Nowy numer 47/2020 Archiwum

Sprawa rodzinna

O Dniu Judaizmu w Kościele katolickim, o tym, dlaczego chrześcijanie potrzebują Żydów, i o kerygmacie głoszonym w Auschwitz mówi prof. Jan Grosfeld.

Jacek Dziedzina: Czy Żydzi są nam do zbawienia koniecznie potrzebni?

Prof. Jan Grosfeld: Gdyby nie było Żydów, nie byłoby chrześcijaństwa. „Zbawienie bierze początek od Żydów” – mówi św. Paweł. Po jednej z konferencji podszedł do mnie pewien ksiądz i zapytał: „Ale gdyby Pan Jezus był Arabem, to też byśmy Go kochali, prawda?”. Byłem zdumiony stopniem niezrozumienia istoty rzeczy.

Rok temu usłyszałem zaczepne pytanie: „Na co nam Dzień Judaizmu w Kościele?”. Odpowiedziałem pytaniem: „A po co Dzień Ojca czy Dzień Dziadka w rodzinie?”. No i zaczęło się…

Gdy św. Jan Paweł II nazwał Żydów starszymi braćmi w wierze, niektórzy próbowali to „łagodzić” i tłumaczyć papieża, że tak naprawdę powiedział: „tak jakby” starszymi braćmi w wierze. A tymczasem Benedykt XVI poszedł jeszcze dalej: ponieważ „starszy brat” niedobrze kojarzy się samym Żydom, bo starszym bratem w Biblii jest m.in. Ezaw, który na własne życzenie stracił błogosławieństwo ojca, określenie, które zdaniem papieża właściwie odzwierciedla nasze relacje, brzmi „ojcowie w wierze”. Tak powiedział Benedykt XVI! Użycie przez papieża tego określenia w stosunku do Żydów było czymś rewolucyjnym.

W najlepszym wypadku mówimy, że wyrastamy z judaizmu. A przecież św. Paweł nazywa tę rzeczywistość jeszcze mocniej: to my zostaliśmy wszczepieni w drzewo żydowskiego doświadczenia wiary.

Apostoł mówi także, że jeśli myślisz, że to ty podtrzymujesz korzeń, że to Kościół podtrzymuje Żydów, o ile się przyzna do nich, to się mylisz. To oni ciebie podtrzymują. Wszczepienie oznacza, że musimy na co dzień czerpać soki z tego źródła. W książce „Dlaczego chrześcijanie potrzebują Żydów” piszę, że jeśli korzeń mnie podtrzymuje, to znaczy, że musi być żywy. Czy tym czymś żywym jest sama Biblia? Talmud? Ewangelie? Czy to wystarcza? Nie, bo słowo w Biblii jest żywe tylko wtedy, gdy osoba, która się z tym słowem spotyka, przyjmuje je do siebie, gdy realizuje się ono w jej życiu. Chrześcijanie potrzebują żywego świadectwa Żydów wierzących dzisiaj w łonie judaizmu. O ile będzie żył judaizm, o tyle będzie mogło żyć chrześcijaństwo. Potrzebujemy konkretnych żyjących Żydów. Dzień Judaizmu jest przede wszystkim dla Kościoła, żeby ten lepiej rozumiał sam siebie, więcej, żeby Kościół mógł żyć i podobać się Bogu.

Podczas ostatniego soboru miał powstać osobny dokument poświęcony Żydom. Ostatecznie „wrzucono” judaizm do deklaracji „Nostra aetate” o religiach niechrześcijańskich. Czy to też nie zaważyło na tym, że dni judaizmu traktujemy bardziej jako kurtuazyjne międzykulturowe wieczorki zapoznawcze?

Gdy przed laty usłyszałem, że Dzień Judaizmu w Kościele w Polsce będzie obchodzony na początku Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan, to się najpierw ucieszyłem, bo bez korzenia żydowskiego nie ma żadnej jedności. Ale zaraz po tym tygodniu ustanowiono… Dzień Islamu w Kościele. Byłem załamany. Jaka to jest świadomość? Ktoś złośliwy powie: zaczynamy od judaizmu, stajemy się chrześcijanami, a ostatecznie przechodzimy na islam… Ironizuję, ale taki układ sugeruje niestety taką logikę. Sama struktura Rady ds. Dialogu Religijnego w ramach Konferencji Episkopatu Polski też odzwierciedla ową postawę niezrozumienia, bo dialog z judaizmem został potraktowany na równi z islamem, z niewierzącymi… A tymczasem Jan Paweł II mówił, że nasze relacje z Żydami to nie jest coś zewnętrznego, tylko to nasza sprawa wewnątrzkościelna.

Wewnątrzrodzinna?

Można tak powiedzieć. I w Watykanie ta intuicja spowodowała, że komisja ds. dialogu z judaizmem jest usytuowana w Radzie ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Genialna intuicja! Dlaczego my w Polsce nie możemy robić tak samo?

A czy z punktu widzenia samych Żydów nie jest to nadużycie? Dla Kościoła to sprawa rodzinna, ale dla nich już niekoniecznie.

Może tak być, jeśli nie wyjaśniamy Żydom i sobie samym głębi chrześcijaństwa. Gdy sięgamy do istoty ludzkiego życia, do sensu cierpienia – stanowisko żydowskie staje się bardziej otwarte.

Trudno jednak wyjaśniać w pełni „głębię chrześcijaństwa”, nie głosząc kerygmatu, pomijając osobę Jezusa Chrystusa. Czy „przemilczanie” tego w relacjach z Żydami nie jest z naszej strony jakąś formą ucieczki w bezpieczne międzykulturowe eventy?

Oczywiście, że chrześcijanin ma głosić w porę i nie w porę. Ale co to znaczy głosić? Żydzi są szczególnie predestynowani do tego, żeby patrzeć na fakty. I oni patrzą na mnie. Nie tylko na to, co mówię, ale też na to, jak żyję, kim jestem. Bo Żydzi też tak patrzą na samych siebie – jeśli nie żyją, jak nakazał im Bóg, jeśli żyją jak inne narody, stają się bałwochwalcami. A Biblia mówi: wy nie jesteście, Izraelici, jak inne narody, jak poganie, wyście spotkali w waszej historii Boga żywego, Jego moc i miłość do was.

Poza świadectwem życia potrzebne jest też nauczanie… W Dziejach Apostolskich czytamy o trzech tysiącach osób, które przyjęły chrzest po tym, jak apostołowie głosili z mocą Jezusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego.

W relacjach z Żydami trzeba mówić prawdę o tym, czym jest chrześcijaństwo, i zarazem pokazywać, na ile jest żydowskie. Przypominam sobie niezwykłe spotkanie w Auschwitz w 2016 roku. Na wielkim parkingu pod obozem wykonywano „Cierpienie niewinnych”, symfonię skomponowaną przez Kiko Argüello, inicjatora Drogi Neokatechumenalnej. Proszę sobie wyobrazić: było obecnych kilkudziesięciu rabinów, w tym 30 z Izraela, wielu polskich biskupów i 10 tys. świeckich, w tym również sam Kiko. W tle komory gazowe. I w takiej scenerii, w takim kontekście Kiko głosił kerygmat i mówił o Matce Bożej! Mówił o cierpieniu kobiet żydowskich, które widziały, jak w obozie zabijano ich dzieci. I dodał: ich cierpienie było podobne do cierpienia Maryi pod krzyżem… Początkowo myślałem: co on robi, przecież będzie skandal. Ale proszę sobie wyobrazić, że nikt z żydowskich gości nie wyszedł. Przecież nie będą kwestionować czyjegoś żydowskiego cierpienia. Natomiast obawy Żydów przed „nawracaniem” ich na chrześcijaństwo są uzasadnione, bo zbyt często w historii dokonywało się ono przemocą. Również metody ewangelizacji innych narodów nieraz miały charakter siłowy. Dużo zamieszania wprowadziło zbiorowe chrzczenie państw i narodów, począwszy od Konstantyna, gdy chrześcijaństwo zostało ogłoszone jako obowiązująca religia państwowa. A przecież nie da się zmienić mentalności ludzi przez zadekretowaną zamianę Zeusa na Boga Jedynego czy przekształcanie świątyń pogańskich w kościoły. Dlatego stała się rzecz przerażająca: ludzie zaczęli traktować Chrystusa jak bóstwo pogańskie, tak jak traktowali swoje wcześniejsze bóstwa. Oznaczało to odebranie Chrystusowi całej Jego istoty tożsamości, Jego wyzwalającego orędzia o Dobrej Nowinie, Jego boskości i żydowskiego człowieczeństwa, sensu Jego Paschy. Masowy chrzest mentalności ukształtowanej przez religijność pogańską, naturalną dla człowieka, zbudowaną na lęku przed bóstwem, zamazał sens orędzia o Jezusie Chrystusie. Taki bóg nie jest dobry, bliski człowiekowi, kochający jak ojciec, lecz straszny, groźny; to prokurator, który tylko czyha na moje przewinienia, by ukarać. Chrześcijaństwo staje się wówczas religią jak inne, które nie niosą życia. Bez zakorzenienia w żydowskim doświadczeniu wiary i życia, bez ich egzystencjalnego świadectwa o Bogu i człowieku chrześcijanie zwykle popadają w taką czy inną herezję, stopniowo przestają akceptować nauczanie Kościoła, by na końcu odrzucić je w całości. Tym, co stanowi dla nas największe wyzwanie, jest wcielenie się Boga w człowieka – Żyda Jezusa Chrystusa. Wcielenie nie tylko ponad 2 tysiące lat temu, lecz teraz, w moim własnym życiu.

Kościół potrzebuje Żydów, by rozumieć sam siebie. I to po stronie Kościoła jest najczęściej inicjatywa spotkania, jak w przypadku Dnia Judaizmu. Po drugiej stronie nie ma takiej potrzeby? To tylko życzliwe przyjęcie zaproszenia?

Potężny impuls do dialogu dała II wojna światowa oraz Zagłada Żydów dokonana przez Hitlera i jakże cywilizowany naród niemiecki. Co ciekawe, inicjatywa dialogu wyszła ze strony żydowskiej, nie kościelnej. Wystąpił z nią wobec papieża Piusa XII rabin Jules Isaac. To prawda, że my potrzebujemy Żydów i judaizmu, aby być naprawdę chrześcijanami, czyli wierzącymi w Mesjasza – Jezusa Chrystusa. Formalnie rzecz biorąc, Żydzi nie potrzebują chrześcijan, by rozumieć własną tożsamość. Jednak sięgając głębiej, z punktu widzenia historii, potrzebujemy siebie nawzajem, bo i u Żydów, i u chrześcijan Bóg jest obecny właśnie w historii. Judaizm i chrześcijaństwo są odwrotnością religii pogańskich, którym właściwa jest religijność naturalna. Bóg objawia się konkretnemu ludowi, a to oznacza, że chrześcijanin nie może pominąć objawienia się Boga Żydom. To, że judaizm i chrześcijaństwo są historyczne, oznacza, że Bóg jest blisko człowieka, jest obecny we wszystkich wydarzeniach jego życia. We wszystkim. Także w rzeczach trudnych, naszym zdaniem nie do zaakceptowania, w rozbiorach Polski, a nawet – co zabrzmi strasznie – w Zagładzie czy innym ludobójstwie. Nie oznacza to, że Bóg czyni zło, w żadnej mierze. Gdy czytamy proroków Starego Testamentu, widzimy, że w tym, co Bóg robił dla Żydów, były również rzeczy dla nich bardzo trudne, także uprowadzenie w niewolę. Żydzi stawiają pytanie nie o to, czy Bóg jest w nich obecny, ale o to, w jaki sposób. Jaki jest powód, dla którego mnie to spotkało? Dlaczego przydarzają mi się te wszystkie „złe” rzeczy? Na to pytanie Żydzi i chrześcijanie odpowiadają podobnie: dzieje się to po to, żebym mógł spotkać Boga, żebym mógł się choć trochę umniejszyć, bo moje ego zajmuje całe miejsce, które jest należne Bogu. I po to, żebym się usunął z tronu panowania nad życiem moim i innych ludzi, potrzebne są te wydarzenia. Dlatego nie wybieramy sobie wygodnych partnerów do dialogu. Dialogujemy z tymi, których Bóg stawia nam na drodze. Pamiętam, jak w 1988 roku podczas konferencji chrześcijańsko-żydowskiej w Tyńcu pewien rabin wygłosił referat bardzo oskarżający chrześcijan i Polaków. Na koniec, po wysłuchaniu pozostałych mówców, zabrał ponownie głos i płacząc, prosił o wybaczenie: „Nie wiedziałem, że wy też macie swoje cierpienia” – mówił.

Doświadczenie i rozumienie cierpienia to jedna z głównych płaszczyzn spotkania judaizmu i chrześcijaństwa?

Tak. Podobnie jak w spotkaniu między wszystkimi ludźmi. Spotkanie zaczyna się od momentu, gdy nawiąże się nić porozumienia dotycząca bolesnej, zranionej przestrzeni życia. Ty cierpisz i ja cierpię. Jak w słynnym midraszu, gdy jeden Żyd mówi do drugiego: – Borys, czy ty mnie kochasz? – Oczywiście, że cię kocham. – Borys, czy wiesz, co mnie boli? – A skąd mam wiedzieć? – Jak możesz nie wiedzieć, skoro mówisz, że mnie kochasz… Myślę, że wszystkie inne rzeczy, które łączą, są więzią pozorną, chwilową, śmiertelną, np. wspólne poglądy. Poglądy można zmienić, może się okazać, że obaj nie mieliśmy racji, a poza tym moje życie od tych poglądów nie zależy. Wszystko rozgrywa się w moim wnętrzu, które jest zranione. Istotą judaizmu jest życie. Bóg jest Bogiem żywych. Żydzi nie pytają cię o wiarę, ale o to, czy żyjesz życiem żydowskim. Bóg i życie to jedno. Dla chrześcijanina Jezus jest Słowem i Życiem. To słowo „życie” przewija się przez cały judaizm. Podobnie jest u chrześcijan. Judaizm i chrześcijaństwo rzucają światło na moje życie, żeby objawiła się chwała Boga Jedynego. Ta wiara w życie jest u Żydów niesamowita. To widać u Machabeuszy. Kiedy Machabeusz jest ranny w brzuch i wylewają mu się jelita, wyrywa je i mówi do wroga: weź je sobie, ja wiem, że Bóg i tak mi je przywróci. To coś, co nie jest zgodne z ludzkim rozumowaniem. To jest mentalność niebieska, którą człowiekowi przywraca religijność judeochrześcijańska: wiara, że życie jest zawsze mocniejsze od śmierci. Żyd i chrześcijanin mówią: spotkałem Boga i wierzę, że ostatnim słowem nie jest śmierć, lecz życie.•

Jan Grosfeld

profesor nauk humanistycznych, wieloletni wykładowca Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, członek Polskiej Rady Chrześcijan i żydów, autor wielu publikacji, m.in. książki „Dlaczego chrześcijanie potrzebują żydów?”. pochodzi z rodziny żydowskiej, jako dorosły przyjął chrzest w Kościele katolickim, zaangażowany w Drogę Neokatechumenalną.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także