Nowy numer 15/2021 Archiwum

Dopalaczowa hydra

Sprzedawcy stają przed sądem. To jednak nie znaczy, że państwo znalazło sposób na dopalacze.

W Sądzie Okręgowym na warszawskiej Pradze po raz 9. nie rozpoczął się proces Jana S., znanego jako „Predator” lub „Predek” i nazywanego przez media „królem dopalaczy”. S. od stycznia 2020 r. siedzi w areszcie, a wcześniej przez ponad rok się ukrywał, zaś strona jego internetowego sklepu już nie istnieje. Mimo to w sieci łatwo znaleźć reklamy promocji oferowanych przez „Predka” z okazji Bożego Narodzenia 2020 r. i walentynek 2021 r. – To walka z hydrą, której odrastają głowy – mówi o wojnie przeciw dopalaczom Dariusz Loranty ze Środkowoeuropejskiego Instytutu Badań i Analiz Strategicznych, były policjant.

Nowy biznes

Dopalaczami nazwano syntetyczne narkotyki, które pojawiły się w Polsce kilkanaście lat temu. Początkowo nie były zakazane, więc sprzedawano je jawnie w sklepach. Jak mówi prof. Mariusz Jędrzejko, dyrektor naukowy Centrum Profilaktyki Społecznej, pomoc osobom zażywającym takie substancje jest trudniejsza niż w przypadku dotychczas znanych używek. – Istnieją wypracowane metody działania w przypadku np. marihuany – mówi prof. Jędrzejko. – Człowieka, który zażywał amfetaminę, silny narkotyk, można czasem postawić na nogi w ciągu 5–6 miesięcy. Tutaj potrzeba nawet 2 lat.

Także w razie zatrucia lekarzom jest trudniej działać, bo skład wielu specyfików nie jest znany, więc nie wiadomo, czym leczyć pacjenta.

Jan S. to już druga osoba, którą dziennikarze nazwali „królem dopalaczy”. Wcześniej określano tak Dawida B., który został już prawomocnie skazany – w listopadzie zeszłego roku usłyszał wyrok 5 lat pozbawienia wolności. B. stał się twarzą wojny z dopalaczami, ogłoszonej w 2010 r. przez ówczesnego premiera Donalda Tuska. Miał otworzyć w Łodzi swój pierwszy sklep z nowymi używkami w 2008 r., nie mając jeszcze 20 lat. W 2010 r. opowiadał „Expressowi Ilustrowanemu”, że posiada już 105 takich lokali w całym kraju. „Największy (…) ma 160 metrów kwadratowych powierzchni. Są tam m.in. salon gier oraz automaty z jedzeniem i piciem. (…) Każdy mój sklep dziennie odwiedza ponad 1000 osób. W weekendy o pół tysiąca więcej” – chwalił się. Miał zarabiać kilka milionów złotych rocznie i kupić sobie 2 samochody porsche. Jako „bzdury” wyśmiewał stwierdzenia znajomych, że jest tylko słupem, za którym stoi ktoś inny. W tym czasie media donosiły już o zgonach spowodowanych zażywaniem substancji psychoaktywnych sprzedawanych w działających oficjalnie sklepach.

Kanonada obok celu

Tydzień po publikacji wywiadu głośno zrobiło się o poważnym zatruciu 12- i 13-latka. Zaraz potem Donald Tusk zapowiedział walkę „na granicy prawa” ze sprzedawcami dopalaczy. Na podstawie przepisów sanitarnych policjanci i inspektorzy zamknęli w ciągu jednego dnia połowę z 1,6 tys. sklepów, a później resztę. Błyskawicznie przeszła przez Sejm ustawa umożliwiająca nakładanie na sprzedawców kar wynoszących nawet 1 mln zł, i to w trybie administracyjnym, co ułatwia egzekucję. Niedługo potem inspekcja sanitarna zaczęła wydawać zgody na ponowne otwarcie lokali. Właściciele musieli wycofać niektóre produkty. Okazało się jednak, że łatwo jest obejść przepisy. Prawo zakazywało sprzedaży konkretnych substancji, a łatwo było wyprodukować inne, mające podobne działanie. Niektóre samorządy próbowały takich tricków jak remont chodnika, żeby utrudnić wejście do sklepu. Będący twarzą problemu Dawid B. zaczął tracić majątek, ale pozostał na wolności, a problem nie zniknął.

Ostatni najazd

– Były trzy akcje przeciw dopalaczom. Państwo reaguje, kiedy ktoś umrze albo kiedy o sprawie piszą media – mówi Mariusz Jędrzejko.

Druga ofensywa miała miejsce w 2015 roku. Ówczesny rząd ogłosił, że 114 substancji uznawanych wcześniej za dopalacze od teraz będzie zwalczanych tak samo jak narkotyki. „Dziennik Gazeta Prawna” donosił jednak, że ustawa zawierała luki. Nie było np. kary za sprowadzanie takich specyfików z zagranicy. Właścicielowi groziła najwyżej utrata towaru, który bardzo tanio zamawiano w Chinach. W tym samym roku skierowano do sądu akt oskarżenia przeciw Dawidowi B. Śledczy ustalili m.in., że testował on swoje specyfiki na pracownikach, którzy mieli je zażyć i opisać w ankiecie, jak się potem czuli. Jak mówi prof. Jędrzejko, cały dopalaczowy rynek był swego rodzaju doświadczeniem na żywym organizmie, w którym chodziło o znalezienie takiej dawki substancji, by narkotyk nie zabijał, ale jak najszybciej uzależniał. – Nigdy wcześniej dilerzy nie testowali tak masowo na ludziach – tłumaczy ekspert.

Kolejna nowelizacja ustaw nastąpiła w 2018 roku. Ministerstwo Zdrowia donosiło wówczas o 300 zatruciach dopalaczami notowanych co miesiąc. Wprowadzono więc karę 3 lat pozbawienia wolności za posiadanie dużej ilości nowych narkotyków i 12 lat za handel nimi. Przyspieszono też procedurę wciągania nowych substancji na listę środków zakazanych. Wciąż jednak za posiadanie małej ilości na własny użytek grozi tylko grzywna. Latem policja ogłosiła likwidację dwóch ostatnich stacjonarnych sklepów. Znajdowały się one w Kielcach i Ostrowcu Świętokrzyskim. Były wyposażone w piece do zniszczenia towaru w razie nalotu. W grudniu 2019 r. Dawid B. został skazany na 3,5 roku więzienia, a po apelacji usłyszał wyższy wyrok.

Zabić ministra

Z aktu oskarżenia wynika, że Jan S. uruchomił swój biznes w 2014 r. jako 23-latek. Do handlu dopalaczami z pewnością nie pchnęła go bieda – S. jest synem warszawskiego adwokata, który według śledczych pomagał synowi prać pieniądze. „Do marca 2018 roku z samej Holandii przestępcy sprowadzili ponad 800 kilogramów niebezpiecznych substancji, natomiast z Chin zamawiano 100 kilogramów prekursorów [substancji potrzebnych do produkcji – przyp. red.] miesięcznie” – podaje Prokuratura Krajowa. Towar sprzedawano przez internet. Liczba poszkodowanych miała wynieść 16 tys. osób, a obroty sklepu tylko w ciągu 14 miesięcy osiągnęły 17 mln zł. Z wpisów klientów „Predka” na forach internetowych wynika, że sprzedawał on m.in. tzw. maczany, czyli marihuanę z dodatkiem wzmacniających środków chemicznych.

Prawdopodobnie w 2018 r. „Predator” uciekł z kraju. Wpadł w styczniu 2020 r. w rodzinnym Milanówku. Postawiono mu 17 zarzutów, w tym kierowanie grupą przestępczą i wprowadzenie do obrotu ponad 350 kg dopalaczy. Prokuratura zajęła ok. 300 tys. zł należących do oskarżonego, czyli prawdopodobnie niewielką część jego majątku. Razem z Janem S. przed sądem stanęli jego ojciec oraz konkubina, która przez 4 lata miała mu pomagać w przestępczym biznesie.

Posiedzenia już cztery razy zdejmowano z wokandy i pięć razy odraczano. Główny oskarżony przebywa w areszcie, więc musi się stawiać w sądzie, ale zwolnienia lekarskie przedstawiali m.in. jego partnerka oraz obrońca. W normalnych warunkach zwolnienie musi być zweryfikowane przez lekarza sądowego, ale w czasie pandemii nie jest to konieczne. – To taktyka charakterystyczna dla zasobnych ekonomicznie oskarżonych – tłumaczy Dariusz Loranty. – Jednym z celów może być obniżenie wiarygodności świadków, bo co mogą pamiętać po 5 latach?

W zeszłym roku, także z kłopotami, ruszył inny proces Jana S., w którym jest on oskarżony o podżeganie do zabójstwa ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

Wirusoodporni

Choć „Predek” od dawna jest za kratami, jego biznes prawdopodobnie wciąż działa. Wykorzystując domeny internetowe z Holandii lub Czech handlują też konkurenci. Czasem dla uniknięcia odpowiedzialności przedstawiają towar jako odczynniki do wykorzystania w laboratorium i zastrzegają, że nie należy ich spożywać. Internetowemu rynkowi dopalaczy nie szkodzi lockdown. Przeciwnie, problemy emocjonalne spowodowane izolacją wydają się nakręcać popyt. – Młodzi ludzie znoszą pandemię inaczej niż pan i ja. Widać zanik relacji międzyludzkich – wyjaśnia Mariusz Jędrzejko. – Na początku było mniej przypadków narkotykowych, choć więcej anoreksji czy agresji wobec rodziców, ale teraz wszystko wraca ze zdwojoną siłą. W dodatku pandemia zamknęła terapeutów w domach, więc mamy teraz pacjentów na dużo wyższych poziomach zaburzenia.

Wszystko wskazuje więc na to, że wojna z nowymi narkotykami będzie trwać.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama