Nowy numer 28/2020 Archiwum

Wybory – nowe otwarcie

Przesunięcie wyborów prezydenckich o kilka tygodni spowodowało, że rywalizacja właściwie zaczyna się od nowa.

Po nieudanych wyborach 10 maja sondażowe wyniki prezydenckiej rywalizacji stanęły na głowie. Poparcie dla kandydata Zjednoczonej Prawicy Andrzeja Dudy zmniejszyło się o ponad 20 proc. Oscylujący dotychczas wokół drugiego miejsca lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz spadł na piąte miejsce z ok. 3 proc. Drugie zajmuje kandydat Koalicji Obywatelskiej Rafał Trzaskowski, który cieszy się 19-procentowym poparciem. Tuż za nim plasuje się Szymon Hołownia. Te zmiany w sondażach spowodowały, że kampania prezydencka właściwie zaczęła się od nowa. „Po staremu” funkcjonują politycy, którzy nie wyciągnęli wniosków ze swoich działań wokół prawa wyborczego, mogących doprowadzić do kryzysu konstytucyjnego, i znów traktują prace nad nowelizacją Kodeksu wyborczego jako element walki o sprzyjające rozwiązania dla swoich kandydatów.

Zadyszka faworyta

Od początku kampanii wyborczej na czele wyścigu z olbrzymią przewagą znajdował się ubiegający się o reelekcję Andrzej Duda. W miarę zbliżania się 10 maja (na ten dzień zaplanowana była pierwsza tura głosowania) uzyskiwał coraz lepsze wyniki. W niektórych badaniach osiągał nawet 65 proc., co dawało mu zwycięstwo w pierwszej turze. Sytuacja zmieniła się po 10 maja, gdy poparcie dla niego w ciągu dwóch tygodni spadło do ok. 40 proc., a więc o 20 punktów.

Skąd taka zmiana? Powodów jest kilka. Zmęczenie wielomiesięczną kampanią, brak możliwości bezpośrednich spotkań z wyborcami, demobilizacja elektoratu zaraz po odwołaniu głosowania czy w ostatnich tygodniach brak dynamicznych elementów w kampanii. Trzeba też zwrócić uwagę, że sondaże przed 10 maja pokazywały niską frekwencję – poniżej 40 proc., prognozowana obecnie sięga ponad 60 proc. Gdyby ten wzrost oznaczał mobilizację elektoratu Rafała Trzaskowskiego i Szymona Hołowni, tłumaczyłoby to spadek poparcia dla obecnego prezydenta. Innym powodem może być coraz bardziej odczuwany przez Polaków kryzys ekonomiczny wynikający z pandemii, za który odpowiedzialnością obarczany jest obecny układ rządzący. Dziś już nikt w sztabie prezydenta nie mówi o zwycięstwie w pierwszej turze. Aby pokonać kontrkandydata w drugiej, potrzebne jest nowe otwarcie i przystąpienie do rywalizacji ze zdwojoną energią.

O drugą turę

Obraz rywalizacji zmieniło również przystąpienie do wyborów obecnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, który po wycofaniu się Małgorzaty Kidawy-Błońskiej został kandydatem KO. Trzaskowski już po pierwszych dniach od ogłoszenia startu uplasował się w sondażach na drugim miejscu, uzyskując ok. 20 proc. poparcia. Tak dobra pozycja z pewnością wynika z efektu nowości, ale także ze strategii politycznej, jaką przyjął – ostrej retoryki antypisowskiej. Już w pierwszym publicznym wystąpieniu jako kandydat mocno zaatakował publiczną telewizję, zapowiadając likwidację programów publicystycznych i informacyjnych oraz zwolnienia dziennikarzy. Prezydent Warszawy jest też dobrym mówcą, z dużym doświadczeniem politycznym i energią. Sprawia wrażenie, że naprawdę wierzy w możliwość pokonania Andrzeja Dudy. Choć wydaje się to mało prawdopodobne, gdyby obecny trend się utrzymywał, nie można wykluczyć powtórki scenariusza z poprzednich wyborów, gdy murowany faworyt Bronisław Komorowski zaczął gwałtownie tracić poparcie i przegrał z Dudą. Minusem Trzaskowskiego w drugiej turze są jego mocno lewicowe poglądy w kwestiach moralnych, których nie popiera większość społeczeństwa, i to może zdecydować o przegranej.

Ma on poważnego konkurenta do drugiego miejsca – kandydata niepartyjnego Szymona Hołownię. Przed 10 maja był największym zaskoczeniem kampanii. Choć startował z kilkupunktowym poparciem, na przełomie kwietnia i maja osiągał nawet 20 proc., zajmując drugie miejsce w sondażach. Ten przypływ elektoratu wynikał głównie ze słabości kandydatki KO, której wyborcy przenieśli poparcie na Hołownię. Do tego jego program jest bardzo zbliżony do programu PO z okresu Donalda Tuska, padają nawet opinie, że Hołownia „mówi Tuskiem”. Okazał się też dobrym mówcą, choć posługuje się ogólnikami. Prowadzi jednak bardzo sprawną kampanię w mediach społecznościowych, stosując różne chwyty marketingowe, jak na przykład płacz nad konstytucją. To zapewne przejdzie do historii polskich kampanii wyborczych, co nie znaczy, że dzięki temu Hołownia zwiększył swoje szanse w wyborczym wyścigu. Po pojawieniu się nowego kandydata KO Hołownia stracił ok. 5 proc.

Przegrani i wygrani

Aspiracje do wejścia do drugiej tury miał też lider PSL W. Kosiniak-Kamysz, który jednak wydaje się już znużony wielomiesięczną rywalizacją. Jego bardzo niskie poparcie w nowej kampanii jest być może efektem okresowej demobilizacji elektoratu albo wzrostu liczby osób popierających konkurentów. W wyborach prezydenckich ważne są osobowości kandydatów, a lider ludowców wydaje się zbyt spokojny, aby porwać większą grupę osób. Na razie więcej emocji wzbudziła jego żona, nazywając go na jednym z wieców „tygrysem”.

Wyniki powyżej jednego procenta uzyskuje jeszcze dwóch kandydatów, z diametralnie odmiennej opcji politycznej. Pozytywnie trzeba ocenić kampanię kandydata Konfederacji Krzysztofa Bosaka, który umiejętnie wykorzystuje media społecznościowe, a w publicznych wypowiedziach stara się merytorycznie punktować politycznych przeciwników i widać, że jest dobrze przygotowany do dyskusji. W ostatnich sondażach uzyskuje poparcie na poziomie ok. 10 proc., co oznacza przeskoczenie lidera ludowców, a to trzeba uznać za sukces.

Odwrotnie wygląda kampania kandydata Lewicy Roberta Biedronia, której praktycznie nie prowadzi. Jeśli zabiera głos, to powtarza zgrane motywy: atakuje Kościół i chce przeprowadzić w Polsce lewicową rewolucję obyczajową. W efekcie uzyskuje poparcie na poziomie 2–3 proc. Pomimo tak fatalnych wyników Lewica nie zdecydowała się na zmianę kandydata, przez co ryzykuje, bo jego słaby wynik może się odbić negatywnie na partii.

Pozostali kandydaci (jest ich pięciu) otrzymują poparcie w granicach jednego procenta i politycznie się nie liczą. Do głosowania jest jeszcze kilka tygodni i nie można wykluczyć nieoczekiwanych zwrotów w wyborczym wyścigu.

Niebezpieczna gra

W tle rywalizacji osób aspirujących do najwyższego urzędu w państwie toczy się walka polityczna wokół kształtu Kodeksu wyborczego. Każda ze stron chce, aby sprzyjał ich kandydatowi.

Dwa dni po nieudanych wyborach Sejm przegłosował nowelizację Kodeksu wyborczego przedstawioną przez klub PiS. Najważniejsze jest przywrócenie zasady, że wybory przeprowadza Państwowa Komisja Wyborcza i to ona ma zagwarantować ich zgodność z demokratycznymi standardami. Nowelizacja wprowadza możliwość głosowania bezpośredniego w lokalach wyborczych i korespondencyjnego. Te ramy są wypełnione szczegółowymi rozwiązaniami.

Projekt, następnego dnia po przyjęciu przez Sejm, trafił do Senatu. Obóz rządzący prosił, aby ten zajął się jego rozpatrzeniem jak najszybciej, aby mieć możliwie dużo czasu na przeprowadzenie wyborów według nowych przepisów, ponieważ nowy prezydent powinien zostać wyłoniony przed zakończeniem kadencji obecnego, czyli przed 6 sierpnia. PiS chciałby, aby pierwsza tura głosowania odbyła się 28 czerwca, a wówczas druga byłaby 12 lipca. PKW miałaby czas na ogłoszenie wyników wyborów, a Sąd Najwyższy na stwierdzenie ich ważności. Według projektu sąd ma na to 21 dni, a więc może to zrobić do 2 sierpnia. Późniejsze terminy głosowania groziłyby niestwierdzeniem ważności wyborów przed 6 sierpnia, co mogłoby doprowadzić do kryzysu konstytucyjnego.

Tymczasem, wbrew apelom PiS, a nawet części opozycji, marszałek Senatu Tomasz Grodzki z KO nie spieszy się z procedowaniem. Zgodnie z przepisami ma na to 30 dni, a więc może przetrzymać ustawę nawet do 11 czerwca, tyle że wówczas PKW, po ostatecznym przyjęciu projektu przez Sejm, miałaby na zorganizowanie wyborów 17 dni i znów stanęlibyśmy w obliczu kryzysu konstytucyjnego. Pierwsze posiedzenie senackich komisji w sprawie projektu odbyło się dziewięć dni po tym, jak projekt trafił do izby wyższej parlamentu, a marszałek Grodzki nie wyznaczył daty posiedzenia Senatu, na którym miałby zająć się ustawą o wyborach prezydenckich. Nieoficjalnie padają daty 27 i 28 maja, a więc dwa tygodnie od wpłynięcia ustawy do Senatu.

Z drugiej strony PiS również ma asa w rękawie, którym może szachować opozycję. Otóż PKW jeszcze 10 maja wieczorem podjęła uchwałę o nieodbyciu się wyborów. Zgodnie z przepisami od momentu opublikowania tej uchwały w „Dzienniku Ustaw” marszałek Sejmu ma 14 dni na wyznaczenie nowego terminu głosowania. Wydawałoby się oczywiste, że do 24 maja poznamy ten termin. Tymczasem uchwała PKW nie została opublikowana w „Dzienniku Ustaw”, więc marszałek Elżbietę Witek z PiS nie krępują żadne terminy – może wyznaczyć datę wyborów w czasie, który uzna za właściwy. Stąd zarzuty opozycji, że będzie on najbardziej korzystny dla kandydata PiS.

Wydaje się oczywiste, że w wyjątkowej sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się z powodu pandemii, wybory powinny się odbyć jak najszybciej, aby nie destabilizować państwa. Niestety, po raz kolejny można odnieść wrażenie, że dla polityków interesy własnej partii są najważniejsze.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Bogumił Łoziński

Zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Polska”.
Pracował m.in. w Katolickiej Agencji Informacyjnej jako szef działu krajowego, oraz w „Dzienniku” jako dziennikarz i publicysta. Wyróżniony Medalem Pamiątkowym Prymasa Polski (2006) oraz tytułem Mecenas Polskiej Ekologii w X edycji Narodowego Konkursu Ekologicznego „Przyjaźni środowisku” (2009). Ma na swoim koncie dziesiątki wywiadów z polskimi hierarchami, a także z kard. Josephem Ratzingerem (2004) i prof. Leszkiem Kołakowskim (2008). Autor publikacji książkowych, m.in. bestelleru „Leksykon zakonów w Polsce”. Hobby: piłka nożna, lekkoatletyka, żeglarstwo. Jego obszar specjalizacji to tematyka religijna, światopoglądowa i historyczna, a także społeczno-polityczna i ekologiczna.

Kontakt:
bogumil.lozinski@gosc.pl
Więcej artykułów Bogumiła Łozińskiego

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także