Nowy numer 30/2021 Archiwum

Z defektu w efekt

„Teraz zrobimy wam terapię!” – krzyczy ze sceny wokalista zespołu Na Górze. To grupa, która łamie wszystkie możliwe schematy w myśleniu o niepełnosprawności, także tej intelektualnej.

Z daleka przyjechaliście. Chciało wam się? Słyszeliście o nas? – dopytuje się co chwilę Adam, tak jakby chciał się upewnić, że faktycznie interesuje nas to, co robią. Nic dziwnego, jest w końcu frontmanem zespołu. To on na scenie staje za mikrofonem i wykrzykuje z punkrockowym zacięciem: „Teraz zrobimy wam terapię!”, już na wstępie wywracając do góry nogami perspektywę publiczności. A ta przeciera oczy i uszy, bo to, co widzi i słyszy, jest naprawdę zaskakujące. I nie chodzi tu wcale o to, że w zespole grają osoby niepełnosprawne, tylko o to, jak grają.

Owszem, zdarza im się czasem pomylić, ale w tej muzyce jest taka dawka energii i szczerości, że potrafi porwać od pierwszego dźwięku. Dlatego supportowali już takie tuzy rocka jak Voo Voo, Kult, Hey, Apteka czy Raz Dwa Trzy, a na ich płytach zaśpiewali gościnnie Jorgos Skolias, Czesław Mozil, Tomasz Budzyński i Jacek Kleyff. Litza, lider Luxtorpedy i szef Arki Noego, tak zachwycił się ich muzyką, że postanowił nagrać i wydać jeden z ich albumów. – To, co oni grają i śpiewają, jest dla mnie dużo głębsze i więcej warte od tego, co robią gwiazdy lansowane przez wielkie koncerny płytowe, których muzyka jest wyłącznie towarem do sprzedania. Na Górze to coś więcej niż towar. To prawdziwy underground – powiedział kiedyś.

Oklaski nie z litości

Nie jest to zespół terapeutyczny, choć powstał 22 lata temu w Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie, gdzie Wojtek Retz, gitarzysta, pracuje do dziś. Dom położony jest na wzgórzu i stąd właśnie wzięła się nazwa zespołu – Na Górze. Wojtek prowadził w Rzadkowie teatr, pod tą samą zresztą nazwą, więc najeździł się po różnych przeglądach twórczości osób niepełnosprawnych. Często był nimi zażenowany. – Wielu terapeutów idzie na łatwiznę – twierdzi. – Uważają, że skoro mamy do czynienia z niepełnosprawnymi, to trzeba im dać do grania infantylne rzeczy. Nie mogłem patrzeć na przebieranie starszych osób za Czerwone Kapturki, świnki czy pieski. Zawsze chciałem, żeby oklaski były za robotę, nie z litości.

Pierwszy koncert zagrali w rodzimym DPS-ie dzień przed Wigilią. Robert, perkusista, bębnił wtedy jeszcze na kartonach. Z czasem placówka zainwestowała w perkusję, a za pieniądze z koncertów zespół kupił wzmacniacze. Dziś muzycy działają poza DPS-em, próby mają w Pile, w piwnicy dawnej siedziby PZPR. Grają w tej samej salce, w której ćwiczy zespół Strachy na Lachy. Nic dziwnego – dwóch muzyków tej grupy, gitarzysta Mariusz Nalepa i basista Longin Bartkowiak, wcześniej grało właśnie w zespole Na Górze. – Maniek dostał kasetę wideo z naszego pierwszego koncertu i odłożył ją na półkę. Pewnie myślał, że siedzimy w kółeczku i gramy na grzechotkach – śmieje się Wojtek. – Po miesiącu włączył ją i oniemiał. A potem krzyknął do żony: „Muszę z nimi grać!”.

Rączka, kocham

Muzyka grupy Na Górze łamie wszystkie możliwe schematy w myśleniu o sztuce tworzonej przez niepełnosprawnych. Robert Wasiak, z powodu niskiego wzrostu nazywany przez kolegów „Małym”, prawie nie mówi, za to gra równo jak zawodowy bębniarz. Cały czas uśmiechnięty, między utworami całuje swoje ręce. – Rączka, kocham – powtarza ciągle. Ma jeszcze jeden talent: do szycia. W Rzadkowie szyje z ulubioną panią Renią.

Adam Kwiatkowski na co dzień pracuje w przedszkolnej kuchni i czasem odgraża się, że dla gotowania rzuci muzykę. Ale to mało prawdopodobne, bo jest urodzonym showmanem. Uwielbia być na scenie i wykrzykiwać do publiczności to, co akurat przyjdzie mu do głowy. – Czasem musimy go w tym trochę stopować – mówi Wojtek. – Kiedyś wyniknęła z tego zabawna sytuacja. Graliśmy na festynie parafialnym, Adam był uprzedzony, że ma się zachowywać grzecznie, a on wychodzi na scenę i od razu wypala: „Dziś nie mogę powiedzieć, że jest zaje…ście”.

Krzysiek Nowicki, grający na instrumentach klawiszowych, wydaje się przeciwieństwem Adama. Skromny, wyciszony, nie stara się być gwiazdą. Mówienie sprawia mu trudność, ale lubi żartować: – Ty jesteś duży, to musisz mieć dużo miejsca – uśmiecha się do Wojtka, kiedy rozstawiają sprzęty. Skończył zwykłą podstawówkę i szkołę zawodową, jest żonaty. Wojtek wyłowił go na warsztatach terapii zajęciowej w Chodzieży. Kris zastąpił w zespole Roberta Królskiego, grającego wcześniej na dzwonkach i przeszkadzajkach. – Roberta męczyły koncerty. Odszedł, bo ważniejsze było dla niego to, że jest ministrantem – opowiada Wojtek. – To była taka fajna, świadoma decyzja, którą wszyscy w zespole uszanowali.

Nie nadajesz się

Sam Wojtek mówi o sobie, że jest słabym gitarzystą, przyznaje jednak, że ma inny talent: zmysł obserwacji, który pozwala mu na wyciąganie z ludzi ich dobrych cech. To on zauważył kiedyś, że „Mały” świetnie wystukuje rytm łyżeczkami. I to on wpadł na pomysł, żeby aktorskie zacięcie Adama i nieżyjącego już Roberta Bartola wykorzystać za mikrofonem. Wojtek pisze też teksty zespołu – krótkie i proste do powtórzenia, ale bynajmniej nie pozbawione głębi. – Uwielbiam ascetyczność w sztuce – zwierza się. – Jednym z moich ulubionych gatunków literackich jest haiku. Kiedy można zawrzeć wszystko w jednym zdaniu, robi się superzabawa. To dobre też dla Adama, który strzela fochy na zbyt długi tekst.

Pisząc słowa piosenek, Wojtek stara się, by członkowie zespołu mogli się w nich odnaleźć:

Wszędzie powtarzają nie nadajesz się tylko cudowni mają tam wstęp Twe marzenia prowadzą cię to, co robisz ważne jest

– To nie jest tylko utwór o niepełnosprawnych. Dotyczy tak samo bezdomnych czy ludzi szukających pracy. W słowach piosenek ujmuję problemy chłopaków, ale piszę też o sobie – mówi Wojtek Retz. Ostatnio coraz częściej wykrzykuje w tekstach swoje wkurzenie. Na nowej płycie „Mieszanka wybuchowa” znajdzie się m.in. piosenka poświęcona pewnemu znanemu politykowi, który publicznie obrażał osoby niepełnosprawne. Zresztą od zawsze starają się promować prawa człowieka. Dostali nawet za to Złotego Gołębia – przechodnią statuetkę Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Pizza, cola i dziewczyny

W zespole jest, oprócz Wojtka, jeszcze jeden pełnosprawny muzyk. To basista Jacek Wiczyński. Raczej małomówny, ale ożywia się, kiedy opowiada o pszczołach, które amatorsko hoduje. Zastąpił w zespole Longina Bartkowiaka, kiedy ten odszedł do Strachów na Lachy. – Przyszedłem na miejsce znakomitego instrumentalisty, więc dla mnie to duża presja, ale zgodziłem się bez wahania – podkreśla. – Słyszałem ten zespół już wcześniej i wiedziałem, że to jedyna kapela w mieście, w której mógłbym się odnaleźć. Bo w Pile gra się zwykle na jedno kopyto: ostro, mocno, szybko i głośno. A tu znalazłem coś zupełnie innego.

Na czym polega ta inność zespołu Na Górze? – Jesteśmy dobrzy w robieniu efektu z defektu. Traktujemy granie jako zabawę, ale żeby to była fajna zabawa, musimy trzymać poziom. Gramy coraz lepiej – twierdzi Wojtek. Na próbach nie ma taryfy ulgowej. Gitarzysta zwraca uwagę na niedociągnięcia, Adama mobilizuje do staranniejszego wymawiania słów. – Bo ty takie trudne piszesz! – denerwuje się wokalista. Ale złość szybko mija, bo w zespole wszyscy się lubią. Co zresztą od razu widać. – Może się nawet kochamy? – zastanawia się gitarzysta.

Kumpelska relacja pozwala też na wyhamowanie gwiazdorskich zapędów. Co nie znaczy, że muzyków grupy Na Górze zupełnie nie kręci rock’n’rollowe życie. Pytam Adama, co jest najlepsze w byciu muzykiem. – Że po koncercie jest pizza, cola i fajne laski w każdym mieście – odpowiada wokalista, wywołując wesołość w zespole. – Taaak? Spaliśmy ostatnio w hotelu i ja tam żadnych lasek w pokojach nie widziałem – śmieje się Wojtek.

Mają marzenia związane z muzyką, ale na wielką karierę nie liczą. – Kiedyś podpisaliśmy umowę z pewnym menedżerem z Warszawy, który obiecywał nam złote góry – opowiada założyciel zespołu. – Mówił: będziecie teraz częściej w stolicy niż na tym waszym zadupiu. Ale minęło pół roku, a on się nie odezwał. Więc dalej jesteśmy w naszej Pile i wszystko robimy sami. I szczerze mówiąc, o wiele lepiej się z tym czujemy. 

Próba zespołu Na Górze  w piwnicy byłej siedziby PZPR w Pile. W tej samej salce ćwiczy zespół Strachy na Lachy.   Próba zespołu Na Górze w piwnicy byłej siedziby PZPR w Pile. W tej samej salce ćwiczy zespół Strachy na Lachy.
henryk przondziono /foto gość

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także