Nowy numer 15/2021 Archiwum

Niepłodni

Gdy świat nazywa płodność „piekłem kobiet”, oni marzą, żeby móc przytulić chociaż jedno maleństwo. Niepłodne małżeństwa tęsknią i cierpią. Są ich miliony.

Ania i Piotr z Opolszczyzny pobrali się w 2007 roku. Gdy przez trzy lata nie było dziecka, zaczęli się niepokoić. Porobili badania, a lekarze doradzili procedurę in vitro. Dla nich było to nie do przyjęcia. Poprosili o radę zaprzyjaźnionych zakonników. Otrzymali informację, że w Krakowie są dwudniowe rekolekcje dla małżeństw z problemem niepłodności, prowadzone przez duszpasterstwo Abraham i Sara. Pojechali. Spotkali tam pary z całej Polski, a przy okazji poznali ks. Kazimierza Musioła z archidiecezji katowickiej, który od niedawna prowadził podobne duszpasterstwo w Siemianowicach-Michałkowicach. Mieli bliżej, więc zaczęli jeździć na comiesięczne spotkania. Msza z kazaniem, modlitwa przed wystawionym Najświętszym Sakramentem i indywidualne błogosławieństwo, wreszcie rozmowa przy kawie i ciastku – to wszystko zaczęło ich odbudowywać. Kontakt z ludźmi zmagającymi się z podobnymi problemami jak oni okazywał się leczący. Co więcej, okazało się, że duszpasterstwo współpracuje także ze specjalistami świadczącymi konkretną pomoc. Jednym z nich była lekarz ginekolog s. Augustyna Milej, boromeuszka przebywająca wtedy właśnie w Siemianowicach. Na spotkaniach duszpasterstwa zawsze była oblegana, tym bardziej że zrobiła specjalizację z naprotechnologii. – To jest leczenie indywidualne, pod danego pacjenta – mówi z uznaniem Piotr. Porozmawiali z s. Augustyną. Ujęło ich to, że zakonnica jest konkretna i nie owija w bawełnę. Umówili się na leczenie i zaczęli regularnie jeździć do Siemianowic, a później do Żor, gdzie został przeniesiony ks. Kazimierz. W tym samym czasie do klasztoru w Żorach władze zgromadzenia przeniosły… siostrę Augustynę. Mogła więc w dalszym ciągu uczestniczyć w spotkaniach duszpasterstwa.

Po badaniach okazało się, że u Ani widoki na dziecko są marne. Ale duszpasterstwo oferuje pomoc także w „beznadziejnych” przypadkach, bo najwięcej przecież ma tam do powiedzenia Bóg. Małżonkowie więc, wypełniając lekarskie wskazówki, uchwycili się nadziei płynącej z Boga. – Na spotkaniach duszpasterstwa i na rekolekcjach było się przed Kim wypłakać – mówi Piotr, nawiązując do modlitwy przed Jezusem Eucharystycznym.

10 lat po ślubie Ania zaszła w ciążę. Franek urodził się w 2016 r. Szczęśliwi rodzice są przekonani, że wmieszał się tam element nadprzyrodzony, bo po ludzku nie było za bardzo szans. – Ci, którzy się załamują, niech wiedzą, że jest sens czekać – zapewnia Piotr.

Byliśmy u siebie

Magdalena i Marcin z Katowic są świeżo upieczonymi rodzicami. Tymoteusz urodził się w połowie lutego. – To jest zwieńczenie naszej trzyletniej walki – śmieje się Marcin.

– Ta walka dotyka dosłownie wszystkich sfer życia. Nie pozostaje też bez wpływu na wiarę, człowiek szamocze się między zaufaniem Panu Bogu a zwątpieniem, czy On jeszcze o nas pamięta – mówi Magda.

Oni także usłyszeli propozycję procedury in vitro. I także dla nich było to wykluczone. Wtedy odczuli, jak bardzo są w swoich zmaganiach osamotnieni. – Często brakuje zwykłego ludzkiego wsparcia. Brakuje osób, które mają podobny światopogląd. Bo nawet u lekarzy trzeba się tłumaczyć, dlaczego my nie chcemy in vitro. Pytają: „Więc jak wy chcecie mieć dziecko?” – wspomina Magdalena.

– Wtedy już samo istnienie grupy ludzi, którzy myślą podobnie jak my, mają podobne priorytety i podobnie wierzą, jest bardzo ważne. Świadomi tego, szukaliśmy odpowiednich rekolekcji. Okazało się, że są takie: Droga Nadziei w Koniakowie. Pojechaliśmy. To była jesień 2017 roku. Pierwsze, co nas uderzyło, to atmosfera jak w rodzinie. Byliśmy wśród swoich – opowiada Marcin.

Małżonkowie podkreślają też znaczenie duchowego wymiaru tych rekolekcji. – Każde małżeństwo miało Pana Jezusa na godzinę dla siebie. Klęcząc przed Najświętszym Sakramentem mogliśmy Mu wszystko oddać. To był ważny element wychodzenia z kryzysu, bo niepłodność duchowo rozwala. A tu czuliśmy się stuprocentowo akceptowani – zauważa Magda. – Cenna była też spowiedź. Niektórzy odbywali ją pierwszy raz po kilku latach, bo przeżywanie niepłodności oddaliło ich od Kościoła – dopowiada mąż. Oboje są zdania, że wobec tak poważnego problemu społecznego, jakim jest niepłodność, stanowczo za mała jest oferta duszpasterska.

Jedna z dróg

Dorota i Paweł z Zabrza są pięć lat małżeństwem, od trzech lat w duszpasterstwie. Także oni podkreślają, że bez udziału w Drodze Nadziei byłoby im bardzo ciężko. Rok temu rozpoczęli procedurę adopcyjną. – Dojrzeliśmy do tego, mając nadzieję, że być może nas do tego Pan Bóg powołuje – mówi Paweł. Dodaje, że wpływ na podjęcie decyzji miały rozmowy z innymi małżeństwami z duszpasterstwa. – Takie rozmowy, szczególnie na corocznych rekolekcjach, gdy jest więcej czasu, otwierają oczy i pokazują różne ścieżki spełniania się jako rodzice. Jest wielka potrzeba kontaktów z ludźmi mającymi podobne problemy i z tego powodu znającymi się na tej tematyce – stwierdza. Wskazuje też na kluczową rolę duszpasterza, który z wielką delikatnością kieruje tymi spotkaniami.

To nas zbliżyło

Weronika i Jacek są małżeństwem ponad 11 lat, ale nie mają dzieci. Ból, rozterki, poczucie, że coś z nimi jest nie tak, bo „wszyscy” mają dzieci, a oni nie. I żal do Pana Boga. Wreszcie trafili na lekarza specjalizującego się w naprotechnologii. On zajął się nimi od strony medycznej, ale doradził też uczestnictwo w spotkaniach Drogi Nadziei. A oni bardzo potrzebowali nadziei, więc poszli tam i wzięli udział w rekolekcjach. – To wiele nam dało. Zobaczyliśmy z żoną, że nie jesteśmy sami. Spotkaliśmy ludzi, którzy przeżywają podobne do naszych problemy. Uświadomiliśmy sobie, że takich osób jest mnóstwo – mówi Jacek. Zapewnia, że w duszpasterstwie odkrył znaczenie i wartość zaufania Bogu. – Zbliżyliśmy się do Boga. Te rekolekcje pokazały nam, że On jest z nami cały czas, również w tej trudnej sytuacji. Problemy, które nas dotknęły, spowodowały, że nasze małżeństwo zaczęło się cementować. Uświadomiliśmy sobie, że razem niesiemy ten ciężar. Że to nie jest tak, że jedno z nas jest chore i nie może mieć dzieci, tylko że my razem nie możemy mieć dzieci. To nam dopiero pokazało duszpasterstwo – podkreśla.

Od tego momentu wiele się zmieniło. – Zaczęliśmy wspólnie się modlić. Mam takie odczucie, że nasz sakrament małżeństwa nabrał dodatkowej mocy – zauważa. Zastrzega, że to nie skasowało wszystkich problemów. – Dalej upadamy, ale teraz wołamy: „Jezu, ratuj”. I teraz kryzysy szybciej mijają – zaznacza. – Czasem nachodzą człowieka myśli: po co ja się modlę, przecież Ty dobrze wiesz, Panie Boże, czego pragniemy. Ale to chyba my tak naprawdę tej modlitwy potrzebujemy, a nie Pan Bóg. Czujemy potrzebę, by się przed Nim wypłakać, powiedzieć: „Boże, ciągle nie ma tego, o co się tak modlimy”. Bo ciągle mamy nadzieję, że może się jeszcze uda, że w Bożym planie jest to, żebyśmy jednak mieli dzieci. Ale przyjęliśmy Jezusa jako swojego Pana, więc choć serce się buntuje, jesteśmy otwarci na każdą wolę Bożą. I tylko po cichu dodajemy: „Ale fajnie by było, Boże, gdybyśmy jednak byli rodzicami” – mówi Jacek.

Wtóruje mu żona. Przyznaje, że na początku cierpienie z powodu straty i braku potomstwa oddalało ich od siebie. W niej też były bunt i pretensje do Boga. I także dla niej wielką pomocą okazał się udział w spotkaniach duszpasterstwa. – Wiele dało nam też poczucie wspólnoty – rozmowy, wspólne spędzanie czasu… Nawiązały się również więzy przyjaźni z innymi małżeństwami. Powiedziałabym, że to takie szczęście w nieszczęściu. Bo taka wspólnota pomaga. Ja się wstydziłam, nie chciałam nikomu o tym mówić, ale teraz wiem, że trzeba mówić. To bardzo pomaga – przekonuje Weronika.

Światełko

Duszpasterstwo Droga Nadziei jest ważne także dla s. Augustyny Milej, która prawie od początku angażuje się w jego działalność jako lekarz ginekolog. – Ja w 2010 r. skończyłam kurs z naprotechnologii i zaczęłam związaną z tym działalność. Ale nosiłam też w sercu mocne pragnienie, żeby to było jakoś powiązane z duchowością. Więc gdy dowiedziałam się, że jest Msza dla małżeństw starających się o potomstwo, pojechałam tam, żeby zobaczyć, co to jest. Zobaczyłam i zostałam – uśmiecha się zakonnica. Ważną inspiracją było dla niej nieco wcześniejsze zdarzenie. Kiedy zdawała egzamin z naprotechnologii, do Lublina, bo tam kurs był organizowany, przyjechali prof. Hilgers i dr Phil Boyle z Irlandii. – I dr Boyle powiedział przy naszym stoliku, że w poniedziałek i wtorek pracuje, środa jest dla niego dniem modlitwy za pacjentki, w czwartek i piątek pracuje, a sobota i niedziela dla rodziny. Kiedy to usłyszałam, nie dało mi to spokoju. Myślałam: „Panie Jezu, ja w klasztorze kombinuję, kiedy się pomodlić, bo tylko robota i robota, a tu człowiek świecki, lekarz, który ma mnóstwo pracy, cały dzień modli się za pacjentki”. I wewnętrznie nosiłam pragnienie, żeby to jakoś rozwiązać. To było jedno ze światełek, że tu coś może się zdarzyć dobrego. Odtąd w przychodni czy szpitalu spotykałam się z pacjentami zawodowo, a potem modliliśmy się w tej sprawie w duszpasterstwie – wspomina s. Augustyna.

Upomniał się

Ksiądz Kazimierz Musioł, duszpasterz Drogi Nadziei, już w seminarium nosił pragnienie zaangażowania się w pomoc małżeństwom cierpiącym z powodu braku potomstwa. – Moja siostra z mężem mieli taki problem. I widziałem, jak to jest trudne. Obserwowałem ich walkę. I uświadomiłem sobie, że w tę przestrzeń trzeba wpuścić Pana Boga. Bo niepłodni małżonkowie, słysząc, że dzieci są błogosławieństwem, często mają poczucie, że Bóg ich karze – mówi kapłan. Gdy był w swojej pierwszej parafii w Michałkowicach, ni stąd, ni zowąd przyszli do proboszcza małżonkowie z pytaniem, czy można odprawić Mszę dla niepłodnych małżeństw. Okazało się, że oni mieli kontakt z krakowskim duszpasterstwem Abraham i Sara i pytali, czy coś podobnego można by zrobić w parafii. – Gdy proboszcz mi o tym powiedział, we mnie się wszystko pootwierało: No jasne! I zobaczyłem, że Bóg sam się o to upomniał – cieszy się.

Bóg w dalszym ciągu się upomina. Chce przychodzić z pomocą tym, którzy się źle mają. A niepłodne małżeństwa mają się źle. I trzeba wyjść im z pomocą.

* * * * *

Szczegóły dla zainteresowanych duszpasterstwem niepłodnych małżeństw: droganadziei.pl, abrahamisara.pl

* * * * *

Problem coraz większy

Niepłodność jest nasilającym się problemem społecznym. Zjawisko to zostało zakwalifikowane przez WHO jako choroba cywilizacyjna. Obecnie w całej Europie cierpi z tego powodu około 30 mln osób – więcej w Europie Zachodniej niż Wschodniej. O niepłodności mówi się, gdy po roku systematycznego współżycia nie dochodzi do poczęcia dziecka. W Polsce dotyczy to prawie 20 procent par.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama