Nowy numer 48/2020 Archiwum

Tak normalny, że aż święty

„Jak już bracia dominikanie (najbardziej złośliwy zakon świata) napisali tuż po jego śmierci, że umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda” – śmieją się zakonnicy w białych habitach. Po śmierci o. Badeniego zabrali z jego celi dosłownie wszystko.

Dzisiaj… wieczorem… nastąpią… zaślubiny… z… Jezusem. Wszystko… przygotowane – wyszeptał 11 marca 2010 r. Bracia towarzyszący o. Joachimowi nie mieli wątpliwości: tak umierają święci. „Śmierć? Każdemu polecam!” – mówił im zresztą wcześniej z szelmowskim uśmiechem. Cytował Sztaudyngera: „Mistyk wystygł. Wynik? Cynik”, a przecież sam był mistykiem. Nie bał się wyszydzenia przez braci. Bez owijania w bawełnę opowiadał: „Niedawno nagle zjawiła mi się dusza, bardzo wyraźna, dokładnie wiem, kto to był, i prosiła, bym koniecznie w jej intencji odmówił część bolesną Różańca. Zrobiłem to i poszło mi całkiem dobrze. Nawet dość pobożnie odmówiłem. I ta dusza zniknęła”.

Rozpoczęły się prace przygotowujące proces beatyfikacyjny tego dominikanina arystokraty. Opublikowano akta kapituły Prowincji Dominikanów, która odbyła się w lutym, a tym samym postanowienie to nabrało mocy prawnej.

Drapałem go po brwiach

− Jak już dominikanie (najbardziej złośliwy zakon świata) napisali że o. Joachim umarł w opinii świętości, to to musiała być prawda – wybucha śmiechem o. Mateusz Kosior, odpowiedzialny za spotkania na Lednicy. – Dominikanie nie dbają o swoich świętych (bł. Czesławowi do dziś nie mogą „załatwić” kanonizacji), ale zapewnią ci ze swej strony jedno: prawdziwą drogę do osiągnięcia świętości. Życie u braci kaznodziejów to próba świętości.

− Byłem najmłodszy w krakowskim klasztorze − wspomina o. Mateusz. − Opiekowałem się o. Joachimem, gdy umierał. Miał wielkie odleżyny i z braćmi delikatnie go przewracaliśmy na drugi bok. „Ale my ojca kochamy” – rzuciliśmy kiedyś. „Nie, to ja was kocham” − odparł Badeni. I zaczął się z nami przekomarzać. „Nie, to my Ojca kochamy!”. „Ja was kocham!”. W pewnym momencie był już zniecierpliwiony tą żonglerką i zamilkł. Po chwili jednak rzucił: „Ale ja was i tak bardziej kocham”. Miałem wrażenie, że o. Joachim nieustannie się modli. Oddycha modlitwą. Był tu i teraz, a jednocześnie zanurzony w innym wymiarze. Człowiek czuł się z nim bardzo bezpiecznie, bo był akceptowany. Byłem najmłodszy, on najstarszy, ale miał w sobie coś takiego, że nie czułem się przy nim skrępowany. Straszliwie cierpiał, ale nie słyszałem, by narzekał. W ostatnią noc poprosił mnie, bym podrapał go po brwiach, bo go swędziały. Drapałem po brwiach mistyka z arcyksiążęcej rodziny. Pamiętam szok, który nas ogarnął, gdy słyszeliśmy, jak przed śmiercią szeptał: „Wszystko przygotowane”. Gdy zaczął rozdawać braciom swoje rzeczy, ustawiła się kolejka. Ja odziedziczyłem po nim „Hobbita” w języku angielskim. Ojciec Joachim był wielkim fanem Tolkiena. Po jego śmierci bracia brali dosłownie wszystko: kaptur, pas, kubek. To naprawdę o czymś świadczy…

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także