Nowy numer 48/2020 Archiwum

Krok za krokiem

Nawet jeśli ruszają sportowo, turystycznie, wielu z nich przekonuje się, że… jest im po drodze z Panem Bogiem. W czasach pustoszejących kościołów na Drodze św. Jakuba z roku na rok padają kolejne rekordy.

To prawdziwy ewenement. W ubiegłym roku do Santiago de Compostela szlakiem św. Jakuba maszerowało aż 350 tys. pątników. Ruszyli z ponad 180 krajów świata. To o 20 tys. więcej niż w 2018 r. i o 150 tys. więcej niż przed dekadą! Dlaczego ruszyli „za muszelką”?

Moja droga. Ja cię kocham

Pielgrzymi mijają bezkresne zielone winnice i złote pola słoneczników, postrzępione szczyty Pirenejów, perły renesansowej architektury, spalone słońcem łąki Kastylii. Słyszą po drodze: „Hola! Buen camino!” (dobrej drogi!). Znam wiele osób, którym nie wystarczyło jedno „Camino”. Gnani tęsknotą musieli wrócić. I wracali. – Jesteś sam na sam ze sobą, zdany jedynie na siebie i na Pana Boga – opowiadała mi redakcyjna koleżanka Ula Rogólska, która również wracała na szlak. – Codziennie rano obiecywałyśmy sobie z koleżanką, ile to modlitw odmówimy, a kończyło się zazwyczaj koronką i westchnieniem: „Boże, błagam, bym przeszła jutrzejszy odcinek”.

Pierwsze przykazanie pątnika? Do grobu Jakuba dotrzeć należy pieszo, rowerem lub konno. Inaczej po prostu nie wypada. Powinno się ruszyć spod drzwi mieszkania i maszerować za muszelkami (oznakowanie jest coraz popularniejsze), niewielu jednak decyduje się na taki wyczyn. Zdecydowana większość na szlak Jakubowy wkracza w Saint-­Jean-Pied-­de-Port we francuskich Pirenejach. W biurze obsługi pielgrzymów dostają tzw. credencial, czyli za­świadczenie, paszport pielgrzyma i wypełniają ankietę, wypisując cel wędrówki. Religijny? Duchowy? Turystyczny? – Ten sam credencial dostanie ateista i bigot, ksiądz z Wilkowyj i jego brat wójt, sportowiec, który chce pobić rekord przejścia, i wdowiec, który chce przejść drogę, mając w pa­mięci ukochaną osobę – opowiada Andrzej Kołaczkowski-Bochenek, autor książki „Nie idź tam, człowieku!”. Sam, po pięćdziesięciu latach życia w beztroskim ateizmie, ruszył w najstarszą pielgrzymkową drogę Europy, szukając jedynie przygody. Nie przypuszczał, jak ryzykowny był to krok. Gdy przybył do katedry w Santiago de Compostela, usłyszał: „No, jesteś wreszcie!”.

Rozmawiałem ze znajomymi, którzy wielokrotnie ruszali za muszelką. Choć pierwotnie ludzie, z którymi wędrowali, opowiadali, że idą „sportowo” czy „turystycznie”, często po kilku dniach zmęczenia przestawali ukrywać swe prawdziwe intencje. – Fenomenem Camino jest to, że ludzie bardzo się otwierają, odsłaniają. To doskonała okazja do dawania świadectwa – opowiada Asia Kojda pracująca w „Małym Gościu Niedzielnym”. – Problemy, z którymi się mierzą, są często sporego kalibru. Szłam z kobietą zza oceanu, która opowiadała, że jej 21-letnia córka jest transseksualistką i mama nie może się już do niej zwracać „ona” ani „on”, a jedynie w liczbie mnogiej „oni” (they).

Rekordy

Przed 11 laty pisałem: „Drogę Świętego Jakuba przemierzyła rekordowa liczba pielgrzymów. Według informacji władz regionu Galicji od stycznia do czerwca 2009 r. do Santiago de Compostela przybyło aż 48 969 pielgrzymów. To o 12 proc. więcej niż w 2008 roku”. Nie przypuszczałem wówczas, że po dekadzie będę pisał o jeszcze bardziej dynamicznym skoku i nowych zaskakujących rekordach. W 2017 r. liczba pielgrzymów do grobu apostoła Jakuba po raz pierwszy w historii przekroczyła 300 tys., a przed rokiem szlakiem św. Jakuba maszerowało aż 350 tys. pątników. A nie był to żaden rok jubileuszowy! Ten ogłasza się w Santiago de Compostela we wszystkich latach, w których święto apostoła Jakuba – 25 lipca – przypada w niedzielę. Pierwszy ogłosił w 1120 r. papież Kalikst II, a najbliższy będzie w przyszłym roku.

Czy to tęsknota za duchowością? „Niespokojne jest serce człowieka…” – rację miał św. Augustyn. Ludzie wyczuwają w Camino tajemnicę, misterium. Podskórnie czują, że to nie jest zwykła wycieczka. Wśród pątników do grobu św. Jakuba rośnie liczba cudzoziemców, w tym Polaków i Amerykanów. Zainteresowanie tych drugich wzrosło zwłaszcza po premierze filmu „Droga”, w którym zagrali Martin Sheen i jego syn Emilio Estévez.

W październiku 1987 r. Drogę św. Jakuba ogłoszono pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym Rady Europy, a sześć lat później wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Najwięcej pielgrzymów ściąga tu 25 lipca, w dniu Świętego Jakuba, a uroczystości poprzedza całonocna fiesta przed katedrą.

Mój upadek pod Damaszkiem

Dominikanin o. Roman Bielecki na serio przejął się słowami Jezusa: „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” (Łk 13,33). Nie tylko dlatego, że jest redaktorem naczelnym miesięcznika „W drodze”. Był na Camino kilkanaście razy i wciąż odkrywa tę drogę na nowo. – Głęboko wierzę, że kolejne rekordy liczby pielgrzymów pokonujących drogę do grobu św. Jakuba to dowód na to, że ludzie noszą w sobie ogromną tęsknotę za duchowością. Znakomicie wyraził to Marek Kamiński, który ruszył przed pięciu laty do Santiago de Compostela drogą „od rozumu do wiary”, czyli od grobu Immanuela Kanta w Królewcu do grobu św. Jakuba Apostoła. Przeszedł wówczas 4130 km i powiedział, że przez zeświecczoną Europę biegnie cienka „pulsująca nić wiary”. Miał rację. Nie chcę idealizować rzeczywistości, doskonale wiem, że wątek duchowy na Camino nie jest często pierwszoplanowy, ale głęboko ukryty i musi się przebijać. Nawet jeśli ludzie ruszają z pobudek duchowych, nie zawsze mają możliwość spotkania na trasie księdza. Za każdym razem, gdy odprawiam Mszę św. w jakimś otwartym kościele czy pod kapliczką, przychodzą różni ludzie – opowiada dominikanin. – Prawie zawsze słyszę: „A gdzie jutro będzie Msza?”. Ci ludzie są naprawdę spragnieni. Ileż razy słyszałem: „Pierwszy raz mam okazję porozmawiać z księdzem”. Nam, Polakom, trudno to sobie wyobrazić… Wówczas za św. Pawłem można powiedzieć: To, czego nie potraficie nazwać, co nieśmiało przeczuwacie, to jest właśnie Pan Bóg, a doświadczenie na tym szlaku może wam pomóc odkryć Jego obecność. Poruszające jest to, że ci sami ludzie, którzy mówią, że idą „sportowo”, nagle na placu przed katedrą w Santiago de Compostela płaczą. Ja z moimi przyjaciółmi, z którymi pielgrzymuję, padamy na kolana i odmawiamy „Zdrowaś, Maryjo” i „Ojcze nasz” i widzę, że wiele osób obok nas również klęka.

Po raz pierwszy ruszyłem przed dekadą. Namówili mnie studenci z krakowskiej „Beczki”. Powiedzieli, że to będzie fajna duchowa przygoda – śmieje się o. Roman. – Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Uwielbiałem chodzić po górach, być w drodze, jako przewodnik mogłem oprowadzać ludzi po Beskidzie Niskim, Bieszczadach. Nie wiedziałem nic o Camino. Wówczas nie było ono nad Wisłą popularne (rocznie ruszało około 500 Polaków). Zapakowałem plecak: wziąłem Pismo Święte, książkę, notatnik, przybory do rysowania (wszystko razem ważyło 15 kg) i ruszyłem. Nikt mi nie powiedział, że chodzi o to, by wziąć jak najmniej. Poszedłem w butach turystycznych, bo nie wiedziałem, że chodzi się w sandałach czy adidasach. Po dwóch dniach moje stopy wyglądały koszmarnie. Na pogotowiu pani, która „reperowała” mi nogi, powiedziała: „Nie powinien pan już nigdzie iść”, ale wystękałem, że idę do Santiago. I doszedłem! Wlokłem się w ciężkich butach za moją idącą w sandałach grupą, powłócząc nogami i wyjąc z bólu. Można użalać się nad sobą, rozdrapywać rany, a można podejść do tego tak, jak podchodzi mój przyjaciel, ojciec Michał Zioło, trapista: „A może Pan Bóg chciał ci coś powiedzieć?”. Chciał. Rozpoczął rozmowę od: „A teraz pogadamy inaczej”. Pan Bóg pokazał mi moją zależność, bezradność. Upadł mit niezniszczalnego duszpasterza. (śmiech) Pamiętam, jak usiadłem w 40-stopniowym upale przy polu kukurydzy i płakałem. To był mój upadek pod Damaszkiem. Lekcja pokory. Poznanie siebie z nowej strony. Opowiadam o tym jak o moim nawróceniu.

Bóg pisze

tu dużymi literami

– Minęła dekada, a ja już 16 razy wracałem na Camino – opowiada o. Bielecki. – W tym roku, jak Bóg da, ruszę dwukrotnie. Namówiłem na ten szlak dziesiątki znajomych. Mówiłem: „To okazja do nawrócenia, wyjścia ze strefy komfortu. Solidna szkoła zaufania”. Okazuje się, że do życia wystarcza ci plecak, który waży maksymalnie 8 kg. I masz w nim wszystko. Jesteś zdany na życzliwość ludzi i… naprawdę jej doświadczasz. Pan Bóg pisze na Camino wielkimi literami. To nie jest poezja, to proza życia. Wstajesz z niezbyt wygodnego łóżka niewyspany i… idziesz do przodu. Leje się z ciebie pot, powłóczysz nogami, ale maszerujesz dalej. Dla mnie najważniejsza jest sama droga. Jednego dnia budzisz się w jakiejś komórce pogryziony przez pluskwy i panikujesz, widząc rumienie na skórze, leje deszcz, zbierasz się nieprzytomny i zmarznięty – a w ciągu dnia to wszystko się zmienia. Wychodzi słońce, paruje ziemia, robi się ciepło, odzyskujesz siły, a wieczorem dochodzisz do renesansowego kościoła dominikańskiego, w którym mieszka jeden 90-letni staruszek, który dawno nie widział żadnego młodego współbrata. Dzień, który zaczął się fatalnie, kończy się kolacją i kieliszkiem wina. To nie jest opowieść o Camino. Takie jest życie. Zaskakujące. To solidna lekcja zaufania i podpowiedź: „Nie narzekaj. Nie wiesz, co cię spotka”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także