GN 25/2019 Archiwum

Czarno to widzę

To była operacja na otwartym sercu. Na wierzch wyszły wszystkie moje lęki. Niesamowicie upokarzające. Doświadczenie Ogrójca. Powiedziałam: „Poddaję się” – opowiada Joanna Mazur , dziennikarka z Poznania, zaangażowana w nową ewangelizację, która dwukrotnie zmagała się z depresją.

Pierwsze symptomy? Zaczęłam unikać ludzi i spotkań. To było wbrew mojej naturze, bo jako jedynaczka zawsze szukałam towarzystwa, relacji, wychodziłam do innych. Pojawiało się uczucie bezsensu. Życie toczyło się gdzieś obok mnie.

Pierwsza fala depresji była wywołana konkretnym wydarzeniem. Nawróciłam się jako dziewiętnastolatka. Przez chłopaka. Przyprowadził mnie do Kościoła, ale nie do relacji z Jezusem. Gdy nasz związek się rozpadł, przez długi czas udawałam, że wszystko jest OK. Jestem wierząca, nie mogę pozwolić sobie na słabość, nie mam prawa rozpaczać. Dam sobie radę. Tłamsiłam emocje, smutek, łzy, które zaczęły wychodzić na wierzch. Wszystko przez to, że budowałam na religijności, nie na relacji z Jezusem. Sądziłam, że On wymaga ode mnie tego, bym była silna.

Lęk przychodził jak fale. Czułam, że coś boleśnie ściska mi serce. Oplata je jak ciernie. Lęk był tak porażający, że wyłączał mnie z rzeczywistości. Skupiałam się jedynie na nim. Przychodził i na chwilę odpuszczał.

Przy ludziach udawałam, że jest fajnie. Starałam się dobrze wyglądać, uśmiechać. Najgorzej czułam się w tłumie. Dziś wiem, że była to moja ogromna pycha. Nie umiałam pogodzić się z tym, że mogę być chora, słaba, że muszę iść do psychologa, brać leki. Nie dopuszczałam tego do siebie. Postrzegałam siebie jako osobę silną. W szkole byłam zawsze w „elicie”, samorządach, z przodu. Uważałam się za kogoś lepszego od innych.

Zbyt długo zwlekałam z pójściem do psychologa. Pierwsze symptomy dotknęły mnie w październiku, a do psychologa poszłam dopiero w sierpniu kolejnego roku.

Bardzo pomogli mi przyjaciele i rodzina. Nigdy nie słyszałam: „Weź się w garść”. Byli ze mną. To wystarczało. A stałam się nieznośna, złośliwa, opryskliwa, pełna czarnowidztwa. Z taką osobą trudno żyć. Na szczęście mieli do mnie anielską cierpliwość. I delikatność.

Depresja to walka, zmaganie. Miałam problem z modlitwą, chodzeniem do kościoła. Na szczęście bliscy mówili z wyrozumiałością: „Spokojnie. Nic na siłę”.

Gdy zaczęłam miewać myśli, by sobie „coś zrobić”, zrozumiałam, że doszłam do granicy. Poszłam do psychologa, a potem do psychiatry, który włączył leki.

Było to dla mnie niesamowicie upokarzające. To było doświadczenie Ogrójca. Powiedziałam: „Poddaję się”. Zaczęłam brać leki i po dwóch tygodniach stanęłam na nogi. To mnie zmyliło. Wróciłam do życia i nie poszłam na żadną terapię.

Po trzech latach przyszedł drugi atak. I wtedy postanowiłam pójść i do psychologa, i do ojca duchowego. To mnie uratowało. Wierzę, że to dzięki kierownictwu duchowemu, które trwa już ponad 11 lat, udaje mi się żyć w świetle, nie w mroku.

Wiesz, że ja przez kilka lat po wejściu do Kościoła nie słyszałam kerygmatu? Nie słyszałam, że Bóg mnie kocha dokładnie taką, jaka jestem. Do dziś mam problem, by w to uwierzyć. Poznanie tej prawdy przynosi ogromną ulgę.

Dzięki depresji Bóg wyolbrzymił lęk, który tkwił we mnie od zawsze. Pokazał mi, że przez całe życie się bałam, tylko udawałam, że jest inaczej. Pokazał mi moje zalęknione serce. Doświadczyłam na własnej skórze, jak prawdziwe są słowa Jezusa: „Prawda was wyzwoli”. Słyszałam prawdę o sobie, rodzinie, mechanizmach, które wtrąciły mnie do tej ciemnej doliny. Bolało, ale jednocześnie było to doświadczenie uzdrawiające.

Depresja dotyka najczęściej ludzi empatycznych, wrażliwych, nadwrażliwych. Dziś dziękuję, że ta wrażliwość jest kanałem Jego łaski. Dzięki niej mogę wejść z Bogiem w jeszcze głębszą relację, rozeznawać poruszenia serca. Gdy na Eucharystii czy modlitwie płyną mi ze wzruszenia łzy, mówię: „Aśka, zachowuj się!”, ale potem odpuszczam i przestaję z tym walczyć. Nie chcę już tłamsić emocji. Na jednych rekolekcjach miałam pretensje, że znów się rozklejam, a wówczas o. Antonello powiedział do mikrofonu: „Twoje łzy mówią, że kochasz”. Bardzo wyzwalające słowa.

Bóg był ze mną w tej ciemnej dolinie przez obecność i delikatność przyjaciół. Był wierny przez ludzi, którzy byli mi wierni. Był w nich, gdy nie czułam Jego obecności na modlitwie. Wiem, że ta choroba była mi potrzebna, choć sama w sobie nie była dobra. Była operacją na otwartym sercu, a Bóg wykorzystał ją, by mnie do siebie przyciągnąć. Z depresji wyszłam jako inny człowiek – to wtedy zrozumiałam, co to znaczy mieć w sercu pokój.

Wysłuchał Marcin Jakimowicz

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

  • E.
    07.04.2019 10:37
    Bardzo dobry tekst - często w środowiskach chrześcijańskich można przeczytać opinie, że choroby psychiczne (np. depresja) wynikają z braku wiary, że sama wiara wystarczy do uleczenia. To bardzo szkodliwe mniemanie, wpędzające ludzi religijnych w jeszcze większą depresję i lęki. W tekście powyżej mamy i psychologię, i leki, i wiarę, przemianę wewnętrzną. Dopiero połączenie tych elementów pozwala mądrze przeżywać chorobę, zwłaszcza, gdy ona wraca (a bardzo często wraca).
    doceń 3
  • @
    07.04.2019 11:49
    Otoczenie wokół siebie jest bardzo ważne,depresja nie kończy się po kilku wizytach u psychiatry.Depresja ma głębokie korzenie atakuje na jesień i wiosnę.Dobrze mieć wyrozumiałe otoczenie,wiarę w Jezusa i Maryję pomaga.
    doceń 3
  • tomaszl
    07.04.2019 13:32
    Bardzo istotne pierwsze zdanie "to była operacja na otwartym sercu". Otóż może warto zamiast zajmować się sobą i opowiadać jak trudno jest i jak wielką "chorobą" jest depresja zając się losem ludzi faktycznie ciężko chorych. Choćby tych, którym życie może uratować prawdziwa operacja na otwartym sercu. To są zupełnie nieporównywalne sytuacje z człowiekiem, któremu nadmiar dobrobytu odbiera sens życia. Mając "gorszy dzień" czasami zamiast użalania się nad sobą, zamiast łykania jakiś tzw. antydepresantów warto wyjść i porozmawiać z ludźmi, którzy szykują się do operacji na otwartym sercu. Albo czekają na chemioterapię ratującą im życie.
    Może zamiast opowiadania o sobie warto zapytać się ludzi, którym lekarze ogłosili wyrok śmierci jak oni radzą sobie z uczuciami, emocjami. Może też warto zamiast rozdmuchiwać publicznie swą przypadłość warto porozmawiać z rodzicami dziecka, którzy wiedzą ze ich pociecha nigdy nei będzie zdrowa.
    Może takie rozmowy przywrócą rzeczywistą kolej rzeczy i może pokażą, że własna depresja to jest nic w porównaniu z tym, z czym inni mierzą się codziennie. Mierzą się bardzo często w ciszy, bez publicznego rozgłosu i bez wywlekania swych przeżyć pod postacią publicznych świadectw.
  • gut
    07.04.2019 13:50
    Między Przyjęciem a Oddaniem. ;)
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji