GN 3/2021 Archiwum

„Ciemnogród” w Siedmiogrodzie

Rumunia była o krok od zapisania w konstytucji definicji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Co poszło nie tak?

Pewnie najwięksi futuryści żyjący przed wiekami nie przewidzieli, że w XXI wieku trzeba będzie zabiegać o gwarantowanie w najważniejszych dokumentach państwowych tego, co było jasne od stworzenia świata. Dziś mamy taki klimat, przynajmniej w Europie, że definicja małżeństwa jest kwestią wyboru cywilizacyjnego. Wydawało się, że w Rumunii, która należy do najbardziej konserwatywnych krajów w UE, referendum w tej sprawie będzie formalnością. Zwłaszcza że ponad 3 mln obywateli (6-krotnie więcej niż wymagane 500 tys.) podpisało się pod postulatem potwierdzenia w konstytucji definicji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Referendum jednak jest nieważne, bo do urn poszło ledwie 20 proc. uprawnionych, a wymagane minimum to 30 proc. W efekcie w konstytucji pozostaje zapis, że małżeństwo to „związek małżonków”, co w sytuacji gdy w kilkunastu krajach europejskich uznaje się „małżeństwa” homoseksualne, daje możliwość wprowadzenia tego samego w Rumunii. Przy tak szerokiej definicji małżeństwa można tworzyć dowolne konfiguracje. Dlaczego konserwatywna Rumunia nie zdobyła się na nazwanie rzeczy po imieniu?

Masowe poparcie

Dotąd wszystko szło jak po maśle. Najpierw w 2015 r. rumuńska Koalicja dla Rodziny zebrała 3,1 mln podpisów pod propozycją nowelizacji konstytucji. Rok później Sąd Konstytucyjny uznał, że projekt nadaje się do dalszego procedowania. W kolejnym roku projekt zmian został przegłosowany miażdżącą większością głosów w Izbie Deputowanych (odpowiednik naszego Sejmu). We wrześniu tego roku większość w Senacie potwierdziła zmianę w definicji małżeństwa w konstytucji. To z kolei zostało potwierdzone przez Sąd Konstytucyjny, pozostawało więc jedynie referendum, które miało być tylko spektakularnym – bo za wyraźną akceptacją społeczną – „przyklepaniem” zmiany.

Kampanię wspierającą konserwatywną mobilizację prowadził Rumuński Kościół Prawosławny oraz katolicy i protestanci. Również socjaldemokratyczna większość parlamentarna wzywała Rumunów – przy wsparciu wielu celebrytów! – do głosowania za definicją małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny. Naraziła się tym na niechęć swojej rodziny politycznej w Parlamencie Europejskim. Senator rządzących socjaldemokratów Șerban Nicolae podkreślał nawet, że głosowanie odzwierciedla poglądy religijne przytłaczającej większości Rumunów. „Jesteśmy chrześcijańskim narodem od 2 tysięcy lat” – mówił.

Wynik referendum można by uznać za sukces, bo aż 93 proc. głosujących opowiedziało się za tradycyjną definicją małżeństwa. Co jednak sprawiło, że aż 80 proc. uprawnionych do głosowania zostało w domach mimo dwóch dni głosowania, tym samym unieważniając referendum? Jak to możliwe, że mając pod każdym względem tak dobry grunt (społeczny, religijny, polityczny) pod zabezpieczenie statusu małżeństwa, Rumunia nie skorzystała z historycznej okazji?

Małżeńska przykrywka

Nie będzie raczej przesadą stwierdzenie, że sprawa konstytucyjnej gwarancji definicji małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny padła ofiarą gry politycznej. Z jednej strony grunt polityczny był idealny, bo nieczęsto – jeśli w ogóle – się zdarza, by takie projekty zyskiwały większościowe poparcie w parlamencie, ponadto ze strony sił niekojarzonych z obroną tradycyjnych wartości. Z drugiej strony to polityczny klimat w Rumunii sprawił, że ludzie nie poszli do urn. Stało się tak z prostego powodu: podpisy za zmianą konstytucji były zebrane już 3 lata temu. W tym czasie dwukrotnie projekt zmian został zaakceptowany przez Sąd Konstytucyjny, jednak rządząca większość zdecydowała się na referendum dopiero, gdy w całym kraju zaczął narastać bunt przeciwko korupcji i zmianom w sądownictwie. Z kolei po tym, jak w sierpniu brutalnie stłumiono antyrządowe protesty, wydawało się, że wszelki dialog jest już niemożliwy. I nagle w takiej sytuacji rząd odgrzewa wygodny dla siebie temat zmiany definicji małżeństwa. Wygodny, bo dobrze wie, że Rumuni są przeciwni ewentualnemu wprowadzeniu „małżeństw” homoseksualnych, a obecna definicja małżeństwa jako „związku małżonków” zostawia przynajmniej furtkę, by w przyszłości takie związki również uznać za małżeństwa w świetle prawa. Żeby więc odwrócić uwagę od kłopotów, w jakich znalazła się rumuńska elita rządząca, socjaldemokraci masowo – jak na to środowisko polityczne – poparli ideę referendum w sprawie wzmocnienia tradycyjnego małżeństwa. Stało się to w sytuacji, gdy lider partii rządzącej Liviu Dragnea ma nad sobą wyrok więzienia za płatności za fałszywe zlecenia dla członków partii. Tymczasem tuż po wyznaczonym dość nagle na 6 i 7 października referendum miała odbyć się rozprawa apelacyjna… Można powiedzieć, że ważna sprawa, jaką jest zagwarantowanie ochrony rozumienia małżeństwa, nie mogła sobie znaleźć gorszego sojusznika niż uwikłane w skandale środowisko polityczne. Efekt bowiem jest taki, że w większości dość konserwatywne społeczeństwo nie kupiło pomysłu z referendum i nie poszło głosować. Nie stało się tak dlatego, że Rumuni nie zgadzają się na tradycyjną definicję małżeństwa, ale ze względu na sprzeciw wobec działań rządu.

Nielegalne, ale…

Faktyczna przegrana licznych środowisk i ponad 3 mln podpisanych pod projektem obywateli jest tym bardziej niedobra, że zdarza się zaledwie parę miesięcy po niepokojącym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu w sprawie Coman vs. Rumunia. Była to odpowiedź na zapytanie o orzeczenie wstępne zgłoszone przez Trybunał Konstytucyjny Rumunii w sprawie obywatela USA, który w Belgii zawarł z obywatelem Rumunii związek uznawany przez tamtejsze prawo za małżeństwo. Amerykanin na podstawie przepisów UE domagał się, jako „małżonek” obywatela Rumunii, przyznania mu prawa pobytu tymczasowego w Rumunii. Sędziowie TSUE nakazali Rumunii traktowanie obu mężczyzn jako małżeństwo w zakresie prawa do osiedlenia się na terenie państwa. To dość zawiła konstrukcja prawna. Z jednej strony Trybunał nie nakazuje Rumunii uznać tych dwóch panów za małżonków, bo zgodnie z traktatami unijnymi nie ma prawa narzucać państwu członkowskiemu UE rozwiązania, które pozostaje w kompetencji danego państwa. Z drugiej jednak strony nakazuje temu państwu uznanie praw wspomnianego związku, nabytych w kraju, gdzie jest to legalne, w zakresie prawa do osiedlenia.

Wejście od kuchni

Prof. Aleksander Stępkowski, komentując wyrok Trybunału Sprawiedliwości dla portalu gosc.pl w czerwcu tego roku, przyznał, że to kolejny krok, by tylnymi drzwiami wprowadzać uznanie „małżeństw” homoseksualnych. – Przyjmijmy, że panowie Coman i Hamilton po jakimś czasie zamieszkiwania w Rumunii stwierdzą, że chcą skorzystać ze wspólnego opodatkowania przewidzianego (załóżmy) przez prawo rumuńskie dla małżonków. Jeśli władze rumuńskie im odmówią, to z pewnością poskarżą się w Luksemburgu przed TSUE. Czy Trybunał uznałby wówczas, że brak prawa do wspólnego opodatkowania nie ogranicza swobody osiedlenia się wraz z rodziną w innym kraju członkowskim? Szczerze mówiąc, po tym wyroku głęboko w to wątpię. Dzisiejsze rozstrzygnięcie w sprawie Coman przeciwko Rumunii ma bardzo wąski zakres zastosowania. Jednak wyprowadza ono konkretne uprawnienia wprost z art. 21 Traktatu o funkcjonowaniu UE. Przypuszczać należy, że organ ten będzie wyprowadzał z niego kolejne uprawnienia w coraz większym zakresie, zmuszając państwa takie jak Polska lub Rumunia do akceptacji osobliwych związków, które w niektórych krajach UE uchodzą za małżeństwa – mówił prof. Stępkowski.

Rumunia z szeroką definicją małżeństwa jako „związku małżonków” pozostaje podatna na podobne manipulacje, oswajanie i wprowadzanie tylnymi drzwiami legalizacji związków osób tej samej płci. Szkoda, że szansa na wzmocnienie ochrony małżeństwa przepadła z powodu nieczystej gry politycznej w Bukareszcie. Rumuni nie zagłosowali za zmianą definicji małżeństwa głównie ze względu na to, że do referendum parła władza, która chciała uczynić z tego wydarzenia instrument do przykrycia własnych afer.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także