Nowy numer 43/2020 Archiwum

"Podczas pacyfikacji 'Wujka' zdaliśmy egzamin"

Lekarze i pielęgniarki niosący pomoc rannym podczas pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach na początku stanu wojennego dobrze zdali egzamin - ocenia prof. Grzegorz Opala, wówczas lekarz Centralnego Szpitala Klinicznego w Ligocie i szef zakładowej "S", a po latach - minister zdrowia.

W rozmowie z PAP wspomina m.in., jak udało się rannych górników ściągnąć do tego specjalistycznego szpitala, gdzie mogli otrzymać najlepszą pomoc, jak w obawie o ich bezpieczeństwo zakładano im podwójną dokumentację medyczną i planowano ewentualnie ukryć ich w windzie do przewożenia zwłok.

16 grudnia mija 33. rocznica pacyfikacji strajkującej kopalni Wujek. Od milicyjnych kul na miejscu zginęło 6 górników, 3 kolejnych zmarło w szpitalach, a kilkudziesięciu innych zostało rannych. Była to największa tragedia stanu wojennego.

Jak przypomniał prof. Opala, to właśnie w Centralnym Szpitalu Klinicznym rodziła się "Solidarność" ówczesnej Śląskiej Akademii Medycznej. Dla władz był - jak mówi - ośrodkiem, który nie budził zaufania i był pod szczególnym nadzorem. "Mimo ograniczonych możliwości kontaktu wiedzieliśmy o pacyfikacji kolejnych zakładów. Kopalnia Wujek była nam najbliższa, nie tylko pod względem lokalizacji. Bardzo wielu pracowników - pielęgniarek, salowych, pracowników administracji, czy lekarzy było związanych z nią rodzinnie - to było miejsce pracy ich ojców, braci czy mężów. 16 grudnia wiele kobiet biegło raz po raz na 8. piętro zobaczyć, czy już się zaczęło, czy nie. Widać stamtąd wprawdzie tylko kominy, ale kiedy zaczął tam latać helikopter, do tego dochodziły dodatkowe informacje, bo już ktoś dojechał czy przyszedł i mówił, że jest skomasowana forma agresji w stosunku do protestujących, to jeden wielki jęk było słychać w szpitalu, szczególnie wśród osób związanych rodzinnie z kopalnią" - wspominał prof. Opala.

Poszkodowani w wyniku interwencji mieli pierwotnie trafiać do szpitali zmilitaryzowanych - w Ochojcu i do szpitala MSW. "My wiedzieliśmy jednak, że nie ma na co czekać i kiedy przyszła informacja, że są ranni w klatkę piersiową czy w głowę, to już wymagało pełnego działania organizacyjnego, bo w tamtych szpitalach nie było neurochirurgii. Kiedy zorientowaliśmy się, że ranni nie są kierowani do naszego szpitala, adiunkt dr Marek Rudnicki nadał z izby przyjęć przez radio, na częstotliwości, którą posługiwało się pogotowie, oficjalnie brzmiący komunikat, by wszystkich poszkodowanych kierować do CSK" - mówił prof. Opala.

Kiedy podjechały pierwsze karetki, wszyscy byli już przygotowani i zorganizowani. W izbie przyjęć, kierowanej przez oddziałową Zofię Kierę, opatrywano rannych i poszkodowanych w wyniku bezpośrednich starć z milicjantami oraz zastosowanych podczas pacyfikacji gazów. Prof. Opala wspomina górnika, który mówił, że dokuczają mu oczy i że ktoś go uderzył w plecy. Po zdjęciu kufajki, w którą był ubrany, okazało się, że od środka cała była przesiąknięta krwią z rany postrzałowej. W miarę możliwości odsyłano do domu tych, którzy mogli tam dochodzić do siebie.

Do szpitala przyjmowano tylko tych, którzy bezwzględnie musieli być hospitalizowani. "Znaliśmy wydarzenia z grudnia 1970 r., więc zakładaliśmy im podwójną dokumentację, ale pod własnym nazwiskiem. Mieliśmy też plan na wypadek nalotu oficerów Służby Bezpieczeństwa. Zamierzaliśmy ukryć rannych w windzie do przewożenia zwłok. Na szczęście nie było aż tak źle i nie musieliśmy się do tego uciekać" - powiedział prof. Opala.

Do kart choroby wpisywano rannym fikcyjne dolegliwości. Jak przyznaje lekarz, nie wszystko udało się ocalić od zapomnienia. Zaginęła m.in. książka izby przyjęć z tego dnia, stanowiąca bezcenny dokument. "Nie były to czasy ksero, ale może trzeba było choćby zrobić zdjęcia, niestety nikt o tym nie pomyślał. Dzisiaj jak na to patrzę, to nawet przy ówczesnych technikach należało to dokumentować" - ocenił.

Ze względu na tę specyficzną sytuację i trwający stan wojenny nie wiadomo do dziś, ilu było rannych w kopalni Wujek. "Rany postrzałowe miało w sumie ponad 20 osób. Ale to nie były tylko rany postrzałowe. Moim zdaniem do nas trafiło kilkudziesięciu poszkodowanych. Były momenty, że w izbie przyjęć były ich tłumy. Sam po latach zetknąłem się z górnikiem, który nigdy nie przyznał się, że był ranny - miał ranę postrzałową klatki piersiowej - po latach trudno powiedzieć, na ile powierzchowną" - mówił lekarz.

Zdaniem prof. Opali wolna Polska nie była dość skuteczna w ściganiu sprawców zbrodni w Wujku, a także pomocy rodzinom zabitych. "Myślę o tym z goryczą" - przyznał.

"Mieliśmy wtedy na Wujku tych, którzy bronili godności, wolności, solidarności - wartości, którymi wtedy Polska żyła i tych, którzy chcieli zniszczyć wolność, życie, godność. Była też trzecia grupa, która ruszyła na ratunek. Patrząc na spontaniczną inicjatywę, podjęcie działań o trudnych do przewidzenia konsekwencjach w warunkach stanu wojennego myślę, że środowisko medyczne stanęło na wysokości zadania, zgodnie z przysięgą Hipokratesa. To daje powód do dumy" - podsumował.

Zaangażowanie lekarzy i pielęgniarek Centralnego Szpitala Klinicznego w pomoc poszkodowanym w kopalni Wujek upamiętnia od kilku lat pamiątkowa tablica.

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama