; przeciwnicy mówili, że tego nie ma w Biblii, że sobór wprowadził pojęcie filozoficzne do języka wiary, że to jest nowinkarstwo i oni w imię tradycji tego nie przyjmą. Nie wiem, czy potrafiłbym wskazać taki sobór czy synod, który zamknąłby temat i nikt nie miał później wątpliwości – uważa historyk.

Nie leci z nami pilot?

Można czasem odnieść wrażenie, że w obawach przed zwołaniem soboru wybrzmiewa brak wiary w asystencję Ducha Świętego. „Konserwatyści” boją się, że skoro już teraz pojawiają się postulaty zmiany nauczania Kościoła m.in. o homoseksualizmie, to sobór może tylko „przyklepać” tę tendencję, co nieuchronnie doprowadziłoby do formalnego rozłamu w Kościele. Z kolei „liberałowie” nie kryją obaw, że to „tradycjonaliści” są gotowi zewrzeć szyki i przeprowadzić na soborze swoją „kontrrewolucję”. Brzmi to wszystko tak, jak gdyby chodziło o jakieś polityczne gremium, gdzie każdy chce ugrać coś dla siebie. Brakuje przekonania, że w tym ścieraniu się różnych poglądów i frakcji w gruncie rzeczy chodzi o szukanie prawdy i słuchanie, co Duch mówi dzisiaj do Kościoła. Gdyby przyjrzeć się postulatom, z jakimi niektórzy ojcowie przybyli na Sobór Watykański II, i porównać je z końcowymi dokumentami, można mieć pewność, że Duch Święty towarzyszył niewątpliwie burzliwym dyskusjom i kolejny raz prowadził ojców soborowych do właściwego rozeznania znaków czasu. Na soborze były obecne pewne grupy, które myślały, że uda się przepchnąć różne radykalne pomysły – a jednak się nie udało. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

Metroplex I

Pojawia się oczywiście inny argument, który każe postawić pytanie, gdzie właściwie miałby odbyć się nowy sobór w sytuacji, gdy liczba biskupów na świecie, czyli potencjalnych ojców soborowych, jest obecnie dwukrotnie większa niż pół wieku temu, podczas Vaticanum II, więc… bazylika św. Piotra ich nie pomieści. Do tego należałoby zapewne dodać setki świeckich, bo dziś uczestnictwo w soborze nie mogłoby ograniczyć się wyłącznie do pojedynczych audytorów bez prawa głosu. O problemie z pomieszczeniem wszystkich uczestników soboru z pewną ironią pisał parę lat temu George Weigel: „Pewien żartowniś, kiedy wspomniałem mu o tym problemie, nazwał przyszły sobór »Metroplex I«, jako że ojców soborowych, obserwatorów, doradców, tłumaczy i całą resztę aparatu logistycznego pomieściłaby jedynie metropolia Dallas-Fort Worth. Sobór spotykałby się na Cowboys Stadium, hojnie udostępnionym na tę okazję przez Jerry’ego Jonesa”. I tu muszę przyznać, że nie bardzo rozumiem, w czym George Weigel widzi problem: czy z racji tak dużej liczby biskupów idea soboru miałaby odejść do lamusa? Bo bazylika św. Piotra ich nie pomieści? Jaki problem, by pomysł „żartownisia” (jak nazywa go Weigel) wcielić w życie i kolejny sobór zorganizować właśnie na jednej z wielkich światowych aren? Chyba nie chcemy powiedzieć, że Duch Święty nie poradzi sobie z ojcami soborowymi na stadionie czy w innym wielkim obiekcie?

Stagnacja nie jest z Ducha

Obawa przed zwoływaniem nowego soboru może ostatecznie wynikać z obawy przed jakąkolwiek zmianą. – Kardynał Henri de Lubac mówił, że tylko wrogowie Kościoła pragną, żeby on się nie zmieniał – mówił mi przed laty Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi”. – Wszyscy, którzy życzą mu dobrze, chcą, żeby się zmieniał, bo są świadomi, że jest niedoskonały – dodawał. Potwierdzają to historycy Kościoła, którzy zwracają uwagę na fakt, że kiedy sobory odbywały się z większą częstotliwością, kościelne reformy, czyli de facto odnowa i pogłębianie wiary, otrzymywały silny impuls. Największe kryzysy zaczynają się wtedy, gdy sobory stają się coraz rzadsze. Tak naprawdę odnowa, jaka miała miejsce po soborze trydenckim, była niezwykle ożywcza i oczyszczająca dla Kościoła dotkniętego reformacją, ale – przyznają historycy – była też krótkotrwała. Jedną z przyczyn jest to, że kolejny sobór zwołano dopiero ponad 300 lat później – a do tego Sobór Watykański I nie dokończył swoich obrad, co oznacza, że od reformacji aż do Vaticanum II (a więc przez ponad 400 lat) praktycznie nie było żadnego zgromadzenia soborowego, które podjęłoby wyzwania czasu. Czy dziś, gdy obieg informacji jest wielokrotnie szybszy, a tym samym zmiany w świecie i samym Kościele następują o wiele szybciej, gdy pęknięcie wśród osób wierzących w jedynego Zbawiciela wydaje się coraz silniejsze na tylu różnych polach, nie byłoby zasadne zwołanie kolejnego soboru? Nie ma się czego bać – przecież obietnica Jezusa, że Duch Pocieszyciel wszystkiego nas nauczy, nie ma terminu ważności i nie ogranicza się tylko do zgromadzeń w bazylice św. Piotra. Istnieje potrzeba, żeby Kościół kolejny raz stanął w prawdzie przed sobą i Bogiem. Może dlatego właśnie boimy się nowego soboru?•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy