Nowy numer 48/2022 Archiwum

Zwiastun niespokojnej jesieni

Wielka demonstracja w Pradze, która połączyła Czechów obawiających się rosnących kosztów życia i przeciwników wspierania Ukrainy, zapowiada niepokojący trend protestów, które jesienią czekają Europę.

Skala demonstracji, która odbyła się w stolicy Czech 3 września, zaskoczyła nie tylko obserwatorów w Europie, lecz także samych Czechów. Na placu Wacława zebrało się około 70 tysięcy ludzi. Organizatorzy pod hasłem „Czechy na pierwszym miejscu” zgromadzili zwolenników zarówno skrajnej prawicy, jak i lewicy. Protestowano przeciwko rosnącym cenom energii i kosztów życia oraz obwiniono o ten stan Ukrainę i NATO.

Europę czeka trudna jesień, ciągnąca się w cieniu kryzysu energetycznego i rekordowej inflacji. Pierwsze protesty pojawiły się już w kilku krajach, między innymi w Niemczech i Holandii. Uaktywniły się środowiska, pragnące wykorzystać społeczne zmęczenie kryzysem i lęk przed jego zaostrzeniem, ukierunkowując je na niechęć do Ukrainy i jej walki z Rosją. Nietrudno wskazać, kto może sterować tymi emocjami.

„To nie czeski rząd”

Za frekwencyjnym sukcesem demonstracji w Pradze stoją ugrupowania, które w ostatnim czasie były w odwrocie na czeskiej scenie politycznej: eurosceptyczna i antyimigrancka partia Wolność i Demokracja Bezpośrednia (SPD) oraz Komunistyczna Partia Czech i Moraw (KSCM). W organizację protestu zaangażowana była też antyunijna partia Trikolora. Jej liderka Zuzana Zahradnikowa w przemówieniu na placu Wacława stwierdziła, że rząd Petra Fiali „może jest ukraiński, może jest brukselski, ale na pewno nie jest czeski”.

Czesi wyszli na ulice przede wszystkim w proteście przeciwko trudnej sytuacji gospodarczej. Inflacja w lipcu wyniosła tam 17,5 proc, a kalkulacje na najbliższe miesiące są pesymistyczne. W 2021 roku Czechy w 87 proc. były zależne od dostaw gazu z Rosji. Międzynarodowy Fundusz Walutowy w prognozie z lipca 2022 stwierdził, że zakręcenie przez Moskwę kurka z gazem odbije się na większości krajów UE, ale najciężej odczują to Czechy, Słowacja i Węgry.

Na praskiej demonstracji głośni byli też przeciwnicy wspierania Ukrainy, wielu ludzi przyniosło rosyjskie flagi, skandowano hasła przeciwko Unii Europejskiej, NATO oraz ukraińskim uchodźcom, których obecnie przebywa w Czechach około 380 tysięcy.

Czeskie społeczeństwo jest bardziej eurosceptyczne niż polskie. W zleconym przez Parlament Europejski badaniu poparcia dla członkostwa we Wspólnocie Czechy zajmują czwarte miejsce od końca (63 proc. poparcia). Do tego dochodzi łatwo zauważalny trend – im dalej od granicy Rosji i Ukrainy, tym mniejsze społeczne zrozumienie dla konieczności wyrzeczeń w powstrzymywaniu Putina. W Czechach nie brakuje ważnych postaci sceny politycznej o prorosyjskich poglądach, takich jak Václav Klaus. Przez lata zaliczał się do tego grona również prezydent Miloš Zeman, który jednak po wybuchu wojny zmienił poglądy i dziś nazywa Putina „szaleńcem”, domagając się surowych sankcji wobec Rosji.

Premier Petr Fiala stwierdził, że za demonstracją stoją „siły prorosyjskie, które są przeciwko czeskim interesom”. Pozycja jego rządu jest jednak coraz słabsza.

Identyczne postulaty w Niemczech

Teoretycznie można by uznać, że grupa znajdujących się na uboczu czeskich partii cynicznie sięgnęła po tematy, które mogą zmobilizować ludzi poszkodowanych lub zlęknionych panującym kryzysem. Z drugiej strony w tym samym czasie prorosyjskie środowiska w Niemczech zaczęły uciekać się do identycznych haseł jak te podnoszone na demonstracji w Pradze: oskarżenia wobec rządu o zaniedbywanie własnych obywateli kosztem Ukrainy oraz o niezdolność powstrzymania kryzysu energetycznego.

4 września w Kolonii odbyła się kilkutysięczna demonstracja diaspory rosyjskiej i jej zwolenników. To nie pierwsze takie wydarzenie w Niemczech, jednak warta odnotowania jest zmiana akcentów. Tym razem domagano się, by rząd uznał kryzys energetyczny za ważniejszy niż wsparcie Ukrainy. Domagano się zgody na otwarcie Nord Stream 2 i zadawano pytanie: „Jak mamy przetrwać zimę?”.

Podobnie jak w Czechach, najaktywniejsze w nowej fali protestów są ugrupowania skrajnej lewicy (Die Linke) oraz prawicy (Alternatywa dla Niemiec – AfD), a zarzuty ubierane są w hasła „Ukraina na pierwszym miejscu, a Niemcy się nie liczą”. Niemiecka gazeta „Tagesspiegel” w lipcu ostrzegała, że jesienią nastąpi nasilenie protestów społecznych, a przewodnim tematem będzie kryzys energetyczny. Już zaczęło się to potwierdzać. Od 5 września pod hasłem „Gorąca jesień” odbywają się demonstracje w kolejnych niemieckich miastach, między innymi w Lipsku, Magdeburgu, Halle i Wittenberdze.

O ile w Czechach rząd zdecydowanie sprzeciwia się protestom i sugeruje ich rosyjską inspirację, o tyle w Niemczech wydarzenia te wywołują ferment w koalicji. Do otwarcia gazociągu Nord Stream 2 wezwał np. poseł Wolfgang Kubicki ze współrządzącej FDP. Nie przypadkiem najsilniej atakowana przez prorosyjskie środowiska jest minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock, która jako jedna z nielicznych w gabinecie Scholza wzywa do wspierania Ukrainy.

Fala protestów w Europie przybiera na sile. Nie ma szans na jej powstrzymanie, bo nie znikną napędzające ją czynniki: wzrost cen energii i inflacja. W lipcu w Holandii doszło do protestów rolników, we Francji jesienią spodziewany jest powrót wystąpień „żółtych kamizelek”. W Wielkiej Brytanii rośnie popularność oddolnych społecznych ruchów pod nazwą „Już wystarczy” (Enough is Enough), których zwolennicy deklarują, że od 1 października przestaną płacić rachunki za energię.

Groźba domina

Od wybuchu wojny wśród kraju Unii Europejskiej kilkakrotnie zabrakło zgody na podjęcie bardziej stanowczych działań wobec Rosji, czego ostatnim przykładem była kwestia wiz. Z drugiej strony warto mieć świadomość, że polityczna koniunktura w UE w kwestii wsparcia Ukrainy może się już tylko zmienić na gorsze, zwłaszcza po kryzysowej jesieni. 25 września we Włoszech odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne. Faworytem jest obecnie partia Bracia Włosi. Jej liderka Giorgia Meloni deklaruje chęć utrzymania kursu rządu Mario Draghiego. Jednakże do rządzenia może potrzebować Ligi, a jej lider Matteo Salvini wzywa w kampanii do zniesienia sankcji nałożonych na Rosję. Z kolei w Hiszpanii do negocjacji z Putinem wezwał rzecznik lewicowej partii Podemos, rządzącej w koalicji z socjalistami. Na Słowacji na początku września większość parlamentarną utracił natomiast wspierający Ukrainę rząd premiera ­Eduarda Hegera. Jeżeli dojdzie do przedterminowych wyborów, to w realiach wysokiej inflacji i kryzysu energetycznego faworytem do zwycięstwa jest populistyczna partia SMER ex-premiera Roberta Fico. W przeszłości słynął on z ciepłych relacji z Putinem, a obecnie często krytykuje ukraińskich imigrantów.

Trudno na razie stwierdzić, w jakim stopniu Rosja stoi za narastającą w Europie falą protestów. Jednakże na jej udział wskazuje zsynchronizowana zmiana akcentów ostatnich demonstracji w Niemczech i w Czechach.

Stwierdzenie, że demonstracje podsyca Rosja, oczywiście w niczym nie zmienia faktu, że Europę czekają trudne miesiące. Wśród protestujących będą zarówno rosyjscy agenci, jak i zdesperowani ludzie, którym inflacja i koszty energii odbiorą pracę i oszczędności. Dla rządów krajów UE wybrzmiewa ostatni dzwonek, by spróbować złagodzić kryzys energetyczny i tym samym osłabić narastającą falę protestów.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy