Nowy numer 42/2019 Archiwum

Przerwana misja

Wydalenie konsula Sławomira Kowalskiego z Norwegii to dobra okazja, aby zapytać, gdzie są granice ingerencji obcego państwa w polską rodzinę.

Pod koniec stycznia norweskie MSZ poinformowało swojego polskiego odpowiednika, że podjęło decyzję o wydaleniu z Norwegii naszego konsula, dr. Sławomira Kowalskiego. Według rzeczniczki norweskiego MSZ, Ane Haavardsdatter Lunde, „przyczyną decyzji o wydaleniu jest niezgodna z rolą dyplomaty działalność konsula w kilku sprawach konsularnych, w tym jego niewłaściwe zachowanie wobec funkcjonariuszy publicznych”. Polski dyplomata dostał trzy tygodnie na opuszczenie Norwegii.

To zaskakująca decyzja, gdyż dr Kowalski dwa lata temu został wyróżniony w konkursie na konsula roku, organizowanym przez polskie MSZ, za „adekwatne działania i umiejętną współpracę ze stroną norweską w sprawach małoletnich obywateli polskich znajdujących się pod opieką miejscowych służb socjalnych”. Polskie władze odrzuciły zarzuty strony norweskiej.

– Jednoznacznie pozytywnie oceniamy działalność polskiego konsula w Norwegii Sławomira Kowalskiego na rzecz obrony interesów polskich rodzin; wezwanie do jego odwołania nie ma uzasadnienia – oświadczył wiceszef MSZ Szymon Szynkowski vel Sęk. Tę opinię powtórzyli także szef polskiej dyplomacji prof. Jacek Czaputowicz oraz premier Mateusz Morawiecki. Murem za konsulem stoją Polacy z Norwegii, którzy pod petycją w jego obronie zebrali już ponad 20 tys. podpisów. Niestety, nie udało mi się w MSZ uzyskać odpowiedzi na pytanie, co zrobią polskie władze, jeśli Norwegowie zrealizują swój zamiar i wydalą polskiego konsula.

Naraził się on władzom norweskim skutecznymi interwencjami, podejmowanymi od pięciu lat w sprawie dzieci odbieranych z polskich rodzin przez norweski urząd ds. ochrony dzieci. Interweniował w 150 przypadkach, proszony o to przez rodziny. W 70 przypadkach były to działania skuteczne. O pracy konsula rozmawiałem z Polakami pracującymi w Norwegii. Słyszałem o nim wyłącznie pozytywne opinie. Interweniował w sprawie odbieranych dzieci, powołując się na międzynarodowe konwencje, których sygnatariuszem jest także Norwegia. Konwencja wiedeńska o stosunkach konsularnych z 1963 r. wyraźnie mówi, że pracownik służby konsularnej ma prawo w granicach ustalonych przez ustawy i inne przepisy państwa przyjmującego do ochrony „interesów małoletnich i innych osób nie posiadających pełnej zdolności do czynności prawnych, obywateli państwa wysyłającego, w szczególności gdy zachodzi potrzeba ustanowienia nad nimi opieki lub kurateli”.

W zamieszczonym w internecie materiale z ostatniej interwencji konsula, kiedy to domagał się spotkania z dziećmi odebranymi rodzicom, widać, jak grzecznie przedstawia pracownikom urzędu oraz interweniującym policjantom powód, dla którego znalazł się w tym miejscu. Niegrzecznie zachowywali się policjanci.

Rodzina czy państwo?

Urząd ds. ochrony dzieci (po norwesku Barneverntjenesten) powstał na podstawie specjalnej ustawy. Ma swoje przedstawicielstwa w każdej norweskiej gminie. Jednostka ma służyć pomocą rodzinom z problemami wychowawczymi, ale ma także prawo i obowiązek reagowania, jeśli uzna, że dziecku dzieje się krzywda. Dotyczy to wszystkich dzieci do lat 18. W 2014 r. ponad 33 tys. dzieci otrzymało w Norwegii pomoc wychowawczą ze strony instytucji, ponad 9 tys. spośród nich zostało odebranych rodzicom i umieszczonych w rodzinach zastępczych lub domach opieki. Najczęściej taka procedura jest stosowana wobec rodzin imigranckich bądź dzieci imigrantów, urodzonych w Norwegii. W istocie w centrum działalności urzędu znajduje się pytanie o dozwolone granice interwencji państwa w życie rodzinne oraz tolerancję dla różnych modeli wychowawczych, a nie tylko jednostronną promocję permisywnych wzorców wychowawczych Zachodu.

Chociaż nasi rodacy w tej statystyce się nie wyróżniają (najwięcej dzieci odbieranych jest z rodzin pochodzących z Nigerii, Somalii, Pakistanu, Iraku, Iranu i Sri Lanki), Polacy mieszkający w Norwegii o urzędzie nie mają dobrej opinii. Rozmawiałem o jego pracy z Polakami dobrze znającymi miejscowe realia. Żaden z nich nie zgodził się na wypowiedź pod nazwiskiem, a także ujawnienie, czym się zajmuje. Działają w sferze publicznej i obawiają się reakcji władz.

Zjawisko odbierania dzieci najczęściej dotyczy rodzin cudzoziemców, ale zdarzają się także przypadki odbierania dzieci rodzinom norweskim bądź małżeństwom mieszanym. Nierzadko o takich przypadkach pisze tamtejsza prasa, ale generalnie Norwegowie akceptują działalność urzędu, jak usłyszałem od osoby dobrze znającej nie tylko norweskie realia, ale także mentalność tej społeczności. Ktoś inny z doświadczeniem pracy na Północy mówi ostrzej: – Na wielu obszarach Norwegia jest państwem quasi-policyjnym i brutalnie egzekwuje swoje uprawnienia wobec obywateli, zwłaszcza w odniesieniu do życia rodzinnego. Nieraz wystarczy nikła poszlaka albo anonimowa informacja, że jakiemuś dziecku dzieje się krzywda, aby urząd wkraczał do akcji i odbierał je rodzicom.

Znajomi opowiadali mi o rozgrywającym się ciągle dramacie Afrykanki, której wyjątkowo brutalnie zabrano dziecko pod jej nieobecność w domu. Okazało się, że w szkole dziecko pół żartem, pół serio powiedziało, iż nie zawsze może się w domu najeść do syta. Doszło to do nauczyciela, który natychmiast zawiadomił urząd. Reakcja była błyskawiczna, odebrano dziecko, nie pytając matki, jakie jest prawdziwe podłoże tego wydarzenia. Później kobietę nakłoniono do podpisania oświadczenia, choć nie zna jeszcze dobrze norweskiego i podpisywała się pod pismem, którego treści do końca nie rozumiała. Załamana, poprzez znajomych i wspólnotę, do której należała, prosiła o pomoc i interwencję. W tym wypadku działanie było skuteczne i dziecko wkrótce ma do niej wrócić, ale najczęściej do jego odzyskania konieczna jest przewlekła procedura sądowa.

Oczywiście nie jest tak, że urząd zawsze działa bezpodstawnie. Często jego interwencje są uzasadnione i rzeczywiście pozwalają wyrwać dziecko z rodziny patologicznej. Problem w tym, że instytucja działa arbitralnie, najpierw zabiera dziecko, a dopiero później wyjaśnia szczegóły sprawy. Być może jest coś na rzeczy w tym, co usłyszałem, że w urzędzie nierzadko zatrudniane są osoby, które w przeszłości same doświadczyły przemocy domowej. Ponieważ nie zaznali rodzinnego ciepła, swoje obowiązki traktują jako misję ratowania dzieci z wrogiego środowiska.

Częsta zmiana miejsca

Dziecko odebrane rodzicom trafia do rodziny zastępczej. Nikt specjalnie nie troszczy się o to, aby przebywało na przykład w środowisku dobrze znającym jego język. O jego potrzeby duchowe w ogóle nikt się nie troszczy. Dla wielu prowadzących domy zastępcze przyjmowanie dzieci jest niezłym biznesem, gdyż otrzymują za to od państwa solidne wsparcie finansowe. Dziecko przebywa w rodzinie zastępczej często razem z innymi dziećmi, a po jakimś czasie jest przerzucane w inne miejsce. Norweżka walcząca o odzyskanie opieki nad wnukiem (matka dziecka była narkomanką i faktycznie nie była zdolna do opieki nad nim) opowiadała znajomym, że w ciągu roku był on kilka razy przerzucany do różnych rodzin zastępczych.

Problemy wychowawcze nie kończą się w momencie, kiedy dziecko wraca do domu. Jest pouczone, że w każdej chwili może zadzwonić do urzędu, prosząc o interwencję, co wykorzystuje w relacjach z rodzicami. Szantażuje ich, że jeśli czegoś nie dostanie, zadzwoni do urzędu, a on zrobi z nimi porządek. – Problem jest szerszy – usłyszałem od osoby pracującej w środowisku akademickim. – W norweskim systemie wychowawczym państwo przyznaje sobie prawo do określenia granic tego, co jest dozwolone i zabronione według standardów liberalnej i progresywnej kultury, podkreślającej osobistą odpowiedzialność i wolny wybór każdego dziecka. W tym schemacie nieomal każda forma rodzicielskiego nadzoru czy przymusu jawi się jako akt agresji. Tymczasem uchodźcy czy emigranci zarobkowi, m.in. z Polski, wychowują dzieci według innych wzorców kulturowych i tradycji. Są przerażeni, gdy nagle z powodów, które są dla nich całkowicie niezrozumiałe, odbierane są im dzieci.

Nie wszystkim Norwegom ten system się podoba. Głośny był przypadek ucieczki do Polski Norweżki z trojgiem dzieci, które urząd miał zamiar jej odebrać, gdyż nie chciała z nim „właściwie” współpracować. Być może reakcja w sprawie konsula Kowalskiego była tak ostra, że komuś w Oslo przyszło do głowy, aby dać nam nauczkę za podważanie omnipotencji norweskiego państwa wobec własnych obywateli.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji