Nowy numer 15/2021 Archiwum

Anioły z wysypiska

Dzięki niemu kilkadziesiąt tysięcy ubogich i bezdomnych Malgaszy otrzymało szansę na nowe życie. Ojciec Pedro Opeka został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla.

Otrzymując nominację, pracujący na Madagaskarze zakonnik znalazł się w gronie takich osób jak Aleksiej Nawalny, Swiatłana Cichanouska czy Greta Thunberg. Chociaż nie cieszy się tak dużą rozpoznawalnością jak wspomniani kandydaci, Słoweńcy są przekonani, że posługa misyjna ich rodaka powinna zostać doceniona. – Jeśli ktoś zasługuje na Pokojową Nagrodę Nobla, to właśnie o. Pedro Opeka – za wieloletnią działalność charytatywną w jednym z najbiedniejszych regionów świata. Wierzymy, że ta nominacja ma duże szanse powodzenia – mówił premier Słowenii Janez Janša.

Murarz czy ksiądz?

Pedro Opeka urodził się w 1948 r. na przedmieściach Buenos Aires. Jego rodzice byli Słoweńcami, którzy po II wojnie światowej opuścili ojczyznę z obawy przed komunistycznymi czystkami. Ojciec przyszłego kapłana pracował jako murarz (w jęz. słoweńskim „opeka” znaczy „cegła”) i przyuczał swojego najstarszego syna do wykonywania tego zawodu. Pedro lubił to zajęcie, ale uczęszczając do szkół prowadzonych przez księży misjonarzy św. Wincentego à Paulo, zapragnął pójść inną drogą. W 1968 r. rozpoczął studia filozoficzne i teologiczne w Colegio Máximo San José w San Miguel, na przedmieściach stolicy Argentyny. W tamtym czasie zajęcia prowadził tam m.in. Jorge Mario Bergoglio. – Pamiętam, że Pedro nie uczył się zbyt dobrze, ale za to miał ogromne serce do pracy – wspominał ze śmiechem papież Franciszek.

Gdy Pedro Opeka skończył 20 lat, wyjechał do rodzinnej Słowenii i wstąpił do Zgromadzenia Misji w Lublanie. Kiedy po dwóch latach dowiedział się, że lazaryści objęli nowy teren misyjny na południu Madagaskaru, poprosił przełożonych o możliwość odbycia tam praktyk. Po przybyciu na miejsce przeżył szok. – Nie mogłem spokojnie spać, gdy zobaczyłem dzieci, które na śmietnisku szukały czegoś do jedzenia, urocze dzieci, jak anioły, ale ubrane w łachmany. Jak można spać spokojnie, widząc coś takiego? – wspominał w jednym z wywiadów.

Po dwuletnim pobycie na wyspie, położonej u południowo-wschodnich wybrzeży Afryki, Pedro Opeka wiedział, że jeszcze tam wróci. Najpierw jednak musiał dokończyć studia. Kontynuując edukację w Instytucie Katolickim w Paryżu, zetknął się tam z o. Piotrem (abbé Pierre), niosącym pomoc osobom bezdomnym i ubogim. Inicjatywy podejmowane przez duchownego, nazywanego „ojcem gałganiarzy”, zainspirowały przyszłego zakonnika do działania. Gdy w 1975 r. przyjął święcenia kapłańskie, ponownie wyjechał na Madagaskar. W niespełna 25-tysięcznym mieście Vangaindrano zbudował kościół i centrum parafialne. Poznał tam wielu ludzi, którzy nie mieli środków do życia. Widział, jak cierpią z powodu głodu i ciężkich chorób, był świadkiem śmierci małych dzieci. Nie potrafiąc się z tym pogodzić, po 13 latach pracy poprosił swoich przełożonych o roczną przerwę. Oni mieli jednak wobec niego inne plany.

Miasto Przyjaźni

W 1989 r. Pedro Opeka został mianowany dyrektorem seminarium w Antananarywie. Niedługo po tym, gdy przeprowadził się do stolicy Madagaskaru, przybył tam z pielgrzymką Jan Paweł II. Wówczas duchowny był świadkiem wzruszającej sceny, która na nowo zmobilizowała go do działania. Podczas uroczystości uboga dziewczynka z bratem na plecach, niezauważona przez ochronę, podeszła do papieża i przytuliła się do niego. – Widok tych dzieci przy boku Ojca Świętego otworzył mi oczy. Poczułem, co powinienem czynić – wspominał misjonarz.

Kapłan, mając w pamięci swoją pierwszą wizytę na wyspie, zaczął odwiedzać zlokalizowane na przedmieściach wysypiska śmieci. To właśnie tam mieszkali ludzie, którzy z różnych przyczyn stracili domy. Większość z nich zaniedbała nie tylko siebie, ale także swoje potomstwo. Duchowny powtarzał im: „Jeśli kochacie swoje dzieci, musicie dać im przyszłość godną istoty ludzkiej”. Po kilku miesiącach codziennych rozmów zdołał przekonać 70 rodzin do opuszczenia wysypiska i utworzenia wioski, w której mogliby rozpocząć nowe życie. Teren na realizację projektu przekazały misjonarzowi władze miasta, o resztę musiał zadbać sam. Dysponując symbolicznym budżetem 900 euro, doświadczeniem pracy w zawodzie murarza i zespołem wolontariuszy, których poznał jeszcze w Vangaindrano, rozpoczął budowę pierwszych domów. – Mieliśmy tylko pasję i wiarę, że Bóg nie pozwoli, aby dzieci żyły dalej na wysypisku – mówił w jednym z wywiadów.

Dzięki zdolnościom organizacyjnym zakonnika i wsparciu darczyńców dzieło Akamasoa (Miasto Przyjaźni) zaczęło się dynamicznie rozwijać. Dzisiaj to już 18 wiosek, w których żyje ponad 25 tys. osób. Pracują m.in. w warsztatach rzemieślniczych, kamieniołomach i żwirowni. Dzieci mają dostęp do edukacji: od przedszkola po uniwersytet. Ponadto na miejscu funkcjonuje sześć klinik, trzy szpitale, cztery ośrodki pomocy medycznej dla kobiet oraz 18 boisk. Dzięki dobremu zarządzaniu Akamasoa osiągnęła 75-procentowy poziom finansowej samowystarczalności. – Życie tutaj to przede wszystkim działanie, a nie słowa. Nigdy nie ukrywamy prawdy, staramy się być prostolinijni w rozwiązywaniu problemów i nie omijamy ich. I to jest prawdziwa szczerość – zaznaczał o. Opeka.

Miłość i szacunek

– U podstaw tego dzieła znajdujemy żywą wiarę, która przełożyła się na konkretne działania, zdolne „góry przenosić”. Wiara, która pozwoliła dostrzec szansę tam, gdzie było widać jedynie biedę, zobaczyć nadzieję tam, gdzie był tylko fatalizm, widzieć życie tam, gdzie głoszono jedynie śmierć i zniszczenie – mówił papież Franciszek podczas pielgrzymki na Madagaskar w 2019 roku.

Ojciec Święty odwiedził Akamasoa w 30. rocznicę jej założenia. Tamta wizyta była dla mieszkańców miasta ogromnym przeżyciem: tłumy ubrane w kolorowe stroje wiwatowały na cześć papieża. – To miejsce jest dla nas nadzieją, tutaj możemy się uczyć, znaleźć lepszą przyszłość, może nawet rozpoczniemy studia. Twoja wizyta daje nam odwagę na kolejne dni. Dzisiaj jesteśmy pełni radości, ponieważ możemy zobaczyć cię na własne oczy – mówiła Fanomezanjanahara Tsiadino F. Ratsiory, 13-letnia mieszkanka jednej z wiosek.

Tamtego dnia cały świat ujrzał wspólnotę szczęśliwych ludzi, którzy po latach odnaleźli cel w życiu. Pedro Opeka przyznał, że wyciągnięcie ich z ubóstwa było okupione ogromnym trudem. Malgasze potrzebowali czasu, aby zrozumieć, że nie mogą już więcej kłamać i kraść, a posiadanie rodziny wiąże się z wzięciem za nią odpowiedzialności. Zdaniem misjonarza głębokie zmiany w sercu i sposobie myślenia nie dokonują się jednak pod przymusem. – Najlepszym sposobem pomocy biednym jest szanowanie ich, traktowanie jak równych sobie, bez masek, przywilejów, bez żadnej władzy innej niż miłość i szacunek. A miłość pomoże ci wytrwać pomimo rozczarowań, porażek i braku uczciwości, z którymi mamy do czynienia prawie każdego dnia. Mogę powiedzieć, że nie ma magicznej formuły pomocy biednym. W każdym kraju, kulturze i cywilizacji zawsze będą inne gesty, różne podejścia, ale wszystko to musi być podyktowane miłością – podkreślał o. Opeka.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w Akademickim Radiu UL Uniwersytetu Łódzkiego. Współpracował z kwartalnikiem „Fronda Lux”, „Teologią Polityczną Co Miesiąc”, portalami plasterlodzki.pl i bosko.pl. Publikował także w miesięczniku „Koncept”. Interesuje się muzyką i szeroko pojętą kulturą. Jego Obszar specjalizacji to kultura, sprawy społeczno-polityczne, tematyka światopoglądowa, media.

Kontakt:
maciej.kalbarczyk@gosc.pl
Więcej artykułów Macieja Kalbarczyka

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także