Nowy numer 37/2021 Archiwum

Nie dawano mi szans na przeżycie [ŚWIADECTWO]

Po udarze przez 12 dni byłem w stanie krytycznym. Kiedy wybudziłem się ze śpiączki, nie miałem wątpliwości, że uzdrowił mnie Jezus.

Jest 22 stycznia 2020 r. W zasadzie dzień, jak co dzień. Wieczorem szliśmy z żoną spać, gdy nagle poczułem ogromny ból głowy, nie do wytrzymania. Miałem ochotę walić głową w ścianę. Moja mama, która przebywała u nas w tym czasie, poleciła żonie, by zadzwoniła po pogotowie. Przyjechali, zrobili ze mną wywiad i powiedzieli, bym się ubrał, bo jedziemy do szpitala. Pamiętam, że nie wiedziałem, czy chce się ubrać, załatwić, czy cokolwiek mam robić. Straciłem orientację. Panowie z pogotowia wzięli mnie na siłę do karetki i pojechaliśmy do szpitala. Pamiętam, jechaliśmy na sygnale, było mi bardzo zimno, trząsłem się cały. W szpitalu położono mnie do łóżka i zasnąłem.

Akwarium w podłodze

Obudziłem się. Była noc. Wyszedłem z łóżka. Kładąc stopy na podłodze zauważyłem… akwarium wmontowane w podłogę między moim łóżkiem, a łóżkiem obok. Starając się nie nadepnąć na nie, podszedłem do drzwi, które były na wprost. Gdy je otworzyłem, moim oczom ukazał się zdumiewający widok: ujrzałem pokład kutra rybackiego, białego, ogromnych rozmiarów, oraz postać odwróconą do mnie plecami, zwyczajnie ubraną. 

Zacząłem iść za tym człowiekiem. Ciągle za Nim chodziłem, nie umiejąc do niego dojść. I tak do późnej nocy. Potem szedłem do swojego łóżka, kładłem się i zasypiając patrzyłem na akwarium w podłodze. I tak wieczór za wieczorem wstawałem, wychodziłem na łódź i chodziłem za nieznajomym. Za każdym razem nie umiałem się doczekać, aż znów będę za Nim chodził. Przy Nim nic mnie nie bolało, o nic się nie martwiłem.

My nie pływaliśmy po morzach, oceanach czy jeziorach. My pływaliśmy po miastach. Oglądałem z bliska wieżowce, kamienice, bloki, różne miejskie ulice i parki. Na łodzi byli inni ludzie, którzy coś robili, lecz nie wiem co i nie za bardzo mnie to obchodziło. Nie odczuwałem głodu ani pragnienia. W każdym razie na pokładzie nie było ryb. Były tylko te w akwarium w podłodze, koło mojego łóżka.

Pewnej nocy, gdy szliśmy po pokładzie, wszystko znikło, nastała przeraźliwa ciemność. Przede mną stał ten człowiek, plecami do mnie, jak zawsze, a przed nami stał szlaban, taki sam jak na przejeździe kolejowym, z tym że był zamknięty na kłódkę. Ten człowiek zaczął ją otwierać. Ja byłem cały w strachu, złapałem go za ramię i On się odwrócił. To był Jezus Chrystus, w całej swej okazałości, przystojny taki.

Ja przerażony mówię do Niego: „Co my tu robimy? Ja mam żonę, dzieci, chciałbym je wychować w wierze i miłości, a my tu najpierw na łodzi, teraz w ciemnościach… Co się stało? Gdzie my idziemy? Wiem, że trafiłem do szpitala, a teraz jestem tu. O co chodzi?”.
On się uśmiechnął i w jednej sekundzie znaleźliśmy się w szpitalu. Patrzę, a na łóżku leżę… ja. Pełno aparatury obok łóżka. Przyglądam się, a na głowie nie mam włosów. Wycięta górna część czaszki, tak że widać mózg, a z każdym uderzeniem mojego serca krew tryska na mózg.
W tym czasie Jezus mówi do mnie: „To Ci się stało”. Nachyliwszy się nad sobą, spojrzałem na Jezusa i powiedziałem: Przecież Ty możesz mnie uzdrowić. A On uśmiechnął się tak radośnie – i znikło wszystko. 

To pan mówi?

W tej samej chwili obudziłem się. Przy moim łóżku stała siostra, jej mąż i córka. Płaczą, a ja do nich: „A wy co?”.
Stojący obok lekarz mówi do mnie: „To pan mówi?”. I gdzieś wybiegł.

Chciałem się poruszyć, dotknąć głowy, bo przypomniałem sobie, że przed chwilą widziałem siebie bez czaszki. Okazało się, że jestem przywiązany do łóżka. Aparatura stała tak, jak ją widziałem. Mówię do siostry: „Gosia, zrób mi zdjęcie i pokaż”. A ona, cała we łzach, że mi go nie zrobi, bo ja nie wiem, jak wyglądam. „Zrób mi to zdjęcie” – mówię do niej zdenerwowany. W końcu zrobiła. Doznałem wielkiej ulgi, gdy zobaczyłem siebie na zdjęciu z normalną głową, z włosami, bez żadnego wycięcia.

Pamiętam, że przyszli lekarze mnie zobaczyć. Mówili tylko, bym się cieszył. Nie wiedziałem, o co im chodzi. Zasnąłem. Wieczorem obudziłem się. Pomyślałem, że wyjdę na pokład i tym razem porozmawiam sobie z Jezusem, bo jest o czym, mam trochę spraw do omówienia. Okazało się, że jestem przywiązany. Zacząłem się uwalniać. Nie było to trudne, bo pasy łóżka były luźno spięte. Oswobodziłem się. Do pokonania została jeszcze barierka z łóżka. Nie umiałem jej złożyć, więc postanowiłem wyjść po niej. Kiedy chciałem stanąć na nogi, upadłem na podłogę. Po chwili przebiegły siostry, zaczęły krzyczeć: co ja robię, jak tak można, czy ja nie wiem, że byłem w krytycznym stanie, od 12 dni byłem w śpiączce i nie dawano mi szans na przeżycie. Mówiły, że bali się mnie przewieźć w łóżku na rezonans, bo było ryzyko, że umrę, a ja sobie teraz wychodzę jak gdyby nigdy nic. 

Gdy one do mnie mówiły, zauważyłem, że w podłodze nie ma akwarium i drzwi na wprost. Myślę: co one mówią, przecież ja jeszcze wczoraj po statku chodziłem, a teraz nie umiem chodzić?
Włożyły mnie do łóżka i tak mnie przywiązały, że się ruszyć nie mogłem. 

W głowie miałem mętlik, mijały dni, zacząłem powolutku chodzić. Bodajże po pięciu dniach przyszedł do mnie ordynator oddziału rehabilitacji neurologicznej i mówi mi, że mnie nie widzi na swoim oddziale. Owszem, mogę się zapisać, ale postęp mojego powrotu do zdrowia jest tak szybki i dobry, że on nie widzi takiej potrzeby. Dla innych pacjentów, u których to trwa niekiedy latami, byłoby to niekorzystne, gdyby mnie widzieli po tak krótkim czasie od wylewu krwi do mózgu, którego doznałem.

Wiem, że dużo ludzi modliło się za mnie w tym czasie. Serdecznie dziękuję! Odprawiano msze w mojej intencji. Wielkim darem jest modlitwa ofiarowana za kogoś, kto jest w trudnej sytuacji. Jedni mówią, że czasem wystarczy westchnąć do Boga, a odmieni się los człowieka. Za każde takie westchnienie dziękuję.
Wróciłem do pracy. Obecnie pracuję, wszystko wokół mnie nabrało innego znaczenia, relacja z Bogiem, z żoną, wzbija się na wyżyny. Przechodziłem trudne okresy w swoim życiu, wcześniej groził nam rozpad małżeństwa, mieliśmy sprawę rozwodową na wokandzie. Potem udar. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Dzięki Bogu, modlitwie za nas, którą bardzo dużo ludzi ofiarowało, dziś jesteśmy szczęśliwi.

Grzegorz
 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL