Nowy numer 44/2020 Archiwum

Cud 
nad Wisłą

– Wpadłem na blok operacyjny w płaszczu. Zobaczyłem zabłocone, sztywne ciało dziecka. Musiałem podjąć decyzję. Potem to była walka – mówi prof. Janusz Skalski. Sukces tej walki wpisał się do annałów światowej medycyny.


Polska wstrzymała oddech, kiedy prof. Janusz Skalski, kierujący zespołem w klinice kardiochirurgii dziecięcej Polsko-Amerykańskiego Instytutu Pediatrii 
w Krakowie, wyszedł do mediów, by poinformować o stanie Adasia. „Adaś jest wybudzony, ma się dobrze. To pierwszy taki przypadek w świecie”. Po czym dodał: „To cud”. Wybitny specjalista, pionier operacji na sercu u dzieci, naukowiec, zapewniał: „Mówię to świadomie – to cud”. Rodzice Adasia ze łzami powtarzali: „Modlimy się cały czas”. 
Adaś ma 2 latka i 3 miesiące. Niebieskooki blondynek stał się ukochanym i  najbardziej omodlonym dzieckiem w Polsce. Historia jego nocnego wyjścia z domu, wyziębienia i akcji ratunkowej najwyższych lotów przedostała się do światowych mediów. A wraz z nią polscy lekarze. Medycyna zrobiła dzięki nim krok do przodu. 
– Tyn profesor, łon nom z grobu wnuczka wyciongnył – mówi mi drżącym głosem dziadek Adasia. – To ci dopiyro jest szczynście. To Pon Bóg palcym prowadził.


Dobre stery 


Niedziela 30 listopada, 8.07 rano. Na Komisariat Policji w Krzeszowicach dzwoni telefon: zaginęło dziecko. Komendant Michał Godyń ma dyżur. Pierwsze polecenia wydaje telefonicznie. Potem pędzi do Racławic. 8 km krętej drogi. Jest mgła, zimno. 
– Dotarłem w rejon domu dziadków Adasia po kilku minutach. Stanąłem na górce z dzielnicowym. Zeszliśmy w dół do rzeki. Paweł w prawo, a ja w lewo. 
8.35. Na miejscu jest już 33 strażaków. Z Krakowa jedzie pluton alarmowy, leci helikopter z kamerą termowizyjną. Ale i tak po 30 minutach od zgłoszenia chłopczyka znajduje jeden człowiek. 
Komendant Godyń sprawdza dom po domu. – Szukanie dziecka jest trudne, trzeba iść bardzo powoli. Dziecko może wejść wszędzie – w siano, do budy, by przytulić się do psa. Najważniejsze, żeby żadnego miejsca nie ominąć – mówi nam komendant Godyń.
Policjant zagląda więc do bud z psami. Przy jednym gospodarstwie pies strasznie ujada, nie da się podejść blisko. Godyń prosi gospodarzy o sprawdzenie, czy nie ma tam Adasia. „Ale już tu dziadek biegał i sprawdzał”. Policjant nalega. 
– I nagle gospodyni odwraca się i krzyczy, że coś tam wystaje. Idąc wzdłuż rzeki, widzę grube drzewo. I zza niego wystaje nóżka Adasia. 
Brzeg ma tu prawie metr wysokości. Ale jest wąsko. Godyń przeskakuje wodę. – Serce mi waliło, musiałem zachować zimną krew, dowodziłem akcją. A z drugiej strony chodziło o dziecko… – wspomina.
Policjant podnosi Adasia. 
– Nie oddychał. Zacząłem reanimację. Karetka przyjechała po 12 minutach, kolejna reanimacja i nic. Podtrzymywano go cały czas sztucznym oddychaniem i masażem serca.
Komendant wraca do tych wydarzeń z emocjami. Postawny, spokojny mężczyzna ma wilgotne oczy i nadal zaciska ręce. – Adaś był lodowaty, sztywniał. Ale patrzyłem w jego oczy – były białe, czułem, że jest szansa. Nikt z ekipy w karetce nie dopuszczał, że będzie trzeba stwierdzić zgon. 
Reanimacja Adasia przebiega spokojnie w domostwie obok. Na podwórku są rodzice. Cała rodzina wstrzymuje oddech, sąsiedzi, pół wsi, wójt. Przy karetce zatrzymuje się nagle samochód. Wypada z niego ksiądz. Godyń: – Dla mnie to był dobry znak. 
Godzina 9.30. Profesor Janusz Skalski jest w studiu TVN24. Ma mówić o ostatnim sukcesie wszczepienia zastawki w sercu dziecka. Przed wejściem na antenę chce wyłączyć telefon. I nagle wyświetla się numer dr. Tomasza Darochy, małopolskiego koordynatora przypadków hipotermii. 
– Mamy wychłodzonego do 12 stopni chłopaka. Dwulatka. Bierzesz? – mówi. 
– Jest reanimowany? – pyta Skalski. – Tak, od pół godziny. – To w helikopter!
Kardiochirurg wybiega ze studia. Znowu telefon. – Helikopter się nie wzniesie. Jest mgła. 
Skalski: – Opadły mi wtedy
ręce. Myślę: Boże, reanimują kilka godzin, dziecko na mrozie, to
jest już posprzątane, z tego mózgu nic nie będzie. Ale mimo wszystko mówię: „Na koła, na sygnale wieźcie!”.
Kardiochirurg dzwoni do szpitala w Prokocimiu. Wszystko ma być przygotowane! 
– A ja rura i dawaj! Wjechałem na teren szpitala równo z karetką z Adasiem! – mówi nam lekarz.
Skalski wypada z samochodu. – Wpadłem na blok operacyjny w płaszczu. Wszystko złożyło się idealnie. Jak się doszukujemy działania sprawczego, to czy to nie było palcem Bożym sterowane? 
Na nogach jest tu cały zespół, 12 wspaniałych: trzech chirurgów: Skalski, Gładki i Żurek, przy pompach dwie osoby, dwóch anestezjologów i dwie pielęgniarki anestezjologiczne, trzy instrumentariuszki. 
Walka z czasem na bloku operacyjnym trwa krótko. Trzeba otworzyć klatkę piersiową dziecka i podłączyć go do tzw. ECMO, czyli założyć krążenie pozaobwodowe. Zespół Skalskiego robi to w rekordowym tempie 5 minut! Trzeba wkłuć się do żył i tętnic i wprowadzić specjalny system rur. Dalej wyprowadzić krew z organizmu Adasia, nadać jej energię kinetyczną. Krew przechodzi przez oksygenator. Tam nastąpuje wymiana gazowa. Normalnie ogrzewa się krew o od 6 do 9 stopni na godzinę. 
– Nie grzejemy przez godzinę – mówię. Jak los tak chciał, to zostawiamy 12. Po godzinie podwyższamy. I tak przez kolejną dobę – relacjonuje prof. Skalski. 
Adaś jest w skrajnej hipotermii. Każdy kolejny etap musi więc trwać jak najdłużej, tylko wtedy są szanse na uratowanie dziecka. Chłopczyk leży z otwartą klatką przez dwie doby. 
Profesor Skalski: – Zalepiliśmy go tylko łatą z goreteksu. Bywa, że trzymamy tak pacjentów przez miesiąc. 
Chirurg monitoruje Adasia. Obok jest pompista, który kontroluje poziom płynów, co godzinę robi badania laboratoryjne, bo trzeba utrzymać krzepliwość krwi. Za Adasia oddycha sztuczne płuco. Dziecko dostaje leki, środki narkotyczne, regenerujące mózg, odżywcze. 
Skalski: – Setki pomp. To tak jak bardzo skomplikowana maszyneria w dyspozytorni wielkiej fabryki. Pełna elektronika, ale przed nią siedzą ludzie z rozbieganym wzrokiem, muszą to opanować. 


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama