Nowy numer 24/2021 Archiwum

Zmartwychwstanie ojca Fransa

Dwa lata temu, 7 kwietnia, w oblężonym przez wojska Asada Homs zamaskowany napastnik zamordował o. Fransa Van der Lugta, jezuitę pochodzącego z Holandii.

Dwie godziny wcześniej, w oddalonym o 10 tys. kilometrów mieście Omaha (Nebraska, USA), 28-letni syryjski jezuita Tony Homsy opowiadał swojemu przyjacielowi sen z poprzedniej nocy: śnił, że jego mieszkający w Aleppo ojciec zmarł, a o. Frans przyszedł, by towarzyszyć rodzinie w pogrzebie. – Nie wierzę w sny, zawsze bezlitośnie wyśmiewam tych, którzy przywiązują do nich znaczenie. Ale tego snu nie potrafiłem zignorować lub wyjaśniać go sobie troską o rodzinę, która została w Aleppo – wspomina Tony. Pięć lat wcześniej o. Frans przyjmował go do zakonu. Siostra Brygida Maniurka, polska franciszkanka misjonarka Maryi, znała o. Fransa dłużej – przez 20 lat spędzonych w Syrii ściśle z nim współpracowała, była w jego rekolekcyjnym teamie. – Pamiętam bardzo dobrze dzień jego śmierci. Byłam w Ammanie. Narelle, siostra prowincjalna, przyszła do mojego pokoju ze łzami w oczach, oznajmiając, że o. Frans został zamordowany – wspomina polska misjonarka.

Holender w ruinach

Ojciec Frans (albo raczej – jak sam się po arabsku przedstawiał – abuna Frans): urodzony w Hadze, rocznik 1938, z rodziny wielkich bankowców i finansistów. Od 1966 r. jezuita w Syrii, w Homs. A dokładnie – w klasztorze w dzielnicy Bustan al-Diwan na Starym Mieście. Ta dzielnica oraz sąsiednia Hamidiye – wcześniej opanowane przez rebeliantów występujących przeciw władzy Baszara al-Asada – w roku 2012 zostały otoczone przez wojska rządowe. Od tego momentu zaczęła się tragiczna odyseja mieszkańców tysiącletniej starówki zakończona wstrząsającym widokiem morza opustoszałych ruin. W 2012 r. o. Frans postanowił zostać w klasztorze. – Nie szukał ucieczki z oblężenia. Dla mnie i dla tych jezuitów, którzy go znali, nie była to niespodzianka.

On po prostu pragnął być jak jego Mistrz – Jezus. I ten dar został mu dany – mówi Tony Homsy. – Wiedzieliśmy, że o. Frans od dłuższego czasu otrzymywał pogróżki. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia. Mógł opuścić klasztor, przełożeni też mu to proponowali. Odpowiadał, że zostanie do końca – wspomina s. Brygida. Ze Starego Miasta uciekał, kto mógł. Bombardowania, snajperzy z dwu stron, wreszcie najstraszniejszy przeciwnik: głód. Z 50-tysięcznej wspólnoty chrześcijan Starego Miasta na koniec z o. Fransem pozostało dwudziestu. Ale abuna nie został tylko dla chrześcijan. – Pomagał bez względu na religię czy zapatrywania polityczne: chrześcijanom, muzułmanom, zwolennikom reżimu i opozycji – podkreśla polska misjonarka. Ojciec Bimal Kerketta, inny jezuita bliskowschodniej prowincji zakonu, informował, że w klasztorze schronienie znalazł muzułmański duchowny z rodziną.

Głód

Dwa miesiące przed śmiercią o. Frans po raz ostatni apelował o pomoc dla oblężonych. – My, chrześcijanie i muzułmanie, cierpimy tu z wielu powodów. Największym jest głód. Nie ma nic trudniejszego do zniesienia niż widok rodziców szukających na ulicy resztek jedzenia dla głodujących dzieci – mówił. Wcześniej opowiadał, że ludzie z powodu głodu tracą zmysły, wpadają w szaleństwo. Kilka dni przed śmiercią rozmawiał przez Skype’a z rodziną w Holandii. Zauważyli, że jego głos jest niezwykle słaby. Wnioskowali, że głoduje od kilku dni. – Frans nigdy nie mówił mi o swoim samopoczuciu, ale zawsze pytał, jak ja się mam – wspominał o. Ziad Hilal SJ, jezuita z Homs, który mieszkał w pobliskim klasztorze Dayr al-Moukhales. Jezuici oddzieleni przez linię oblężenia utrzymywali stały kontakt, a o. Ziad pomagał oblężonym. Siostra Brygida opowiada o znajomej malarce z Damaszku, ciężko chorującej na raka. Ojciec Frans wcześniej organizował jej wystawy, podtrzymywał ją na duchu. – Dzwonił do niej regularnie, nawet kiedy był oblężony w Homs – mówi misjonarka.

Zwolennik Asada?

Na pytanie, kto zabił o. Fransa, do dziś nie ma odpowiedzi. – Ojciec Frans uważał się za Syryjczyka i chciał, żeby inni też tak uważali – podkreśla s. Brygida Maniurka. Miał doktorat z psychologii, biegle posługiwał się arabskim, doskonale znał Koran. Łatwo nawiązywał kontakty, zaprzyjaźniał się z wszystkimi. Komu zależało na jego śmierci? A może był to atak szaleńca?

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama