Nowy numer 3/2021 Archiwum

Bóg przezwycięża dystans

Trudny to był rok. Pandemia napełniła nas lękiem, samotnością, cierpieniem i śmiercią. Wciąż słyszymy o dystansie społecznym. A Boże Narodzenie to święto BLISKOŚCI! Bóg pokonał dystans między niebem a ziemią, aby być Bogiem z nami w każdym czasie. Także w czasie zarazy.

Boże Narodzenie to świętowanie prawdy o Bogu bliskim człowiekowi. W małym Betlejem wydarzyło się coś, co zmieniło bieg historii. Bóg dotknął ziemi, wszedł w ludzki czas, stał się jednym z nas. W betlejemską noc rozpoczęła się nowa era historii. Rozpoczęła się obecność Boga, która jest światłem rozpraszającym mroki zła. To światło przynosi ludziom przebaczenie, nadzieję, wolność. To światło niosą chrześcijanie przez kolejne pokolenia od ponad 2000 lat, choć wciąż nie brak tych, którzy chcieliby je zagasić.

Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Słowo staje się ciałem w nas, gdy odrywamy się od swojego egoizmu i pychy, gdy pozwalamy zwyciężać dobru, gdy nie dajemy się złamać złu, gdy mówimy Bogu, jak Maryja, swoje TAK. Od narodzin Jezusa zaczęliśmy liczyć na nowo lata ziemskiej historii. To wymowny znak. Każdy kalendarz w ten sposób przypomina nam o tym, że Jezus stał się nową miarą czasu, miarą człowieczeństwa. Szkoda, że tak rzadko używamy tego pięknego wyrażenia „Anno Domini”, czyli „w roku Pańskim”. Od 2020 lat cokolwiek dzieje się w życiu człowieka i świata, dobrego lub złego, dzieje się w roku Pańskim, czyli między pierwszym a drugim przyjściem Jezusa. Historia ludzkości jest historią zbawienia.

Klucz do dziejów Izraela…

Tydzień przed Wigilią, gdy zaczynała się druga część Adwentu, czytaliśmy w liturgii słowa rodowód Jezusa w wersji św. Mateusza (1,1-17). Ewangelista rozpoczyna spis przodków Jezusa od Abrahama, a kończy na św. Józefie. Jaki jest sens tej genealogii? Co nam chce powiedzieć św. Mateusz?

Szczególne znaczenie na tej liście mają dwa imiona: Abraham i Dawid. To Abraham dał początek narodowi żydowskiemu i stał się biblijnym wzorem wiary. W jego historii działał Bóg. To On kazał mu opuścić rodzinne strony i iść do Ziemi Obiecanej, obiecał mu także syna. Abraham zestarzał się w oczekiwaniu na spełnienie się tej obietnicy. Był Bożym wędrowcem ku przyszłości, był mężem nadziei. Spodziewał się wiele po Bogu, ufał Mu bez względu na wszystko. Nadzieja Abrahama wykraczała poza jego życie. Boże obietnice trwały w historii kolejnych pokoleń Izraela. Król Dawid był szczególnym Bożym wybrańcem. Jego królowanie było zapowiedzią doskonałego króla, który obejmie kiedyś jego tron. Historia narodu wybranego, naznaczona zarówno wiarą i nadzieją, jak i grzechem, zmierzała do Chrystusa. To chce nam powiedzieć Mateusz. Bóg, stając się człowiekiem, zanurza się w nurt historii narodu wybranego. Jako człowiek Jezus jest dziedzicem określonej historii, tradycji, jako Mesjasz jest spełnieniem nadziei niesionej przez religię Izraela. Jezus bierze na siebie zarówno to, co w historii żydowskiej było królewskie i szlachetne, jak i to, co było małe, grzeszne, głupie czy podłe. Dopiero z perspektywy Jezusa rozumiemy dobrze przeszłość wiary Izraela, widzimy, ku czemu, a właściwie ku Komu to wszystko zmierzało od czasów Abrahama. Jezus jest kluczem do historii Izraela.

…i do naszej historii

Tak, Chrystus jest także kluczem do historii świata i do mojej osobistej biografii. Jest Alfą i Omegą tej historii. Nasze życie rozgrywa się między pierwszym, historycznym przyjściem Syna Bożego na ziemię a Jego drugim przyjściem na końcu dziejów. Życiorys każdego z nas nie jest grą przypadków czy ślepym losem. Są w naszych biografiach momenty piękne, wzniosłe, szlachetne. Są chwile naznaczone upadkiem, które chętnie usunęlibyśmy z życiorysu. TVN dałby radę zrobić o każdym z nas kompromitujący reportaż. A tymczasem Bóg pisze historię zbawienia, pisze prosto po naszych krzywych liniach. Znaczenie wydarzeń widać dopiero wtedy, gdy patrzymy na nie z dystansu, a dokładnie z perspektywy Chrystusa. Nieraz dopiero po latach rozumiemy to, co nam się przydarzyło, i dostrzegamy Bożą obecność także w chwilach największych ciemności. Życie człowieka jest otwarte na spełnienie w Bogu, jest wielkim wołaniem o Chrystusa. Człowiek i Bóg mają stać się jedno, tak jak w Chrystusie. ON jest punktem Omega, czyli kresem czasu.

Odnieśmy tę myśl bardzo osobiście do siebie. Jezus jest kluczem do mojej historii. Bóg, stając się człowiekiem, zjednoczył się jakoś także z moją biografią. Nie muszę szukać Go w zaświatach, ale w zdarzeniach mojego życia. Chrystus zanurzył się w mojej historii jak w Jordanie, aby otworzyć nade mną niebo i pokazać, dokąd płynie nurt mojego życia. Od chwili chrztu jestem włączony w Jezusa; wszystko, co mnie spotyka, mogę przeżywać w blasku Jego miłości i Jego prawdy. On jest światłem dla wszystkich wydarzeń – i tych wielkich, przełomowych, i tych całkiem zwyczajnych, chwil dobrych i złych. Jest światłem na godzinę śmierci. Jest kluczem otwierającym drzwi do dalszego ciągu. Człowieka nie da się zrozumieć bez Chrystusa.

Bóg podatny na wirusy

W opowieści św. Łukasza o narodzinach Jezusa pojawia się motyw drzwi zamkniętych przed Rodziną z Nazaretu. Mieszkańcy Betlejem trzymali dystans. Przypominają się też apostołowie, którzy z lęku przed śmiercią zabarykadowali się w Wieczerniku. My też jesteśmy dziś mocno pozamykani. Koronawirus i epidemia lęku z tym związana uderzyły mocno w jeden z najczulszych punktów ludzkich relacji. Założyliśmy maski i patrzymy na siebie jak na potencjalnych nosicieli wirusa. Unikamy bliskości, bo stanowi zagrożenie. Nie podajemy sobie dłoni, nie widzimy swoich uśmiechów, nie przytulamy się serdecznie. Nie chodzi mi o kwestionowanie zasadności epidemicznych przepisów, ale o to, że jednym ze skutków tego wszystkiego stała się narastająca samotność. A człowiek potrzebuje bliskości, relacji, ciepła, dotyku. Jesteśmy z miłości stworzeni i do miłości powołani. Nie da się na dłuższą metę żyć w dystansie do ludzi, a tym bardziej do Boga.

Boże Narodzenie jest świętem bliskości Boga i ludzi. Bóg pokonał dystans dzielący niebo i ziemię, aby być blisko nas, aby być Bogiem z nami. To dlatego świąteczne tradycje mają w sobie tak wiele ciepła, bliskości, serdeczności, przebaczenia. Łamiemy się opłatkiem na znak tego, że dzielimy wspólny los, że dzielimy się swoimi radościami i troskami. Ale pierwszy jest Bóg. On dzieli z nami nasz los. Jest bliżej nas niż my sami siebie. Dla nas i dla naszego zbawienia stał się człowiekiem podatnym na śmierć. Miał ciało, jadł, pił, spał, cierpiał, pocił się, krwawił. A czy mógł zarazić się np. koronawirusem? Zapytałem o to dzieci na Roratach. Kręciły głową, że nie. Niemożliwe. Czy na pewno? Parę lat temu ukazała się książka – wywiad z ks. prof. Dariuszem Kowalczykiem pod tytułem „Czy Jezus mógł się przeziębić?”. Odpowiedź teologa na tytułowe pytanie brzmi: „Mógł, bo choć był prawdziwym Bogiem, to był także prawdziwym człowiekiem, a nie jedynie Bogiem, który założył człowieczą maskę, by się nam w takim przebraniu pokazać. Człowiek, który żyje na ziemi, może wpaść do rwącej rzeki i się utopić lub zapaść na śmiertelną chorobę. (…) Jeśli ciało Chrystusa od narodzenia miałoby jakieś specjalne właściwości, dzięki którym żadne choroby by się Go nie imały, to czy byłoby ono rzeczywiście ludzkim ciałem? W pierwszych wiekach istniała herezja zwana doketyzmem (gr. dokein – wydawać się). Głosiła ona, że tym, którzy spotkali Jezusa, tylko się wydawało, że mają do czynienia z człowiekiem, bo tak naprawdę nie miał on rzeczywistego, fizycznego ciała. Był pozornie człowiekiem, pozornie też umarł i cierpiał na krzyżu. Kościół potępił takie koncepcje jako całkowicie niezgodne z wiarą chrześcijańską. W Liście do Hebrajczyków znajdujemy ważne zdanie: »Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu« (4,15)”.

Kolęda jako antywirus

Z tej prawdy płynie dla naszego „zawirusowanego” czasu ogromna nadzieja. Bóg stał się kimś małym, słabym, bezbronnym, aby nas, małych, słabych, bezbronnych, umocnić swoją obecnością. Przyniósł nam miłość, która wytrzyma wszystkie próby. Cud Betlejem powtarza się wszędzie tam, gdzie ludzie przebaczają sobie nawzajem, gdzie wierzą, modlą się, czynią dobro, pokonują zło i ufają mocno Bogu. ON sam przychodzi i rodzi się na nowo w nas. To jest najważniejsza szczepionka przeciwko samotności, lękom, beznadziei, śmierci. Jej skuteczność potwierdzają święci, czyli ci, którzy ją przyjęli w pełnej dawce.

Tak wielu z nas boi się przyszłości. Wielu zadaje sobie pytanie, jakie będą te święta. Z powodu pandemii wielu nie przyjdzie do kościoła. Z tego samego powodu duszpasterze nie przyniosą błogosławieństwa do domów swoich parafian w ramach kolędy. Martwimy się o to, co będzie z naszym Kościołem, jakie skutki zostawi po sobie ten „pieroński” wirus nie tylko w organizmach, ale i w psychice, w duchowości, w relacjach społecznych, w życiu świata, ojczyzny. Jedno jest pewne: Bóg się rodzi. Bez względu na aktualną zarazę. Nie zostawi nas samych. Jego BLISKOŚĆ jest silniejsza niż wszystko. Tylko my sami możemy zamknąć Mu drzwi do serca. Inne przeszkody są bez szans.

Uczmy się prostej wiary od pasterzy, którzy przybyli do Betlejem oddać pokłon Bogu. Nie odkryli niczego wielkiego, żadnych cudowności. Zwykła, biedna rodzina: mama, tata, dziecko w pieluchach. Zrozumieli, że człowieczeństwo, ludzkie więzy, rodzinne ciepło, miłość małżeńska, rodzicielska, proza zwykłego życia – to wszystko jest drogą, po której Bóg idzie do nas. Zaśpiewajmy małemu Jezusowi kolędę, nawet przez maskę, nawet z sercem ściśniętym. Niech ten śpiew pełen wiary przepędzi wszelkie wirusy z naszego świata. I te atakujące nasze ciała. I te groźniejsze – atakujące ducha.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama