Nowy numer 16/2021 Archiwum

Mni si wydaji

„Jedni rodzą się do skrzypiec, inni do munduru. Ja urodziłem się dla piłki” – nie miał wątpliwości urodzony przed stu laty Kazimierz Górski. Mni si wydaji, że wiele jego legendarnych powiedzonek może służyć jako… duchowe wskazówki.

Nie pamiętam tych spotkań. Gdy 6 czerwca 1973 r. ogrywaliśmy 3,5 km od mojego domu Anglię, miałem dwa latka. Nie widziałem też min zdruzgotanych Anglików, którzy 17 października po remisie na Wembley mówili, że „to koniec świata”. Jestem z ery Piechniczka i z wypiekami na twarzy śledziłem mundial w Hiszpanii, skacząc pod sufit (i rozwalając przy tym lampkę nocną), gdy wygrywaliśmy z Peru 5:1. Nuciłem pod nosem: „Uliczkę znam w Barcelonie”, a na boisku wszyscy chcieliśmy być Bońkami…

Dwumecz z Anglią przeszedł do historii i stał się symbolem waleczności. Reprezentacja pokazała charakter. Kazimierz Górski był wówczas jej trenerem od niemal trzech lat. Zadebiutował w Lozannie spotkaniem ze Szwajcarią. Polacy wygrali 4:2. Ponad 5 lat pracy z kadrą wystarczyło, by na piłkarzy w biało-czerwonych koszulkach zaczęto wołać „Orły Górskiego”. Triumf na olimpiadzie w Monachium w 1972 r. (finałowe zwycięstwo z Węgrami), finał igrzysk w Montrealu (1976) i przede wszystkim 3. miejsce na mistrzostwach świata w 1974 r., po meczu w kałużach z gospodarzami turnieju z Republiki Federalnej Niemiec, sprawiły, że pogodna twarz trenera trafiła na czołówki gazet. Nic dziwnego, że po latach okrzyknięto go najlepszym polskim trenerem XX wieku. Bilans 68 oficjalnych meczów? 37 zwycięstw, 12 remisów i 19 porażek.

Tylko we Lwowi

Urodził się przed stu laty 2 marca. „Pochodzę z bardzo religijnej, katolickiej rodziny. W kościele św. Elżbiety zostałem ochrzczony, tam też przyjąłem Pierwszą Komunię i byłem bierzmowany” – opowiadał z rozrzewnieniem, które towarzyszyło mu zawsze, gdy wspominał miasto Szczepcia i Tońcia. Piłkę zaczął kopać jako piętnastolatek w miejscowym RKS-ie (później był zawodnikiem Spartaka i Dynama). Był niski, szybki, zwrotny, nic więc dziwnego, że koledzy z boiska zaczęli nazywać go „Sarenką”. Ksywa przylgnęła na lata. „By grać w klubie, trzeba było przejść badanie. Byłem cherlawy i nie wydmuchałem tyle, ile trzeba w spirometr i ze względu na małą pojemność płuc nie dostałem zgody lekarza na grę w piłkę. Na szczęście dmuchnął za mnie kolega” – opowiadał po latach.

W czasie wojny Górski ciężko pracował w warsztatach kolejowych. Choć jako piłkarz nie musiał iść na front, w 1944 r. zgłosił się do wojska na ochotnika. Z armią dotarł do stolicy i pozostał tu do końca życia. Do 1953 r. grał w Legii. Po zakończeniu kariery piłkarskiej trenował juniorów i młodzików, a dwa lata przed olimpiadą w Monachium został selekcjonerem reprezentacji Polski.

Mieszkał w kamienicy, na której przyczepiona była tabliczka „Zakaz gry w piłkę”. Żył skromniutko. Gdy jego żona poskarżyła się, że w pierwszym lokum, jakie otrzymał w Legii, kapiąca z sufitu woda zalewa łóżko… przesunął je w inny kąt. Nigdy nie zrobił prawa jazdy, a do pracy jeździł autobusem. Usłyszał, jak kiedyś pasażerki szeptały: „To ten znany trener! Pewnie się upił i mu prawo jazdy odebrali”.

Najważniejszy mecz

„Szpilki nie ma gdzie wetknąć. Kibice są wszędzie. Na koronie... Tylko na okolicznych drzewach nie ma kibiców, jako że drzew nie ma. Banaś, proszę państwa! Wspaniale!” – krzyk Jana Ciszewskiego sprawił, że kibice w całej Polsce zerwali się z foteli. W 1973 r. Polacy po raz pierwszy w historii pokonali Lwy Albionu, a Anglicy nazwali Stadion Śląski „kotłem czarownic”. Ciszewski nie przesadzał: choć gigant miał oficjalną pojemność około 47 tys. widzów, kibice stali, gdzie tylko mogli, oblepiając schody i koronę stadionu (rekord padł, gdy Górnik Zabrze grał dekadę wcześniej z Austrią Wiedeń, a mecz obejrzało 110 tys. osób).

„Moim chłopcom ugięły się nogi, gdy ryknął stutysięczny tłum. Polacy zastosowali chóralnym śpiewem perfidną presję psychologiczną” – po meczu trener Alf Ramsey sam nie wiedział, co wygaduje. W czasie przerwy rewanżu na Wembley Górski uspokajał piłkarzy: „Nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wytrzymaliście 45 minut, spróbujcie wytrzymać następne”. Wytrzymali i ruszyli do RFN.

„Niewielu wierzyło w sukces. W listach radzono mi, byśmy nie jechali, bo szkoda pieniędzy” – opowiadał Górski, którego zespół stał się największą niespodzianką mundialu. Po rajdzie Grzegorza Laty wygrał 1:0 z samą Brazylią, a napastnik Stali Mielec został królem strzelców mistrzostw. Po wygranej z Argentyną (3:2), rozgromieniu Haiti (7:0) i pokonaniu Włochów (2:1) prasa zaczęła wynosić trenera pod niebiosa: „Górski nie żąda, by piłkarze trzymali się schematów, chce, by walka była dla nich radością, daje im pole do twórczej improwizacji” – pisano.

„Ludzie mówią: »Miał Pan szczęście, bo trafił na wybitnych piłkarzy«. A ja odpowiadam: »Szczęście to można mieć na loterii, a nie w piłce. Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już nie jest szczęście«” – podsumowywał po latach.

Był słowny, konsekwentny i sprawiedliwy. „Nie miałem sympatii i antypatii. Trener, który wystawia ulubionego zawodnika, robi błąd, działa na swoją niekorzyść” – opowiadał o sobie. Gdy podczas mundialu Adam Musiał spóźnił się 20 minut do pokoju, Górski postanowił wyrzucić go z kadry. „W końcu wybłagaliśmy go, by obrońca został w drużynie, ale za karę nie zagrał w meczu drugiej rundy ze Szwecją” – wspomina Jan Tomaszewski.

Piłka okrągła, a bramki dwie

​Nie, nie otwieram procesu beatyfikacyjnego lwowiaka i nie wpisuję go do „Żywotów świętych” („Normalnie to ja jestem spokojny. Ale są momenty, że człowiek nie wytrzymuje, i wtedy…”), a jednak jestem pewien, że wiele z jego legendarnych już powiedzonek pasuje nie tylko do świata futbolu. Te perełki mogą posłużyć jako duchowe drogowskazy.

„Nigdy nie bałem się przegrać meczu. Trener, który się boi, nie będzie szukał nowych rozwiązań”. Czyż to nie znakomita dewiza o stanięciu w prawdzie, przekraczaniu ograniczeń i śmiałym podejmowaniu odważnych wyzwań?

„Piłka nożna to prosta gra. Nie potrzeba do niej filozofii. Co jest jej istotą? Ktoś powie: gole. Nie. One są tylko celem. Taktyka? Też nie. Ona jest do prowadzenia gry. Dla mnie istotą jest zwycięstwo” albo: „Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa, a czasami remisuje” – mawiał Górski. Oznaką jego pokory było stwierdzenie: „Co do szczegółów to niech się wypowiedzą specjaliści”.

Kościół w Polsce powinien sobie wziąć do serca dewizę: „Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni”. Natura nie znosi próżni. Mam wrażenie, że od kilku lat, w czasie globalnego zmasowanego ataku, zapominając o swej zasadniczej misji (chrześcijaństwo to plan inwazji, nie ewakuacji!), przybraliśmy postawę obrońcy i zamiast głosić „w porę i nie w porę”, zaczęliśmy… bronić wyniku. Przypominamy postawę chłopca do bicia i zapominamy, że „chrześcijaństwo jest marszem życia przez cmentarze świata”. Jasne, jak mawiał pan Kazimierz, „gra się tak, jak przeciwnik pozwala”, ale przecież „dopóki piłka w grze, wszystko może się zdarzyć”.

Na pytanie dziennikarza: „Jak pan sądzi, która drużyna dziś wygra?” Górski odpowiedział: „Ta, która strzeli więcej bramek”, a pytany: „Jak Polacy powinni zagrać po przerwie, by wygrać?”, odparował: „Mni si wydaji, że oni powinni strzelić bramkę”. Genialne! W jego wypowiedziach była też szczypta ironii. Po fatalnym mundialu w Japonii i Korei podsumował grę Polaków: „Skoro było tak dobrze, to dlaczego było tak źle?”.

Szacunek!

„Był papieżem polskiej piłki” – z właściwą sobie fantazją opowiada jego bramkarz Jan Tomaszewski. „Nie chodzi tylko o to, że go bardzo brakuje. Takich ludzi po prostu nie ma. To był fenomenalny człowiek. Mogliśmy traktować go jak starszego przyjaciela, ale każdy z nas wiedział, gdzie jest granica”.

Rozmawiał z każdym. Zapraszano go na pogawędki do więzień. Kiedyś podszedł do niego wytatuowany facet: „Chcę uścisnąć szanowną rękę. Jak pan odnosił sukcesy, ja 15-letni wyrok we Wronkach kiwałem”. Górski spytał: „Jak pan się nazywasz?” „Wołają na mnie Cycek”. „No to, panie Cycku, bardzo proszę, niech pan już nie kiwa, niech pan lepiej na mecze chodzi”. Gdy ktoś zagadał: „Jak wyjdę za 15 lat, nie pomógłby mi pan załapać się do jakiejś drużyny?”, trener zostawił mu numer telefonu: „Jak pan wyjdziesz, coś wykombinujemy”.

„Mimo statusu kultowego nie zmienił się ani na jotę. Niezwykle skromny, ciepły, pełen wiary w człowieka” – wspominał go Andrzej Strejlau.

Przez ostatnie lata chorował na raka. „Myśleliśmy, że i ten mecz wygra” – opowiadał Tomaszewski. „Niestety, grał tak, jak pozwalał przeciwnik...”.

Gdy kilka miesięcy przed śmiercią Górski świętował 85. urodziny, powiedział: „Jestem szczęśliwy, że tak mi w życiu poszło”. Od roku mieszkał sam. Po 60 latach małżeństwa zmarła jego żona Maria. Górski był tak nieśmiały, że na pierwszą randkę umówił się z nią… przez kolegów. „Kazio strasznie był nieśmiały. Wysłał więc pani Marii delegację złożoną z trzech piłkarzy, którzy jej oznajmili, że jeden zawodnik chciałby ją zaprosić na kawę” – śmiał się Edmund Zientara, kolega z boiska.

Zmarł 23 maja 2006 roku. Tuż przed śmiercią powiedział dziennikarzom: „Nie sprawiłem ludziom zawodu, a to najważniejsze”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama