Nowy numer 3/2021 Archiwum

Katolik miesza się do polityki

Bierność w życiu społeczno-politycznym tłumaczą często zniechęceniem. Jest to jednak niebezpieczne. Może skutkować budową obcego społeczeństwa, bez Boga i chrześcijaństwa.

Do większego zainteresowania wiernych świeckich polityką Kościół w swoim nauczaniu społecznym zachęcał wielokrotnie, zwłaszcza od Soboru Watykańskiego II. Konsekwentnie i przy różnych okazjach przypominali o tym także papieże XX i XXI wieku. W posynodalnej adhortacji apostolskiej „Christifideles laici”, dokumencie poświęconym powołaniu i misji świeckich w Kościele, Jan Paweł II pisał, że świeccy nie mogą rezygnować z udziału w polityce rozumianej jako różnego rodzaju działalność o charakterze gospodarczym, społecznym i prawodawczym. Dla Kościoła bowiem polityka to nie tyle walka o władzę i wpływy, ile „roztropna troska o dobro wspólne”; o to, by w każdym społeczeństwie, któremu władza polityczna powinna służyć, wszyscy obywatele mogli godniej żyć.

O tym, że „polityka jest sposobem trudnym – zresztą niejedynym – wykonywania chrześcijańskiego obowiązku służby drugim” pisał już w liście apostolskim „Octogesima adveniens” Paweł VI. A papież Franciszek podkreśla, że „każdy, kto chce być u steru władzy kraju, powinien zadać sobie pytania: Czy ja kocham mój naród, by mu dobrze służyć? Czy jestem pokorny i słucham innych, różnych opinii, by wybrać najlepszą drogę?”.

Bierność jest winą

Rozbieżności pomiędzy biernością i obojętnością wierzących na sprawy społeczne z jednej strony i postulowanymi przez Kościół prawem oraz obowiązkiem wszystkich ochrzczonych do aktywności społeczno-politycznej z drugiej pokazują, jak wiele w tym względzie jest jeszcze do zrobienia. I jak ogromne w społeczeństwie, nie tylko polskim, panuje niezrozumienie dla zaangażowania katolików w życiu publicznym. Nie trzeba się silić, by usłyszeć w gronie osób wierzących, że polityka to brudna i najbardziej skorumpowana sfera życia publicznego, a wielu angażuje się w nią nie z przekonania, ale dla pieniędzy. Albo że kieruje nimi żądza władzy i dominacji nad innymi.

Z pewnością dla wielu to wystarczające powody, dla których polityką nie warto się zajmować. Uważają oni, że zarówno w życiu osobistym, jak i duchowym może to przynieść więcej szkód niż pożytku. Te obiegowe wśród katolików opinie stają się swego rodzaju usprawiedliwieniem zaniechania aktywności w życiu publicznym za cenę „świętego spokoju”. Kto z nas nie ceni wygodnego życia i komfortu? A jednak, jak przypomniał przed niemal 30 laty Jan Paweł II, „ani oskarżenia o karierowiczostwo, o kult władzy, o egoizm i korupcję, które nierzadko są kierowane pod adresem ludzi wchodzących w skład rządu, parlamentu, klasy panującej czy partii politycznej, ani dość rozpowszechniony pogląd, że polityka musi być terenem moralnego zagrożenia, bynajmniej nie usprawiedliwiają sceptycyzmu i nieobecności chrześcijan w sprawach publicznych (…). Bierność, która zawsze była postawą nie do przyjęcia, dziś bardziej jeszcze staje się winą. Nikomu nie godzi się trwać w bezczynności”. Stąd wyraźny apel papieża Polaka o bardziej świadome uczestnictwo w życiu publicznym, zwłaszcza w obliczu nasilających się sekularyzacji i dechrystianizacji. Miejscem ewangelizacji i uświęcania świata jest nie tylko przestrzeń sakralna, ale także polityka, ekonomia, kultura czy media.

Jak sól i światło

Świadoma rezygnacja z możliwości kształtowania życia społeczno-politycznego przez katolików może skutkować koniecznością podporządkowania się regulacjom prawnym sprzecznym z chrześcijańskim systemem wartości. Zwłaszcza wtedy, gdy władzę sprawują osoby niekompetentne i nieprzygotowane do pełnienia powierzonych im funkcji, które w wierze katolickiej widzą ideologię i zagrożenie źle pojętej wolności. A bywa i tak, że w swoich programach proponują one fałszywe wizje człowieka, „nowe prawa człowieka”, wypaczoną koncepcję wolności, pomijającą kryterium prawdy i dobra. Te programy, często nie do przyjęcia w perspektywie katolickiej, nie powinny zniechęcać. Wręcz przeciwnie, mogą stać się impulsem do autentycznego zaangażowania świeckich w życie publiczne.

Nauczanie papieskie i dokumenty soborowe tak wyraźnie przypominają o misji i odpowiedzialności katolików świeckich za świat, ponieważ przestrzeń polityki uznają za jedną z najważniejszych sfer życia publicznego. Właśnie tam wierzący mogą być „solą ziemi” i „światłem świata”. Wnoszone przez nich światło Ewangelii, połączone z kompetencjami i niezbędną wiedzą, może stać się gwarancją należytego poszanowania wszystkich ludzi, wierzących i niewierzących. W tym zadaniu nie zastąpi ich Kościół hierarchiczny, żaden biskup ani kapłan, bo rola duchownych nie polega na zaangażowaniu politycznym, ale na formowaniu ludzkich sumień. Tak, by w zderzeniu z rzeczywistością i w obliczu niełatwych wyborów katolicy świeccy mogli postąpić właściwie.

Przenegocjować życie

Katalog wartości, którymi powinni kierować się katolicy świeccy zaangażowani w życie polityczne, jest szeroki. Kardynał Ratzinger, jeszcze jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary, w „Nocie doktrynalnej dotyczącej pewnych kwestii związanych z udziałem i postawą katolików w życiu politycznym” mówi o tzw. wartościach nienegocjowalnych, będących fundamentem zdrowego, stabilnego społeczeństwa i gwarancją poszanowania godności osoby ludzkiej. Poza ochroną życia od poczęcia do naturalnej śmierci zalicza do nich m.in. małżeństwo rozumiane jako związek mężczyzny i kobiety oraz prawo rodziców do edukacji dzieci w zakresie przekazu wartości moralnych. Niedawne referenda – w Irlandii, liberalizujące przepisy aborcyjne, i w Rumunii w sprawie definicji małżeństwa – pokazały, że próby przegłosowywania czy przenegocjowywania niezmiennego katalogu wartości są coraz częstsze. I dzieje się to nie tylko na ulicy.

Jeśli, jak nauczał Pius XII, „katolicy świeccy nie tylko należą do Kościoła, ale sami są Kościołem – wspólnotą wiernych żyjących na ziemi pod jednym przewodnictwem papieża oraz pozostających z nim w łączności biskupów – to oczywiste jest, że Kościół, przede wszystkim dzięki nim, musi wtykać nos do polityki”. Bo „dobry katolik miesza się do polityki” – uważa Franciszek. Co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że „nikt nie może powiedzieć: ja nie mam z tym nic wspólnego, to oni rządzą. Przeciwnie, każdy jest odpowiedzialny za rządy i musi dołożyć starań, aby oni rządzili dobrze, i musi uczestniczyć w życiu politycznym” – odpowiada Ojciec Święty.

Oby starczyło nam odwagi i determinacji w budowaniu świata opartego na chrześcijańskim systemie wartości. Bo to przecież katolicy – jak mówił Jan Paweł II w polskim Sejmie niemal 20 lat temu – „wraz ze wszystkimi ludźmi mają przepajać duchem Ewangelii rzeczywistości ludzkie, wnosząc w ten sposób swój specyficzny wkład w pomnażanie dobra wspólnego. Jest to ich obowiązek sumienia wynikający z chrześcijańskiego powołania”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama