Nowy numer 30/2021 Archiwum

Obalanie dyktatury

Granice wolności manifestowania są w naszym kręgu cywilizacyjnym jasno określone. Wyznaczają je godność i wolność drugiego człowieka.

Czy w Polsce istnieje faktyczne zagrożenie dla swobód obywatelskich? Tak, jeśli wierzyć krytykom nowej ustawy o zgromadzeniach. A jest ich wielu, na czele z opozycją, RPO, Amnesty International i Helsińską Fundacją Praw Człowieka. O ustawie mówiono podczas „polskiej debaty” w Strasburgu, można o niej przeczytać w głośnej uchwale Wydziału Prawa UW. Był to także motyw główny protestów KOD na ulicach polskich miast 13 grudnia, gdzie wprost porównywano ustawę procedowaną przez parlament suwerennej Polski z dekretami stanu wojennego. I tu pojawia się dysonans poznawczy. Żyjemy bowiem w czasach, gdy protestujący bez przeszkód zwołują się na Facebooku, zaś urodzaj pikiet, manifestacji i kontrmanifestacji nie ma sobie równych w najnowszej historii. I ustawa o zgromadzeniach z pewnością tego nie zmieni. O co więc chodzi? Od roku o to samo: o doprowadzenie do zmiany władzy w Polsce, poza rytmem wyborczym. Zresztą nikt tego specjalnie nie kryje.

Po pierwsze bezpieczeństwo

Skąd wziął się pomysł nowej ustawy? Mecenas Zbigniew Cichoń, senator PiS, od 20 lat reprezentujący pokrzywdzonych przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, wyjaśnia, że taką potrzebę dyktują zarówno konstytucja, jak i samo życie. – Artykuł 57 konstytucji mówi, że wolność organizowania pokojowych manifestacji może być ograniczona i regulowana w ustawach, zaś art. 11 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka uściśla, kiedy i dla jakich celów takie ograniczenia mogą być wprowadzane. Otóż państwo ma zapewnić porządek i bezpieczeństwo zarówno uczestnikom manifestacji, jak i kontrmanifestacji, to jest jego obowiązek. Zostawianie jedynie służbom porządkowym prawa decydowania czy, kiedy i gdzie ma się odbyć demonstracja charakteryzuje państwa policyjne – tłumaczy senator.

Sprawy ograniczania swobody zgromadzeń regularnie trafiają przed Trybunał w Strasburgu, ale – co ciekawe – bardzo często sędziowie, kierując się bezpieczeństwem obywateli, stają po stronie władz poszczególnych państw, uznając nawet za zasadne wprowadzenie obowiązku uzyskania przez organizatorów wcześniejszej zgody na manifestację. W Polsce wystarczy zgłosić chęć odbycia zgromadzenia (czego i tak nie wszyscy dopełniają). Co zatem wzbudziło oburzenie obrońców praw człowieka? Przede wszystkim zapis o pierwszeństwie dla władz państwowych i kościelnych przy wyborze miejsca i terminu zgromadzenia. Tyle że zapis ten został usunięty w trakcie prac nad ustawą w Senacie. – Uznaliśmy, że nie ma potrzeby wprowadzać uprzywilejowania kogokolwiek. W Polsce mamy na szczęście taki poziom kultury i wiary, że ryzyko zakłócania zgromadzeń kościelnych czy państwowych nie istnieje. Ważniejsze jest dla nas utrzymanie zasady równości wszystkich wobec prawa – mówi Z. Cichoń.

O 100 metrów za daleko

To jednak nie usatysfakcjonowało przeciwników ustawy. Zastrzeżenia Rzecznika Praw Obywatelskich (który zapowiedział zaskarżenie ustawy do TK) wzbudzają możliwości otrzymania od wojewody trzyletniej zgody na cykliczne organizowanie zgromadzeń i brak możliwości organizacji konkurencyjnego zgromadzenia w tym samym miejscu. Jak się okazuje, kontrmanifestacja zorganizowana 100 metrów dalej (co dopuszcza ustawa) jest już dla RPO – oraz 124 organizacji podpisanych pod stosownym protestem – drastycznym ograniczaniem swobód obywatelskich.

Jan Rulewski podczas senackiej debaty przywołał grudzień 1981 roku: – Obecna ustawa to fotografia tamtych wydarzeń. Władza będzie decydować, kto i gdzie może demonstrować – ostrzegał. W odpowiedzi usłyszał, że pomyliły mu się władze. – Tamta była z nadania obcego, ta jest wybrana w demokratycznych wyborach – tłumaczył zasłużonemu opozycjoniście Waldemar Bonkowski z PiS.

Pomijając problemy polityków z rozróżnianiem czasów, zasadne wydają się dwa pytania: dlaczego dotychczasowy stan prawny postanowiono zmienić i jaką swobodę obywatelską owa zmiana ogranicza? I to tak, że wzbudza troskę międzynarodowych instytucji. Odpowiedź można było zobaczyć 10 grudnia przed Pałacem Prezydenckim, gdzie po raz 80. odbywała się comiesięczna manifestacja upamiętniająca ofiary katastrofy smoleńskiej. Tym razem odbyła się ona w atmosferze gorszących przepychanek, bowiem w tym samym miejscu i czasie swoją kontrmanifestację zgłosiło stowarzyszenie Obywatele RP.

„Posługujemy się szantażem”

Abstrahując od decyzji parlamentu oraz opinii, jaką na jej temat będą wydawać kolejne trybunały, warto przypomnieć, że granice wolności (także wolności manifestowania) są w naszym kręgu cywilizacyjnym dość jasno wytyczone. Wyznaczają je godność i wolność drugiego człowieka. Jeśli manifestując, narusza się je, świadomie i celowo, to powoływanie się na swobody obywatelskie nie powinno być traktowane poważnie.

„Egzekwując prawo do kontrmanifestacji, posługujemy się szantażem. My możemy stanąć również tam, gdzie Kaczyński zwykle ustawia swoją drabinkę i gdzie smoleński lud ustawia swój ołtarzyk. Nie znamy czulszego punktu prezesa Kaczyńskiego. Możemy mu tylko zabrać tę jego ulubioną zabawkę” – wykładał wprost motywy swojej prowokacji Paweł Kasprzak z Obywateli RP. Nie krył, że ma być ona także protestem przeciw nowej ustawie o zgromadzeniach. Ale prawda jest inna: to właśnie ów „protest” dostarczył twardego dowodu, dlaczego owa nowelizacja jest pilnie potrzebna.

– Tak mogą się zachowywać tylko ludzie wyzuci z elementarnego szacunku wobec symboli religijnych, nieuwzględniający bólu osób, które straciły bliskich w katastrofie – oburza się Zbigniew Cichoń. – Inicjatywa ustawodawcza dająca pierwszeństwo manifestacjom periodycznym służy właśnie temu, by intruz nie niszczył czegoś, co ma już pewną tradycję – dodaje senator PiS.

Jak sędzia w ringu

Hasła, pod jakimi odbywały się 13 grudnia manifestacje KOD, były niewybredne, a żarty brutalne. Na krakowskim Rynku podczas happeningu pod hasłem „Obalamy dyktaturę” dokonano rozbicia figury Jarosława Kaczyńskiego, do złudzenia przypominającej stojący za komuny w Nowej Hucie pomnik Lenina. Prezes PiS jest obiektem szczególnej agresji opozycji, trzy miesiące wcześniej feministki skrzyknęły się na protest pod oknami jego domu. „On zagląda nam do łóżek, my zajrzymy mu przez płot. Przybywajcie na spontaniczne, pokojowe zgromadzenie!” – apelowały panie na Face- booku. Faktycznie, było to bardzo „pokojowe” zgromadzenie. Organizatorki całkiem serio podkreślały swoją wielkoduszność. Mogły przecież powybijać w prywatnym domu szyby.

Warto z całą mocą podkreślić, że ustawa o zgromadzeniach w żadnym punkcie nie odnosi się ani do formy, ani do treści manifestacji czy kontrmanifestacji. Autorzy przegłosowanego w Sejmie i poprawionego przez senatorów projektu chcą jedynie chronić bezpieczeństwo uczestników i osób postronnych. Ale sygnatariusze protestu widzą w takich regulacjach „instrumentalne ograniczanie naszych praw i wolności na potrzeby władzy politycznej”. Znów wypada się zadumać, o jakich prawach i wolności mowa? W proteście czytamy też, że „kluczowym czynnikiem dla oceny legalności zgromadzenia jest jego pokojowy charakter, a nie znaczna częstotliwość czy charakter organizatora.” Pełna zgoda. Tyle że pokojowa demonstracja to nie jest „ustawka” na tradycyjnej trasie Marszu Niepodległości, prowokacja wobec uczestników smoleńskich miesięcznic czy próba uniemożliwienia Jarosławowi Kaczyńskiemu modlitwy przy grobie brata w rocznicę prezydenckiego pogrzebu – co mogliśmy oglądać w ostatnią niedzielę Adwentu.

Państwo ma nie tylko prawo, ale i obowiązek zachowywać się jak sędzia w ringu, który rozdziela nieczysto walczących i upomina za uderzenia poniżej pasa.

Pełzający totalitaryzm

Protesty przeciw nowej ustawie o zgromadzeniach przypominają dokładnie to, co działo się przed rokiem przy okazji nowelizacji ustawy o policji. KOD alarmował: „Mamy ustawę inwigilacyjną, która daje służbom nieprawdopodobne uprawnienia”. W Łodzi uczestnicy protestu śpiewali: „Siekiera, motyka, enter, spacja – rusza już inwigilacja”. Nikt nie wchodził w detale, że to wcześniej obowiązujące prawo umożliwiało inwigilację na ogromną skalę, służby chętnie z tego korzystały, a poprzednia koalicja rządząca nie wykonała wyroku TK, choć miała na to półtora roku. Ustawa weszła w życie, minęło 12 miesięcy i nie słychać już nic o zagrożeniach z niej płynących, na co argument jest zawsze ten sam: to „pełzający totalitaryzm”. Na razie go nie widać, ale trzeba bić na trwogę już dziś.

W świat idą zatem kolejne sygnały o ograniczeniach swobód obywatelskich w Polsce. Sparaliżowanie Trybunału Konstytucyjnego, inwigilacja opozycji, polityczne zakazy manifestacji i kontrmanifestacji, wreszcie – w ostatni weekend – tłumienie wolności mediów. Z każdym z tych haseł jest jak z plotką, w której tkwi ziarno prawdy. Na przykład bezsensowne i przeprowadzone bez konsultacji ze środowiskiem dziennikarskim ograniczenie możliwości relacjonowania prac parlamentu doprowadziło podczas ostatniego w tym roku posiedzenia Sejmu do potężnej awantury i ostrego kryzysu politycznego. Co jednak wcale nie oznacza, że w Polsce mamy do czynienia z cenzurą czy ograniczaniem wolności słowa! Nie żyjemy też w państwie policyjnym i nikt nie stawia tamy manifestowaniu wszelkich możliwych poglądów w przestrzeni publicznej (choć przybierają one coraz wulgarniejszą formę). Kto twierdzi inaczej, a co więcej – wydaje w tej sprawie bardzo mocno brzmiące apele i oświadczenia, po prostu prowadzi grę zmierzającą do politycznego przesilenia. Korzystając zresztą z wszelkich swobód, o brak których oskarża swój kraj. To właśnie dzięki nim jesteśmy w ten świąteczny czas świadkami swoistego politycznego teatru, który z realnym życiem niewiele ma wspólnego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama