Nowy numer 15/2021 Archiwum

Morsowanie na krawędzi

W czasach, gdy wszystko musi być „ekstremalne”, niektórym nie wystarcza zwykłe morsowanie. Chcą to robić w górach. Ale eksperci ostrzegają: to wyższa szkoła jazdy, ryzykowna nawet dla osób bardziej doświadczonych w tego typu aktywnościach.

Skąpo ubrani biegają po zaśnieżonych górach, często w trudnych warunkach. Ostatnio coraz częściej media donoszą o kolejnych akcjach ratunkowych, w której GOPR-owcy spieszą na pomoc wyziębionym morsom. Mimo to górskie morsowanie zdobywa w naszym kraju coraz większą popularność. I choć samo hartowanie ciała wydaje się czymś pozytywnym, warto zastanowić się, jakie są jego granice. I czy moda na ekstremalne aktywności w górach nie jest przypadkiem zwyczajnym igraniem z życiem.

Przecenianie sił

Tak było przynajmniej w przypadku grupy turystów, którzy w połowie stycznia, pomimo skrajnych warunków pogodowych, przy prawie 14-stopniowym mrozie wybrali się na Babią Górę ubrani w… buty i szorty. Bez bielizny termicznej, długich spodni, swetrów czy kurtek. Skutek? Jedna z uczestniczek wyprawy o mało nie przypłaciła jej życiem. Do szpitala trafiła z odmrożeniami wszystkich kończyn i w stanie głębokiej hipotermii. Temperatura jej ciała wynosiła 25,9 stopnia Celsjusza.

Jerzy Kapłon, ratownik z Grupy Podhalańskiej GOPR, której członkowie wraz z GOPR Beskidy uczestniczyli w akcji ratunkowej tamtego dnia, mówi, że trend na górskie morsowanie można w Polsce zaobserwować od mniej więcej dwóch, trzech lat. – Obecnie, w związku z pandemią, ludzie są jeszcze bardziej głodni aktywności fizycznej – twierdzi ratownik. – Jest to pewien problem, ponieważ część osób nie dostosowuje wyzwań do swoich możliwości i warunków pogodowych. Trzeba pamiętać, że wędrowanie bez odzieży po górach to nie to samo, co kąpiel w przeręblu dwadzieścia metrów od samochodu. Mamy tu do czynienia z dużymi odległościami i jeśli ktoś przeceni swoje siły, czas potrzebny na dotarcie pomocy może się okazać zbyt długi. Warto przy tym pamiętać, że w tym samym czasie pomocy mogą potrzebować także inne osoby. Jeśli wyruszamy przy pełnym zachmurzeniu, padającym śniegu, problem staje się jeszcze większy. Nie wszyscy też zdają sobie sprawę, że np. na Babiej Górze powyżej granicy lasu bardzo mocno operuje wiatr, przez co organizm wychładza się niezwykle szybko. To stwarza bezpośrednie zagrożenie dla życia uczestnika wyprawy. Osobiście nie polecałbym więc terenów górskich na takie aktywności. A jeśli już to robimy, to najlepiej w pobliżu miejsca pobytu, do którego możemy w każdej chwili wrócić. Zaczynać od krótkich dystansów i z odpowiednim zabezpieczeniem. Nigdy samotnie i nigdy bez awaryjnego kompletu ubrań.

Umiemy powiedzieć „stop”

Osoby, które od lat praktykują górskie morsowanie, twierdzą jednak, że przy odpowiednim przygotowaniu taka aktywność nie musi wcale być aż tak niebezpieczna. W tym samym dniu, gdy podejmowana była akcja ratunkowa, inna grupa, składająca się z osób zrzeszonych w Studiu Treningowym „Spiders” z Dębicy, bez problemów zdobyła szczyt Babiej Góry. Tyle że, jak napisał w oświadczeniu organizator wyprawy Sebastian Pająk, brały w niej udział osoby doświadczone, morsujące od pięciu lat. „Znamy swoje organizmy i potrafimy powiedzieć »stop«, co wczoraj część naszej grupy udowodniła, ubierając się. Byliśmy bardzo dobrze przygotowani, znaliśmy pogodę, kierunek wiatru. Mieliśmy w plecakach potrzebną odzież, jedzenie, termosy, ocieplacze chemiczne w razie potrzeby oraz koce termiczne, na nogach raczki, a w rękach kijki” – czytamy w oświadczeniu. Inaczej było z grupą, która została ewakuowana – o jej niewystarczającym przygotowaniu świadczyły chociażby małe plecaki.

„Nie uważamy się za »niezniszczalnych«, jednak przez odpowiednie zahartowanie (fizyczne i mentalne) nasze organizmy mogą wiele” – napisał Sebastian Pająk. W rozmowie z GN trener z Dębicy dodaje, że bardzo się cieszy z coraz większego zainteresowania tego typu aktywnością. – Wiadomo, że jeśli jakieś zjawisko dotyczy większej grupy, to zdarzają się też wypadki – przyznaje. – Dlatego potrzebna jest edukacja, żeby robić to z głową. Najczęściej popełniany błąd to zbyt wysoko ustawiona poprzeczka. Lepiej wybierać na początek krótsze trasy, prowadzące do miejsc, do których na pewno dojdziemy. I konieczne jest przygotowanie ciała. Bez odpowiedniego treningu taka wyprawa nie ma racji bytu.

Ludzie lodu

Skąd przywędrowała do Polski moda na górskie morsowanie? Spopularyzował je Wim Hof, holenderski poszukiwacz przygód, bijący coraz to nowe rekordy w ekstremalnych konkurencjach, takich jak pływanie pod lodem, bieganie boso po lodzie czy maraton po pustyni bez spożywania płynów. To właśnie Hof w 2017 r. zorganizował pierwsze wejście morsów na Śnieżkę. Holender miał już wówczas na koncie morsowanie na Kilimandżaro, a nawet podobną wspinaczkę na Mount Everest, gdzie z powodu kontuzji stopy dotarł jednak „tylko” na wysokość prawie 7 tys. metrów.

Hof nazywany jest „człowiekiem lodu” ze względu na wyjątkową zdolność kontrolowania temperatury ciała i odporność na ekstremalne zimno. Jak je osiągnął? Podobno jako siedmiolatek zasnął w śniegu podczas budowy igloo. Trafił wówczas do szpitala, doświadczając hipotermii. To miało spowodować, że w życiu nastoletnim zaczął uczyć się kontroli umysłu nad ciałem. Niektórzy twierdzą wprawdzie, że z odpornością na zimno się urodził, ale możliwe jest także, że taką odporność – potencjalnie – nosimy w sobie wszyscy. Zdaniem dr. hab. Sylweriusza Kosińskiego, anestezjologa, specjalisty od hipotermii, a jednocześnie ratownika TOPR, teoretycznie jesteśmy zdolni do funkcjonowania w podobnych warunkach jak ludzie z dalekiej Północy, dla których temperatura minus 30 stopni to codzienność. Chodzi tylko o to, by ten potencjał genetyczny uwolnić. Do tego zaś potrzebny jest długi proces adaptacji i mozolna praca. Dlatego wbieganie w skąpej odzieży na ośnieżony szczyt powinno być poprzedzone przynajmniej kilkuletnią praktyką.

Nieprzewidywalność gór

Wim Hof twierdzi, że kontrolę nad swoim ciałem osiągnął, zgłębiając rozmaite dyscypliny ezoteryczne. Warto na chwilę się nad tym zatrzymać. Nie da się bowiem ukryć, że za fascynacją tego typu wyczynami stoi często jakiś rodzaj duchowości. Angażując się w ekstremalne sporty, należałoby więc zawsze zadać sobie podstawowe pytanie: po co to robię? Czy chodzi mi wyłącznie o hartowanie ciała, poprawę krążenia, zdrową rywalizację, czy o coś jeszcze? Może stoi za tym jakiś rodzaj próżności albo kult ciała? Co chcę sobie albo komuś udowodnić?

Przyda się więc tutaj duchowa ostrożność, ale przede wszystkim zdrowy rozsądek, który każe zadbać o własne zdrowie i nie narażać życia – swojego i cudzego. Piotr van der Coghen, wieloletni naczelnik GOPR i biegły sądowy ds. wypadków górskich i narciarskich, opublikował niedawno na swoim profilu facebookowym wpis, w którym mówi wprost, że morsowanie w górach jest „wyższą szkołą jazdy” dla prawdziwych ekstremalistów. Jego zdaniem taki wyczyn „mogą zaryzykować ludzie z odpowiednim górskim doświadczeniem turystycznym oraz solidnym stażem w »morsowaniu« odbytym w terenie łagodniejszym”. „Wybieranie od razu wysokich szczytów typu Babia Góra, Pilsko, Śnieżka czy Tarnica jest błędem, podyktowanym chyba tylko próżnością własną i dość ryzykowną chęcią zaimponowania innym. Pamiętajmy, że góry są nieprzewidywalne dla osób niedoświadczonych. Ten sam odcinek szlaku turystycznego, którego pokonanie latem zabiera nam 3 godziny, zimą, w zaspach bądź przy oblodzeniu, może wymagać 9, a nawet 12 godzin! Dodatkowo wszechobecny na graniach i grzbietach górskich wiatr, smagając gołą skórę, wychładza ciało w sposób tak błyskawiczny, że możemy nie nastarczyć rekompensowania strat ciepła nawet forsownym marszem. Jeśli do trudnych warunków panujących i tak zimą w górach dołożą się niestabilne warunki atmosferyczne, skoki ciśnienia, a także możliwe objawienie się u nas chorób, o których nie mieliśmy pojęcia, to możemy bardzo realnie zbliżyć się do krawędzi, zza której już nie ma powrotu do świata żywych” – napisał Piotr van der Coghen. Niech ten głos doświadczonego ratownika będzie dla zbyt pochopnych amatorów górskiego morsowania przestrogą. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama