GN 19/2022 Archiwum

Razem czy osobno?

Brytyjczycy torują dziś drogę wolności debaty o sprawach najważniejszych dla całej Europy.

Orbis Britannicus ab orbe divisus est – „Świat brytyjski jest oddzielony od świata”. Dumne to motto zapisał najwybitniejszy obok Szekspira poeta i dramaturg angielski początku XVII wieku, Ben Jonson, w swoich wydrukowanych równo 400 lat temu „Godzinach, czyli rozrywce królestwa Anglii i Danii”. Utwór ten celebrował objęcie tronu angielskiego przez króla Szkocji, syna Marii Stuart (ściętej na rozkaz Elżbiety I). W Szkocji panował jako Jakub VI, w Anglii – jako Jakub I. Zjednoczył pod swoim berłem Wyspy, które zaczęto znów wtedy, jak w czasach rzymskich, nazywać Brytanią. Dumną Brytanię czekało jeszcze sto lat krwawych wojen religijnych, budowania imperium, a także uporczywego poszukiwania kompromisów – zanim powstanie Zjednoczone Królestwo, spojone unią parlamentarną z roku 1707. To będzie trwająca po dzień dzisiejszy unia Anglii i Szkocji. Irlandia została podporządkowana imperialnym prawom Anglii, równoprawnym członkiem unii nie była. Będzie więc walczyła o niepodległość – aż do (częściowo) zwycięskiego końca.

Dlaczego przypominam tutaj te zamierzchłe historie? Cóż, kiedy będą Państwo czytali te słowa, ważyć się będą losy dalszej obecności Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Brytyjczycy chcą mieć prawo decydowania o swej przyszłości – i egzekwują je. Świat brytyjski może oddzielić się – politycznie – od innej, szerszej wspólnoty, zwanej europejską. Na tym polega niepodległość: na prawie do decydowania o takiej możliwości.

Decyzja Brytyjczyków może być fatalna dla Unii Europejskiej. Może nieść za sobą niebezpieczne skutki dla Polski. Zabrakłoby bowiem w takim razie tej porcji zdrowego rozsądku, który Wielka Brytania wnosi do coraz bardziej zatrutego ideologicznym szaleństwem i biurokratyczną pychą menu Brukseli. Polska i inne kraje naszej, wschodniej części Europy, zwłaszcza kraje bałtyckie, straciłyby także w takim przypadku oparcie dla swoich przestróg przed neoimperializmem Moskwy. Bez Londynu, rozumiejącego dobrze sens owych przestróg, Berlin i Paryż wezmą się jeszcze bardziej ochoczo za „normalizowanie” stosunków z Putinem – kosztem bezpieczeństwa naszej części UE. Oczywiście na wyjściu Wielkiej Brytanii ucierpieć mogą także nasi obywatele, którzy studiują i pracują w tym kraju, korzystając z praw wspólnoty europejskiej. To prawda. Ale samo referendum brytyjskie jest objawem zdrowia, nie choroby tamtejszego systemu politycznego. Brytyjczycy nie czują się tak marni i słabi, by przyjmować bez dyskusji szantaż, którym tak skutecznie posługują się religijni wyznawcy UE: albo Unia, albo piekło (na ziemi). Brytyjczycy torują dziś drogę wolności debaty o sprawach najważniejszych dla całej Europy. Pozostałe społeczeństwa są przekonywane przez mówiące jednym głosem media i establishment polityczny, że mają trzymać „ruki po szwam” (czyli stać na baczność) i odbierać tylko jedynie słuszne komendy płynące z ust światłych ekspertów, polityków i dziennikarzy. To jednak przestaje działać.

Mógł się o tym przekonać niedawno znakomity gość z Polski, zaproszony przez przyjaciela Adama Michnika, red. Timothyego Gartona Asha, na spotkanie w jednym z najmłodszych oksfordzkich kolegiów (St Antonys) w ramach serii „On Modern Poland”, by opowiadać młodym słuchaczom o grozie sytuacji politycznej we współczesnej Polsce. Różnorodność tej serii oddają nazwiska zapraszanych: Jan Tomasz Gross, Adrian Zandberg, Ryszard Petru, Aleksander Smolar, Jacek Żakowski Na jednej z takich debat padł ostatnio argument, iż Polska pod rządami PiS oddala się od UE. Młodzi słuchacze z Oksfordu nie potrafili ocenić trafności diagnozy sytuacji w samej Polsce, ale dostrzegli absurdalność przyjętego w niej założenia. Jak to – nie wolno nawet zastanowić się nad tym, czy UE w obecnym kształcie jest dobra, czy nie warto oddalić się od TAKIEGO jej kształtu? Przecież my w Wielkiej Brytanii właśnie to robimy! A inni, choćby Polacy, nie mogą? Gość z Warszawy był troszkę zaskoczony takim postawieniem sprawy. Ale wybrnął: Polacy są w innym położeniu. Polakom oczywiście mniej wolno niż Brytyjczykom

Nie zachęcam tutaj do secesji Polski z UE. Zachęcam tylko do refleksji nad pozytywnym znaczeniem brytyjskiego przykładu. Kiedy Unia przestaje działać w sposób satysfakcjonujący dla jej członków – wtedy nie tylko możliwe, ale potrzebne są głosy wzywające do naprawy, do zmiany – a jeśli to nie skutkuje – do secesji. Dziś obywatele Wielkiej Brytanii odważyli się tak postawić sprawę. Albo pomoże to naprawić tę, chorą niewątpliwie coraz bardziej, Unię – albo kolejne secesje, a nawet (nie daj Boże!) wojny secesyjne staną się nieuniknione.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama