Nowy numer 24/2021 Archiwum

Planeta Mjanma

Z jakiegoś powodu ludzkość więcej wie o lotach na Księżyc i warunkach panujących na Marsie niż o Birmie wciśniętej „gdzieś tam” między Chinami, Tajlandią i Bangladeszem. O ile jednak ani na Księżycu, ani na Marsie nic specjalnego się nie dzieje, w Birmie dzieje się aż nadto. I to jest dopiero kosmos.

Problem z rozpoznawalnością tego kraju, w porównaniu nawet z planetami Układu Słonecznego, zaczyna się już na etapie nazwy. O ile jeszcze Birma obiła się ludziom o uszy, o tyle Mjanma wydaje się nazwą zupełnie z innej galaktyki. Wynika to oczywiście ze złożonej historii tego państwa, które po czasach kolonialnych odziedziczyło nazwę Birma i pod nią jest głównie kojarzone w świecie, podczas gdy sami „Birmańczycy” używali i używają do dziś nazwy Mjanma (co oznacza mniej więcej „kraj silnych jeźdźców”). Tę nazwę do użytku przywróciła armia dopiero u progu lat 90. XX wieku, po dekadach funkcjonowania jeszcze pokolonialnej Birmy. W praktyce międzynarodowej używa się zamiennie obu nazw.

Kłopoty z nazewnictwem mogą wydawać się akurat najmniejszym zmartwieniem mieszkańców tego kraju, w którym jeszcze niedawno aż dwie trzecie ludności żyło poniżej granicy ubóstwa za sprawą wyniszczającej polityki junty, a właściwie jednoosobowych rządów generała. Teraz, po 5 latach próby demokratyzacji i odnowy życia gospodarczego, wojsko ponownie przejęło rządy, odsuwając od władzy zwycięzców niedawnych wyborów parlamentarnych. Jeśli jednak chcemy spróbować zrozumieć to, co dzieje się obecnie w Mjanmie, musimy na wstępie porzucić przywiązanie do naszego rozumienia takich pojęć jak „demokratyzacja” i „rządy prawa”. Cokolwiek dzieje się w Birmie, nie dzieje się bez woli wojska. Również wtedy, gdy zostaje ono „odsunięte” od władzy.

Skok na kasę?

Gdy na początku lutego świat obiegła wiadomość o wojskowym zamachu stanu, dominował właśnie taki przekaz: generałowie zdławili kiełkującą demokrację. Tej narracji sprzyjały takie fakty jak nieuznanie przez armię wyniku wyborów parlamentarnych i aresztowanie jedynej rozpoznawalnej w świecie birmańskiej twarzy, czyli Aung San Suu Kyi, pokojowej noblistki, znanej z tego, że 15 lat spędziła w areszcie domowym, a do momentu nowego puczu wojskowego pełniła funkcję premiera kraju.

Przypomniałem sobie wówczas słowa Michała Lubiny, jednego z niewielu w Polsce znawców specyfiki tego regionu świata, który w swojej książce „Birma” napisał: „Opisując i doceniając głębokość reform birmańskiej odwilży, należy jednak nieustannie pamiętać, że to armia je rozpoczęła, ona je przeprowadza i będą one trwały tak długo, dopóki armii będzie to odpowiadać”. Wydarzenia sprzed paru tygodni w brutalny sposób potwierdziły tę prawdę. I w takiej perspektywie należy umieścić to, co obecnie dzieje się na „planecie Mjanma”. Najwidoczniej generałowie uznali, że 5 lat pozornej demokratyzacji to wystarczająco dużo, by odzyskać zaufanie międzynarodowych instytucji, i najwyższy czas wrócić do status quo. Nie jest chyba przypadkiem, że do puczu doszło dosłownie chwilę po tym, gdy na rządowe konta wpłynęło 350 mln dolarów pomocy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kto jak kto, ale birmańska armia wie, jak „właściwie” je zagospodarować.

Raj generałów

Musimy pamiętać, że mówimy ciągle o jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Nawet sąsiedni Laos wydaje się oazą przy nędzy Birmańczyków, która dotyka zarówno sferę kultury i moralności, jak również polityki i gospodarki. Trudno właściwie zrozumieć, jak to możliwe, że jeden z najzasobniejszych w bogactwa naturalne i kulturalne krajów azjatyckich całkowicie wypadł z orbity cywilizacji. Gdy 10 lat temu z aresztu domowego zwolniono Aung San Suu Kyi, wydawało się, że to sygnały odwilży i nowego otwarcia. Teraz, gdy pani premier ponownie została aresztowana, aktualne stały się słowa jej ojca i twórcy birmańskiej niepodległości, gen. Aung Sana, który w 1946 roku pytał: „Jak długo trwają narodowi bohaterowie?” i odpowiadał sam sobie: „W tym kraju niezbyt długo, trzy lata to maksimum, nie daję sobie więcej niż 18 miesięcy życia”. Niewiele się pomylił, bo półtora roku później zginął w zamachu. O zlecenie zabójstwa oskarżono byłego premiera, choć niektórzy szukali inspiracji nawet w Wielkiej Brytanii. Tropem wskazującym miały być słowa Churchilla, który Aung Sana nazywał publicznie „zdradzieckim przywódcą rebeliantów”. Ale nigdy nie znaleziono wystarczających dowodów potwierdzających zlecenie z Londynu.

Kolejny premier chciał połączyć birmańską, buddyjską tradycję z socjalizmem i jednocześnie otwarciem na świat, z przeszczepieniem konstytucji USA włącznie. W tym czasie jednak wojsko wyrastało na samodzielną siłę polityczną. Już w 1958 roku armia wraz z policją otoczyła ówczesną stolicę – Rangun. Wtedy jednak gen. Ne Win stworzył tylko rząd tymczasowy. Do realnego zamachu stanu doszło cztery lata później. Główną przyczyną były plany premiera dotyczące nadania niepodległości niektórym nacjom wchodzącym w skład unii birmańskiej. Generał Ne Win, dążący do całkowitej birmanizacji federacji, stał się władcą absolutnym. Autorska wersja socjalizmu wojskowych rządców polegała nie tylko na wypowiedzeniu wojny wszystkim mniejszościom narodowym i likwidacji najważniejszych instytucji państwowych, ale również na zerwaniu wszelkich związków ze światem zewnętrznym. Junta wygoniła z kraju zagranicznych misjonarzy i przedsiębiorców. Przewrót nastąpił też w sferze społeczno-kulturalnej. Dekrety zakazywały m.in. wyścigów konnych, pokazów mody, konkursów pieśni i tańca. Całkowita nacjonalizacja handlu zagranicznego i prywatnej przedsiębiorczości doprowadziła do ucieczki wszystkich zagranicznych inwestorów, a nawet firm lotniczych. W całkowitej izolacji od świata rodził się „nowy wspaniały świat”.

Gra noblistką

Koniec lat 80. doprowadził jednak do upadku gen. Ne Wina. Skrajna nędza mieszkańców, efekt socjalistycznej grabieży, doprowadziła do masowych protestów, krwawo stłumionych przez wojsko. Ne Win musiał odejść, bo nowa ekipa we wrześniu 1988 r. dokonała zamachu stanu. Ale to wojsko nadal trzymało stery. Generałowie zgodzili się jednak przeprowadzić później demokratyczne wybory, licząc na masowe poparcie. Kiedy okazało się, że większość Birmańczyków zagłosowała na opozycję, władze unieważniły wyniki wyborów, a opozycjonistów powsadzano do więzień. W areszcie domowym znalazła się m.in. córka Aung Sana. Dokładnie ta sama sytuacja miała miejsce teraz – wprawdzie od paru lat pełniła urząd premiera, a teraz jej środowisko polityczne wygrało wybory miażdżącą większością głosów (ponad 70 proc.), jednak armia uznała, że wybory zostały sfałszowane, i ponownie aresztowała liderkę demokratycznych przemian. Można odnieść wrażenie, że wcześniejsze otwarcie na świat i dopuszczenie jej do władzy było grą, którą prowadzili generałowie po to, by uzyskać pomoc międzynarodową i zachęcić do inwestycji zagranicznych. Było też drugie dno tego procesu: od dłuższego czasu Birma pozostaje praktycznie pod nieformalnym protektoratem Chin, a ciepłe sygnały w stronę Zachodu mogły być podyktowane chęcią wykręcenia się z tej „przyjaźni”. Niewykluczone zatem, że ponowne przejęcie władzy przez generałów to wyniki jakichś silnych nacisków z Pekinu.

Legenda chodzi po ziemi

Trzeba przyznać, że zagadką pozostaje sama postać Aung San Suu Kyi i jej faktyczna rola w tej skomplikowanej grze. Na Zachodzie utrwalił się obraz pani Suu Kyi jako działaczki praw człowieka, walczącej o demokratyzację Birmy. Michał Lubina zauważa, że wszyscy, którzy okrzyknęli Suu Kyi nieomal świętą, „współczesną Joanną d’Arc”, „nowym Gandhim”, a nawet „sumieniem świata”, gorszą się, gdy mówi się o niej po prostu jako o polityku, uznając to wręcz za obrazoburstwo. Tymczasem to przede wszystkim polityk z krwi i kości. Przez 15 była pozbawiona wpływu na realną politykę, ale później nagle została do niej dopuszczona przez generałów. Autor „Birmy” słusznie zauważa, że Suu Kyi perfekcyjnie opanowała wszystkie cechy trybuna ludowego, ale łączy je ze sprawnością polityczną. „Chłodniejsze spojrzenie na jej wypowiedzi pokazuje, że Suu Kyi często ucieka od pytań oraz prezentuje pokaźną dawkę populizmu”. Nie jest to krytyka, tylko próba bardziej trzeźwego spojrzenia na „legendarną” postać. Trzeba dodać, że objęła urząd premiera, zgadzając się jednocześnie na warunki armii, która zagwarantowała sobie pozostawienie w swoich rękach tzw. resortów siłowych, czyli odpowiedników naszych ministerstw obrony i spraw wewnętrznych. W praktyce oznacza to nieustanną groźbę interwencji, gdyby reformy szły za daleko w ocenie junty, to znaczy naruszały jej interesy. To dlatego teraz tak sprawnie poszło z kolejnym puczem. Suu Kyi jest rasowym politykiem także ze względu na kompromisy, na które musiała iść w takim układzie. Przeciwnicy zarzucają jej zresztą o wiele poważniejsze sprawy: powraca pytanie o jej odpowiedzialność za nawoływanie Zachodu do nałożenia przed laty sankcji na Birmę, które doprowadziły społeczeństwo do jeszcze większej biedy. Nie zaszkodziło to jej popularności w społeczeństwie. Obecne aresztowanie i odsunięcie od władzy z pewnością tę popularność podbuduje. Co z pewnością znowu wykorzysta przy najbliższej okazji – to znaczy wtedy, gdy znowu będzie potrzebna generałom.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także