Nowy numer 32/2020 Archiwum

Polska racja Stanów

O stosunkach polsko-amerykańskich, ryzykownej grze przedwyborczej oraz o „nowej dziewczynie do tańca” mówi prof. Zbigniew Lewicki.

Jacek Dziedzina: Prezydent Duda w czasie wizyty w Białym Domu kilkanaście razy dziękował prezydentowi Trumpowi. Są powody do aż takiej wdzięczności?

Prof. Zbigniew Lewicki: To jest rzecz, która mnie trochę niepokoi. Owszem, dobrze jest utrzymywać jak najlepsze relacje z mocarstwem, ale to trochę rażące, jeśli za mocno podkreślamy naszą zależność od niego.

A nie jesteśmy zależni? Skazani na ten sojusz?

Trochę jesteśmy, jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Ale to nie jest powód, by kilkanaście razy dziękować, bo to sprawia wrażenie serwilizmu. Nasz prezydent jest jednak głową dużego państwa europejskiego i powinien zachować pewien umiar w sposobie zwracania się do swojego odpowiednika, nawet jeśli ten odpowiednik zarządza znacznie większym państwem.

Spotkanie, choć serdeczne, nie skończyło się podpisaniem przełomowych umów.

To było powtórzenie wcześniejszych ustaleń bez dodatkowych konkretów w sprawach wojskowych oraz zapowiedź nowego dealu gospodarczego. Mielibyśmy kupić od Amerykanów albo know-how, albo gotową elektrownię atomową. Pamiętajmy jednak, że sami Amerykanie nowych elektrowni jądrowych u siebie już nie stawiają. Mielibyśmy zatem kupić technologię od państwa, które samo od niej odeszło.

Specjaliści podkreślają, że Francuzi mają dużo lepsze reaktory.

To po pierwsze, a po drugie Francuzi nadal wierzą w energię z reaktorów atomowych, a Amerykanie nie. Ale jeśli nawet oferta amerykańska byłaby najlepsza na świecie, trudno dziękować za deal gospodarczy, bo przecież my za to musielibyśmy zapłacić, podobnie jak płacimy za dostarczanie gazu.

Tyle że to daje nam większą niezależność od Rosji.

I to jest w porządku, ale jedyną rzeczą, za którą należałoby dziękować, jest fakt, że to dzięki USA Gazprom nie ukończył budowy gazociągu Nord Stream 2. To z pewnością zasługa Trumpa. Oczywiście jest to na rękę Amerykanom, bo dzięki temu oni mogą eksportować do nas więcej paliw, ale nam to bardzo pomogło. Natomiast nic poza tym. Rozważania o szczepionce przeciwko koronawirusowi – będzie albo nie, a jak będzie, to nie za darmo…

Ale nawet te słabsze elementy współpracy warto traktować jako cementowanie sojuszu. Nawet jeśli francuskie elektrownie jądrowe są lepsze, to przecież wiemy, że w razie wojny Francuzi nas nie obronią. Nie mamy wprawdzie pewności, czy obronią nas Amerykanie, ale jeśli ktokolwiek miałby nas bronić, to tylko oni.

Zgadzam się z tym całkowicie w aspekcie wojskowym. Zakup samolotów amerykańskich jest konieczny, jeśli chodzi o ich możliwość współpracy z samolotami amerykańskimi w ramach NATO. Zgadzam się również, że tylko Amerykanie mogą nas obronić. I nawet jeśli francuskie Mirage byłyby lepsze, to i tak nie warto ich kupować, bo zależymy od Amerykanów, jeśli chodzi o interoperatywność sił zbrojnych. Również przy dealu gospodarczym nie wykluczam, że moglibyśmy kupić reaktor amerykański. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy być za to szczególnie wdzięczni, bo zapłacimy za to.

Andrzej Duda poprosił, by nie wycofano wojsk amerykańskich z Europy. Czy Amerykanie byliby w ogóle do tego zdolni?

Może całkiem nie, ale proszę pamiętać, że znaczną część kosztów pobytu wojsk amerykańskich na świecie pokrywają same Stany. I Trump słusznie mówi, że Europa jest bogata, stać ją na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, więc powinna też ponosić koszty obrony. Państwa europejskie wydają bardzo dużo na potrzeby socjalne, a kiedy muszą użyć własnych sił, na przykład w prawie bezbronnej Libii, to nagle się okazuje, że nie mają odpowiedniego wyposażenia. Muszą prosić USA o wsparcie. I Trump mówi: a dlaczego my mamy za to płacić? Nie mamy powodów, by wydawać pieniądze na pokrywanie potrzeb bogatych państw europejskich.

Amerykanie sami też mają interes w tym, by sponsorować bezpieczeństwo Europy.

Tak, tylko to jest zapewnianie bezpieczeństwa często bardzo bogatym państwom. Oczywiście te kraje wnoszą część opłat, tak jak my będziemy płacić za wojska amerykańskie w Polsce, ale mimo wszystko jakąś część kosztów Amerykanie ponoszą. To, że Niemcy mają siły zbrojne w rozsypce, jest dowodem, że państwo niemieckie nie dba o swoje bezpieczeństwo, „bo bronią nas Amerykanie”. Jako Amerykanin też bym się zapytał, dlaczego moje podatki mają iść na to, żeby Niemcy mieli płatne wakacje, a Francuzi miesiąc płatnego urlopu. Bo to się do tego sprowadza, że te pieniądze, które byłyby przeznaczane na armię, idą na wydatki socjalne. Dlatego Amerykanie czują się wykorzystywani.

Może to jest przekaz dla obywateli USA: do Polski możemy posłać naszych chłopców, bo Polacy sami też płacą za swoje bezpieczeństwo.

Po części tak. Tym bardziej, że Polski nie stać na samodzielne zapewnienie swojego bezpieczeństwa. Te 2 proc. polskiego PKB na obronność to naprawdę nie jest dużo. I tutaj obecność amerykańska daje się usprawiedliwić, tu pokrywanie części kosztów przez Amerykanów znajduje jakieś uzasadnienie. W naszym interesie leżałoby jednak, aby te wojska wyszły z Niemiec i dopiero po jakimś czasie weszły do Polski, żeby nie było takiego bezpośredniego transferu z Niemiec do Polski, bo to pogorszy nam relacje z Niemcami.

Niemcy nie przejmowali się za bardzo naszymi obawami o budowę kolejnych odcinków Nord Stream 2, które są dla nas zagrożeniem…

Zgadzam się, że niekoniecznie musimy się przejmować ich reakcją. Problem w tym, że Niemcy mają pewne instrumenty gospodarcze, które mogą wykorzystać przeciwko nam, więc to trzeba rozegrać bardzo delikatnie.

Tyle że Polska wyświadczyłaby chyba przysługę Niemcom, przyjmując u siebie „ich” wojska amerykańskie, bo przecież antyamerykańskie nastroje w Berlinie są dość silne.

To jest kwestia ambicjonalna. Ta decyzja prezydenta Trumpa nie była poprzedzona konsultacjami z kanclerz Merkel i przesunięcie wojsk do Polski byłoby demonstracją rozczarowania Niemcami. Mówiąc nieco trywialnie, czym innym jest „tylko” porzucić dziewczynę, a czym innym jest porzucić dziewczynę po to, by od razu tańczyć z inną. Poza tym Niemcy przy fatalnym stanie swojej armii wiedzą, że są praktycznie bezbronni. I po wyjściu wojsk amerykańskich, jeśli chcą czuć się bezpiecznie, to muszą gwałtownie powiększyć stan swoich sił zbrojnych, zacząć wydawać znacznie większe pieniądze na zbrojenia, a to w Niemczech nie jest modne w dzisiejszych czasach. Niemcy chcieliby mieć u siebie Amerykanów i równocześnie krytykować ich bezlitośnie.

Czy niewykluczona wygrana Joe Bidena w listopadowych wyborach sprawi, że wszystkie ustalenia będą nieaktualne?

Zacznę od tego, że wizyta w okresie przedwyborczym jest niezwykle niebezpieczna, bo skoncentrowana na krótkoterminowej taktyce bez myślenia strategicznego. Z jednej strony było to zrażenie sobie przez Trumpa kontrkandydata Dudy, poprzez wyraźne wsparcie urzędującego prezydenta. A z drugiej strony demokraci i kontrkandydat Trumpa, Biden, też poczuli się pominięci, bo ta wizyta nie była teraz konieczna, a dała okazję Trumpowi do zademonstrowania swojej pozycji. I gdyby którykolwiek z nich – Duda czy Trump – stracił urząd, możemy mieć do czynienia z poważnym kryzysem w relacjach. Oczywiście Joe Biden nie zmieni wszystkiego w amerykańskiej polityce, ale nie musi w pełni jej kontynuować. Tam, gdzie będzie to korzystne dla Amerykanów, jak np. sprzedaż Polsce reaktora atomowego, na pewno tego nie odpuści. I zapewne przeprowadzi redukcję sił amerykańskich w Niemczech. Ale czy to na pewno będzie oznaczało zwiększenie sił amerykańskich w Polsce? Niestety, ale opowiedzenie się po jednej stronie konkurencji politycznej w jednym i drugim kraju grozi poważnymi konsekwencjami.

Czyli nie wyobraża Pan sobie, by zamiast Fortu Trump powstał w Polsce… Fort Biden?

Nie, ponieważ to pojęcie w ogóle było nieszczęśliwie wymyślone przez otoczenie polskiego prezydenta. A Trump mówi, że nigdy się na coś takiego nie zgodził. Natomiast czy Biden będzie równie konsekwentnie miał na względzie polskie bezpieczeństwo – bo tak rozumiem to pytanie – i zwiększanie naszej siły obronnej, tego chyba nikt nie wie. Biden nie przedstawił żadnego spójnego planu. On jest klasycznym politykiem nadającym się na wiceprezydenta lub na kogoś, kto zajmuje formalnie wysokie stanowisko, ale nie musi podejmować samodzielnie ważnych decyzji. I chyba nie będzie zdolny do działań energicznych wynikających z jego inicjatywy. Trump jest jego przeciwieństwem, podejmuje decyzje szybko, często intuicyjnie, ale kocha to robić. A Biden boi się podejmować decyzje. Może nawet z tego powodu będzie kontynuował politykę Trumpa, z pewnymi zmianami, bo chyba tylko na tyle go stać.•

Zbigniew Lewicki

Profesor doktor habilitowany nauk humanistycznych, politolog, amerykanista, anglista.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także