Nowy numer 24/2018 Archiwum

Dostałem więcej niż Oscara

O podobieństwie do genialnego malarza, determinacji i pasji życia opowiada Robert Gulaczyk, który dał twarz Vincentowi van Goghowi w filmie „Twój Vincent”.

Karolina Pawłowska: W swoje podobieństwo do van Gogha podobno długo Pan nie mógł uwierzyć, nawet po telefonie z agencji castingowej.

Robert Gulaczyk: I nadal w to podobieństwo nie wierzę. W muzeum van Gogha w Amsterdamie wisi obok siebie wiele jego autoportretów, kilka namalowanych w ciągu jednego roku. Na każdym z nich jest inny człowiek: inny układ czaszki, inne kości policzkowe, inna szczęka. Dorota Kobiela (twórczyni filmu „Twój Vincent”) to podobieństwo dostrzegła w moich oczach. Potem, po rozmowach o van Goghu, utwierdziła się w przekonaniu, żeby tę rolę powierzyć mnie. Chodzi więc bardziej o podobieństwo wewnętrzne.

Jak się wchodzi w buty geniusza? A może to były bardziej buty szaleńca?

Kiedy zapadła decyzja, że go zagram, sparaliżowały mnie dwie myśli. Pierwsza: że nikomu nie znany aktor teatralny z Legnicy ma zagrać najbardziej rozpoznawalnego malarza na świecie. Druga: mam zagrać geniusza. Na szczęście dosyć szybko przestałem o nim tak myśleć, bo dla aktora to ślepa uliczka. Geniusz przecież polega na unikatowości. Dorota poleciła mi przeczytanie listów van Gogha. To dało mi najwięcej. Kiedy wczytywałem się w to, co pisał i jak pisał, znikał obraz człowieka chorego, szalonego. Z listów wyłania się człowiek niezmiernie samotny, niezrozumiany przez świat, który bardzo chciał zadowolić, niespełniony. Tak działo się, dopóki nie postawił wszystkiego na jedną kartę: na malarstwo. Ale wyłania się też człowiek bardzo inteligentny, mający ciekawe przemyślenia na temat świata, polityki, społeczeństwa. Badacze naliczyli ponad 800 tytułów książek, o których wspomina w listach i o których żywo dyskutował z bratem i przyjaciółmi. Postrzeganie van Gogha przez pryzmat obciętego ucha bardzo umniejsza tę postać.

Udało się Panu zbliżyć do van Gogha?

Na poziomie epistolograficznym tak. Ja bardzo go polubiłem, chociaż wydaje mi się, że nie był w rzeczywistości najłatwiejszym człowiekiem. Jeden z badaczy, który pomagał Dorocie w poszukiwaniach podczas prac nad scenariuszem, opowiadał, że van Gogh był raczej opryskliwy. Bez wahania mówił to, co myślał, co samo w sobie złe nie jest, tyle że on często nie miał racji. Jego osądy były pochopne i niesprawiedliwe. Ale nie potrafimy dzisiaj powiedzieć, jaki był naprawdę. Możemy go tylko interpretować.

Właściwie czego się nie dotknął, odnosił porażkę. Nie sprawdził się jako marszand, nie został pastorem, nie znalazł szczęścia w miłości. Był zbyt wymagający, zbyt radykalny, by odnaleźć się w zwyczajnym życiu?

Podchodził do wszystkiego bardzo na serio. To utrudniało mu normalne funkcjonowanie w świecie. Gdy pracował jako kaznodzieja wśród górników, oddał wszystko, co miał, najbiedniejszym, chociaż sam nie miał zbyt wiele. Żył tak jak oni, głodował razem z nimi. Otoczenie van Gogha postrzegało to jako objaw szaleństwa. Dla innych byłby to wzór cnót. Jednak ten radykalizm nie pomagał mu w życiu.

A w sztuce?

Trudno bez radykalizmu uprawiać malarstwo, które jest zupełnie niezrozumiane. Van Gogh sprzedał tylko jeden obraz, i to niemal przed samą śmiercią. Z jednej strony jest jego samotność, osobista i twórcza, z drugiej – bezkompromisowość, którą można podziwiać. Nie zmienił stylu, nie zaczął malować inaczej tylko dlatego, że to by się sprzedało. Zresztą ta jego bezkompromisowość w sztuce to duża nauka, która płynie dla mnie od niego.

Pan też potrzebował determinacji, by z Trzcianki ruszyć na podbój scen teatralnych?

Największą rolę odegrali moi rodzice. Moja mama upiera się, że talent aktorski można było dostrzec u mnie już jako recytującego kilkulatka. Niespecjalnie się z tym zgadzam, ale miłość do literatury, do słowa pisanego była we mnie chyba zawsze. Odkąd pamiętam, brałem udział w konkursach recytatorskich. W pilskim liceum polonistka poleciła mi Teatr Wirtualny prowadzony przez Ewelinę Wyrzykowską. To był moment przełomowy. Z zajęć na zajęcia coraz bardziej wpadałem w ten świat. Ale deklaracja „będę aktorem” nie padła od razu. Nawet kiedy zdawałem do szkoły teatralnej, równocześnie zawiozłem papiery na informatykę i geodezję. Liczyłem się z tym, że może się nie udać.

Gdyby się nie udało za pierwszym razem, byłby Pan geodetą?

Geodetą z zacięciem teatralnym. {BODY:BBC} (śmiech){/BODY:BBC} Nie wiem. Jak raz się złapie bakcyla teatru, trudno się uwolnić. Miałem na roku kolegę, który walczył o dostanie się do szkoły teatralnej przez siedem lat. Może też bym walczył.

Aktor Robert Gulaczyk i malarz Vincent van Gogh mają coś wspólnego?

Jedną z kwestii, którą najszybciej zrozumiałem, poznając Vincenta, było to, że on miał w życiu pasję. Moją pasją jest aktorstwo. Dlatego podejmowane przez niego wybory, które mogły wydawać się niezrozumiałe, dla mnie takie nie były. Czasami dla pasji coś trzeba poświęcić – nieświadomie lub całkiem świadomie. W tym sensie jestem podobny do niego. Stan, kiedy ma się pasję, a nie można jej realizować, musi być najtrudniejszym doświadczeniem, zabijającym. Niejednokrotnie zastanawiałem się, co by się stało, gdybym nie mógł uprawiać swojego zawodu. Nie wiem, czy nie skończyłbym tak jak on.

Została w Panu część van Gogha, czy – kończąc pracę nad filmem – strzepnął Pan z siebie jego pozostałości?

Została. Jeśli wykonuje się ten zawód na serio i rzetelnie, każda istotniejsza rola coś pozostawia. To piętno może być budujące albo destrukcyjne. Ja mam to szczęście na razie, że nawet jeśli w jakimś stopniu jest destrukcyjne, to ostatecznie jest rozwijające. Vincent jest w jakimś stopniu destrukcyjny. Choroba psychiczna, olbrzymia samotność, wyrzuty sumienia, ostatecznie samobójstwo – noszenie w sobie takiej postaci przez pół roku jednak sporo kosztuje. Ale dobrze dla aktora jest odkrywać w sobie takie zakamarki także własnej duszy. Im głębiej jest się w stanie dotrzeć, tym lepiej można to wykorzystać, grając.

„Twój Vincent” nie otrzymał Oscara. Jest Pan rozczarowany?

Bardzo się cieszę, że cały włożony w powstanie tego filmu trud wielu ludzi został doceniony przez nominowanie filmu do Oscara, ale niespecjalnie się ekscytuję oscarowym zamieszaniem. To blichtr, który na codzienne życie nie ma żadnego wpływu. Ja już to, co najpiękniejsze, od tego filmu dostałem. To więcej niż Oscar. •

Robert Gulaczyk

urodził się w Trzciance; pierwsze kroki na scenicznych deskach stawiał w Pile. Jest absolwentem wydziału lalkarstwa wrocławskiej PWST, aktorem Teatru Modrzejewskiej w Legnicy. W filmie „Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana zagrał tytułową rolę.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama