Nowy numer 3/2021 Archiwum

Śmierć, która wiele zmieniła

Reakcją na śmierć malarza i społecznika Ramana Bandarenki, który zginął, broniąc biało-czerwono-białej flagi, jest nowa fala protestów na Białorusi. Reżim tłumi je siłą, a ostatnio pogroził Kościołom, upominającym się o prawo do społecznej pamięci po ofiarach gwałtu i przemocy.

Zabity był prawosławnym, ale uroczyste nabożeństwo żałobne w jego intencji zostało odprawione w katedrze katolickiej w Mińsku oraz w prawosławnym soborze w Grodnie. Panichidy za zmarłego odprawiono także w wielu parafiach greckokatolickich, jak powiedział w rozmowie z „Gościem” archimandryta Sergiusz Gajek, zwierzchnik Kościoła katolickiego obrządku wschodniego na Białorusi. Pogrzeb Bandarenki z udziałem tysięcy ludzi stał się obywatelską demonstracją. Jego ostatnie słowo, jakie zapisał na Face­booku – „wychodzę” – skandował wielotysięczny tłum, gdy trumnę wynoszono z maleńkiej cerkwi na obrzeżach Mińska.

Porwany z „Placu Przemian”

Dramat rozegrał się w Mińsku wieczorem 11 listopada, na zdominowanym przez opozycję blokowisku nazwanym „Placem Przemian”. Bandarenkę pobili i nieprzytomnego uprowadzili tzw. nieznani sprawcy, gdy interweniował w obronie biało-czerwono-białych wstążek, usuwanych przez zamaskowanych mężczyzn. Po krótkiej wymianie zdań został przez nich przewrócony i brutalnie pobity. Następnie wrzucono go do mikrobusa i zawieziono na komisariat. Półtorej godziny później karetka pogotowia zabrała go do szpitala. Gdy trafił na salę operacyjną, był już nieprzytomny. Mimo operacji jego stan się nie poprawił i wieczorem następnego dnia zmarł. Białoruski Komitet Śledczy stwierdził, że Bandarenka po pijanemu wdał się w bójkę z nieznajomymi w centrum Mińska, a milicja przewiozła go jedynie na pogotowie ratunkowe. W odpowiedzi lekarze z pogotowia opublikowali kartę wypisową, w której napisano, że Bandarenka miał „0 proc. alkoholu we krwi”.

Jego śmierć wywołała falę nowych demonstracji. Władze je rozpędziły oraz zlikwidowały wyrazy upamiętnienia w miejscu, z którego porwano Bandarenkę. Zabrano zdjęcia, ikony, kwiaty i znicze, rozganiano też osoby ochraniające to miejsce. Spotkało się to z powszechnym oburzeniem i potępieniem, także ze strony Kościołów. Łukaszenka nie zmienił jednak postępowania. Powiedział, że nie zgodzi się na upamiętnienie ofiar społecznych protestów, gdyż sankcjonowałoby to stan wojny domowej w kraju. Opozycyjne media odpowiedziały mu, że taka wojna na Białorusi już się toczy, gdyż reżim wydał ją własnym obywatelom.

Ostrzeżenie dla biskupa

18 listopada Prokuratura Generalna wezwała rzymskokatolickiego biskupa ­Juryja Kasabuckiego, wikariusza generalnego archidiecezji mińsko-mohylewskiej, zastępującego wygnanego z Białorusi abp. Tadeusza Kondrusiewicza, i wręczyła mu ostrzeżenie w związku z jego wpisami na prywatnym profilu na Facebooku. Biskup napisał, że zniszczenie miejsca pamięci na podwórku, z którego porwano Bandarenkę, świadczy o kolejnej próbie niszczenia tego, co „czyste i światłe”, a w kraju nadal dochodzi do „przemocy, tortur i pogardy dla ludzkiej godności”.

Kategoryczny był także wpis na Facebooku ks. Serhija Lepina, przewodniczącego Synodalnego Wydziału Informacyjnego Białoruskiego Kościoła Prawosławnego. Z dokumentu, jaki otrzymał bp Kasabucki, wynika, że prokuratura oceniła wpis jako działanie „celowo zwiększające poziom napięcia w społeczeństwie, podżegające do nienawiści wobec urzędników państwowych, w tym organów zabezpieczających porządek prawny”. Zdaniem prokuratury wpis biskupa narusza art. 16 Konstytucji Republiki Białorusi. Jednocześnie Prokuratura Generalna wydała Pełnomocnikowi ds. Wyznań i Narodowości polecenie podjęcia działań mających zapobiec w przyszłości takim wystąpieniom. Niezależne media nie zostawiły suchej nitki na ostrzeżeniu prokuratury, wskazując na prawne absurdy zawarte w tym dokumencie. Niewątpliwie jednak działania Prokuratury Generalnej są sygnałem, że władza może uderzyć w niepokornych duchownych, co Łukaszenka zapowiadał już w sierpniu br.

W rozmowie z „Gościem” bp Kasabucki ocenia, że ostrzeżenie jest przede wszystkim elementem gry politycznej, jaką reżim prowadzi wobec społeczeństwa, starając się zastraszyć także Kościoły. Zwraca uwagę, że identyczne w treści ostrzeżenie otrzymał rzecznik prawosławnego episkopatu. – Wręczony mi dokument zarzuca mi szerzenie ekstremistycznych idei – mówi bp Kasabucki – dlatego w trakcie rozmowy w prokuraturze zapytałem, czy większym ekstremizmem nie jest pobicie demonstrantów oraz zabicie Bandarenki, którego pamięć ludzie chcieli spontanicznie uczcić. Nie otrzymałem na to żadnej odpowiedzi.

Modlą się o powrót arcybiskupa

Na pytanie, czy ma nadzieję na rychły powrót do kraju abp. Kondrusiewicza, wikariusz generalny archidiecezji mińsko-mohylewskiej odpowiedział: – Sytuacja w kraju zaostrza się, władza stara się uciszać wszystkich niezadowolonych i w jej ocenie zapewne powrót arcybiskupa wzmocniłby protestujących. Póki sytuacja w kraju się nie zmieni, abp Kondrusiewicz raczej nie będzie mógł wrócić, chociaż biskupi, księża i wierni z całej Białorusi nie ustają w modlitwach o jego powrót.

Do modlitw dołączają się solidarnie także grekokatolicy, jak zapewnił archimandryta Gajek, demonstrując w ten sposób jedność Kościoła katolickiego na Białorusi w trudnym czasie prób i wyzwań.

Naturalne jest w tej sytuacji pytanie, jakie działania na rzecz powrotu biskupa archidiecezji mińsko-mohylewskiej podejmuje przybyły właśnie do Mińska nuncjusz apostolski abp Ante Jozić. Spotkał się z Łukaszenką, aby przekazać mu listy uwierzytelniające. Miał wtedy okazję wysłuchać wielu pochlebnych słów wypowiadanych przez dyktatora pod adresem papieża Franciszka, co rządowe media skrupulatnie odnotowały. Jednak kilka dni później Łukaszenka znów brutalnie zaatakował abp. Kondrusiewicza, powtarzając absurdalne oskarżenia, że jeździł do Polski po instrukcje, jak szkodzić Białorusi. Nuncjusz spotkał się również z ministrem spraw zagranicznych Białorusi Uładzimirem Makiejem. W komunikacie po spotkaniu napisano, że omówiono aktualne zagadnienia interesujące obydwie strony i współpracę Białorusi ze Stolicą Apostolską w ramach organizacji międzynarodowych. O powrocie abp. Kondrusiewicza wzmianki nie było. Być może ta kwestia mieści się w pojemnej formule „zagadnień interesujących obie strony”.

Głos bp. Kasabuckiego w sprawach społecznych jest najbardziej słyszalny, dlatego ważna jest jego opinia o tym, czy wszyscy białoruscy biskupi katoliccy mają podobną jak on ocenę sytuacji na Białorusi. – Myślę, że tak jest – mówi. – Zabieram głos dość często, ale wynika to z miejsca, w którym pracuję. Największe protesty odbywają się w Mińsku, tutaj padły ofiary, tutaj porwano i pobito na śmierć Bandarenkę. Biskup sprawujący posługę w tym mieście nie może wobec tego wszystkiego milczeć. Czuję tak wielkie wsparcie ze strony wiernych, nie tylko katolików, z całej Białorusi, że naprawdę mogę ze spokojnym sumieniem oczekiwać dalszego biegu wydarzeń. Wiem, że niektórych najbardziej denerwuje to, że się modlimy za nich i o ich nawrócenie. Dla nich taka modlitwa także jest przejawem ekstremizmu politycznego.

Po 100 dniach

Według wyliczeń opozycji tylko w niedzielnych marszach protestu w całym kraju od sierpnia do początku listopada uczestniczyło ponad milion ludzi. Według białoruskiego MSW w tym czasie zatrzymano 25,8 tys. osób, a wobec 24 tys. wszczęto postępowanie administracyjne zakończone grzywną bądź aresztem. Według centrum Wiasna, monitorującego przestrzeganie praworządności, zanotowano ponad 4 tys. przypadków naruszenia prawa przez struktury siłowe. W czasie pacyfikacji 4 osoby zginęły, a w czterech przypadkach sprawców zabójstw nie zidentyfikowano. Marsze protestu przeciwko sfałszowanym wyborom nadal odbywają się pod flagą biało-czerwono-białą przyjętą w sierpniu 1917 r. w odradzającej się wówczas Białorusi. Do tego symbolu powrócono po ogłoszeniu suwerenności w 1991 r. i obowiązywał on do 1995 r., kiedy to został zastąpiony flagą czerwono-zieloną, wzorowaną na fladze sowieckiej Białorusi.

Łukaszenka nienawidzi flagi, pod którą odbywają się protesty. 20 listopada w Homlu nazwał ją „faszystowską” i zapowiedział, że wkrótce „sprzątnie te śmieci z ulic Mińska”. Nie wróży to nic dobrego. Władza nadal należy do Łukaszenki, panującego nad strukturami siłowymi i wspieranego przez Moskwę, ale w oczach znacznej części opinii publicznej jest on już tylko dyktatorem gotowym na wszystko, aby utrzymać się przy władzy. Nie ulega jednak wątpliwości, że krajem po staremu rządzić już nie można. – Ludzie są dzisiaj solidarni jak nigdy wcześniej i to jest doświadczenie, które trwale zmieniło nasz naród, a w przyszłości zmieni także naszą historię – ocenia sytuację bp Kasabucki. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się